Luang Prabang

Luang Pragang (sama nazwa  mnie  czaruje-elektryzuje-buzuje-chilloutuje), drugie miasto pod względem wielkości w Laosie i zaledwie 200 tysięcy mieszkańców!!  W Luang Prabang wciąż czuć pozostałości  kolonialnej Francji.    Nad miastem unosi się  zapach świeżych bagietek, laotańskiej kawy oraz odgłos zderzających się  stalowych kul. Laoici grają w kule, La Petong to narodowa gra nie tylko dla francuzów!!

Ostatni tydzień  to jak wspomniałem towarzystwo niemieckiej Blondynki i   lekcje jak być prostym,  LaoBeer,  LaoCigarette i LaoWeed.  Moje ciało zmysłowe miało nieprzeciętną ucztę. Zaspokajając głód za tańcem i warsztatami Lilianny, znalazłem  miejsce położone 30 metrów nad ziemią,  z przyjemną  bryzą, lokalną muzyką sączącą się z ust podpitych Laoitów: idealna przestrzeń na lot z blondyńską energią w stylu lao.

Mekong okazał się niezwykłą siłą. Mekong, jedna z największych rzek w Azji,  Mekong rzeka która nosi w sobie magie, rzeka pokroju Gangesu, rzeka Matka,  która czaruje jeśli znajdziesz się w jej obecności.

Poranna ceremonia, darowania żywności, odbywająca się na ulicach miast Laosu. (5-6a.m.)


This is for you Linda. See you in Australia>>

Dziwna impreza na którą sam nie wiem jak się dostałem.

Targ w Luang Prabang

Parasole oczywiście dla Magdali

Granica Lao-Tajl

Jestem jakiś taki podjarany. Przede mną Laos, jakieś 400 metrów, tuż po drugiej stronie rzeki. W ciele małe napięcie, długo czekałem na ten dzień, jakieś trzy lata. Od poprzedniego powrotu z Indii marzyłem o tej części Azji. Gadałem, planowałem, przekładałem, w końcu jestem. O Laosie wiem stosunkowo niewiele. Kilka lat temu przeczytałem w jakimś magazynie podróżniczym, że jest to jeden z najtańszych krajów Azji kraj który zachował wygląd sprzed lat, nie uległ dzikiej industrializacji i społecznej amerykanizacji. Podobny do Tajlandi, jednak do tej sprzed 40 lat. Laos kraj tysiąca słoni, kraj w którym czas się zatrzymał.

Kiedyś ktoś mi powiedział, że Laos należy do niebezpiecznych krajów (dzisiaj wiem że to bzdura). Jacyś znajomi znajomych, pojechali i podczas podróży pociągiem po dżungli zostali obrabowani przez zbrojną grupę, która sterroryzowała pociąg. Słuchając o takich rzeczach na spacerze pod poznańską operą, myślałem, no to mieli szczęście że przeżyli jednak w Laosie nie ma kolei. Faktem jest jednak, że w autobusach dla turystów można zobaczyć osobę security z kałaszem na ramieniu, co zastanawia.

Podczas dwudniowej podróży łodzią po Mekongu.

co tu pisać, uwielbiam to zdjęcie

Giganci

Większość plecakowców, których spotykam na swojej drodze po Azji południowo-wschodniej robi trzymiesięczną podróż podobną do mojej. W swojej ojczyźnie uważani są za niewiadomo jakich podróżników, tutaj to standard, nic specjalnego, dość rutynowa trasa . Jest to dziwna zbieranina ludzi, której towarzystwa szukam bo wiem że większość z nich to ci nieprzeciętni. Średnia wieku pomiędzy 23 a 30, studenci, ludzie na wakacjach, ludzie którzy rzucili pracę i pozwolili sobie na luźny rok czy dwa. Free-stylowcy idący z wielką wiarą w przyszłość. W tej dziwnej mieszaninie ludzi czasem można natknąć się na Giganta. Tak nazywam ludzi, należących do rasy supermenów podróżniczo-życiowych. Ludzi, których rozpoznaje po oczach, uśmiechu, modulacji głosu, energii. Ludzi, których podczas rozmowy chłonę wszystkimi komórkami ciała. Giganci to kamienie milowe na drodze, którzy potrafią zatrzymać na wiele dni, wskazać nowe kierunki, tchnąć wiarę w życie. Typowy Gigant to wielki zdobywca, człowiek który idzie swoją drogą, wytycza nowe szlaki, ma wysoko postawione cele (albo nie ma ich wcale), nigdy nie daje się zniewolić i samo przezsię lata wysoko ponad szarością. Czasem na mojej drodze spotykam takiego Giganta i czuję swoją pikusiowatą jakość, widzę jaka ogromna przestrzeń mnie dzieli i ile jest jeszcze do zrobienia. Wczoraj spotkałem jednego Giganta. Wywąchałem go po oczach. Dość azjatycka twarz jednak lśniące, jasne oczy; coś mi nie pasowało. Spytałem co oznacza jego tatuaż, bo zainteresował mnie polinezyjski design na jego przedramieniu. No i się zaczęło. Zamiast pędzić do Laosu szukać mojej kanadyjskiej energii , zostałem dzień dłużej. Profesjonalny fotograf, podróznik od ponad 10 lat, wieczny Nomad, jeden z tych który nigdy się nie zatrzymuję. (Do swoich marzeń podróżniczych dodaje Polinezje.) W ostatnich dwóch tygodniach spotkałem trzech profesjonalnych fotografów, byli to ludzi którzy zostawili ślad w mojej pamięci, ludzie na poziomie, który chciałbym kiedyś osiągnąć. Moje marzenia i ambicje rosną. Widzę ile jest do zrobienia, jak daleka jest droga. Kilka moich ulubionych powiedzeń: Keep it simple, Sillhuet always good, Fuck diploma, I dont take snaps I take picture, Try to be assistant, Internet marketing.

Milan Kundera w „Niewiedzy” pisze o matematycznym postrzeganiu przyszłości. Większość ludzi myśląc o długości swojego życia daje sobie około 70tki i na tej podstawie planuje życie. Kundera rozważa opcje co by było gdyby średnia wieku wynosiła nie 70 a 140 lat, jak byśmy wtedy żyli i planowali życie. Dużo ludzi w mojej przeszłości, mówiło nie mam czasu, to jest ten wiek w życiu że trzeba zacząć to i tamto. Jak wyglądałby świat gdyby nasze myślenie dotykało innych granic.

Odrobina Tajlandii

Dwa tygodnie w Tajlandii, dwa ostatnie dni w Tajlandii, już wkrótce Laos. Wysoka cena biletów lotniczych z Yangonu (Birma) do Bangkoku skierowała mnie do północnej Tajlandii, konkretnie do Chiang Mai. Zabawne jak to się wszystko układa. W planach miałem zostać w Chiang Mai dwa dni i zjeżdżać do Bangkoku, przeciągnęło się do dwóch tygodni. Znalazłem miły hotel (pełen pedałów- uroki Tajlandii), z dobrą kuchnią, stołem do pinponga, idealne miejsce, aby się na moment odciąć, popracować. Mam nadzieje, że efekty widoczne.

Tajlandia to prawdziwy tygrys Azji południowo-wschodniej. Już z samolotu czułem co się święci. Szerokie pasma dróg, dobre bryki, ładne domy, wysoki standard życia , także wysokie ceny. Mnóstwo turystów jednak całkiem innych niż w Indiach, nie wspominając Birmy. Na ulicach pełno grubasów z Stanów i Europy zachodniej przyjeżdżających na chłopców lub dziwki. Sex-turism w Tajlandii kwitnie. Ale na szczęście w tłumie zboczeńców jak zawsze można znaleść perełki. Na przykład: Robert lat 65 (inwalida z Londynu), od 40 lat pedał, od 40 lat profesjonalny fotograf. Dużo dobrych rozmów dużo rad jak pchnąć się na przód.

Fotograficznie odpoczywam. Nie noszę aparatu, nie szukam ujęć, zdaje się że ładuję baterie na Laos. Niewiele więc nowych zdjęć na stronie, więcej souvenirów niż tych na które mucha nie siada.

Te dwa tygodnie wstrząsnęły moje fundamenty. Oczywiście kobieta. Nie wiem co to jest, jakaś dziwna odmiana przyjaśni, głęboka relacja pomiędzy ludśmi, którzy ledwo się znają. Energia, która wypełnia mnie po brzegi. Oczywiście wszystko w drodze, bez szans na rozwinięcie. Dzisiaj było bye-bye, a może see you in Lao, sam nie wiem.

Zdjęcia poniżej są z dwóch kilkudniowych wypadów w dżunglę. Nie posiadam żadnych przewodników po Tajlandii, więc nawet nie znam nazw miejsc, które odwiedziliśmy. W ostatnim tygodniu zdałem się na trzy kanadyjki. Przyjemnie czasem płynąć nie na swojej fali.

Piękny i grożny

Panta rei

Tak wygląda człowiek przedzierający sie przez dzungle na słoniu (dużo pozytywu)

Mayapur

Mayapur jest to mała wioska położona 100 km na północ od Kalkuty, w której znajduje się światowe centrum ISCON (International Society For Krishna Consciousness) inaczej mówiąc Hari Krisznowców. W Europie można ich spotkać na ulicach mantrujących Hari Krishna w dziwnych jak na europejskie warunki hinduskich ciuchach. Muszę się przyznać, że mnie zaskoczyli. W Mayapur znajduje się największa świątynia i najbardziej liczna komuna na świecie. Stałych rezydentów jest około 1000 w tym kilkaset z zachodu. Słudzy Krishny noszą w zależności jeśli zdecydowali się na celibat pomarańczowe doti (spodnie wiązane w specjalny sposób) oraz chustę przepasaną wokół ciała, jeśli na życie rodzinne białe. Znakiem rozpoznawczym jest także pozostawiony kosmyk włosów na czubku ogolonej głowy. Krisznowcy noszą paciorki z drzewa Tulsi, które jest manifestacja przyjaciólki Krishny właśnie o tym imieniu. Sobie też kupiłem dla protekcji i sentymentu.

Czasem wydaje mi się, że ktoś lub coś nade mną czuwa w tej podróży. Kiedy siedziałem podczas porannej ceremonii obserwując arti, puja (poranna ceremonia poświęcona chwale Krishny) podszedł do mnie młody chłopak, kiedy się spytałem czy są tu jacyś Polacy po chwili znalazłem tego, którego szukałem. Mahashringa (imię dawane podczas inicjacji) Marek Marczuk i lepiej trafić nie mogłem. Mahashringa mieszka w Mayapur od 10 lat, jest wyznawcą od ponad 20. Mieszka z żoną w pięknym domu z ogrodem położonym na terenie świątyni. Życie bez odpowiedzialności, (jak powiedziała kiedyś z wyrazem krytyki jedna z osób w Polskiej Ambasadzie) życie skoncentrowane na mantrze, na uwielbieniu Krishny, na wewnętrznym rozwoju. Nie pracują, ciężko mi powiedzieć skąd mają pieniądze jak sami mówią Krishna zawsze coś zorganizuje. Dużą część dnia poświęcają na gotowanie (doskonałe posiłki wegetariańskie), na dbałość o czystość ciała. Córka Mahashringi urodziła się w Hare Krishna, od urodzenia wegetarianka, nigdy nie chodziła do szkoły, wychowywana w pełnej wolności komuny. Radha, tak ma na imię, zna kilka języków, medycynę naturalną, kuchnie i rzeczy o których zachodnia edukacja nie ma zielonego pojęcia. Jak tam byłem to wciąż chodził po mnie komunistyczny kawałek Lennona „Imagine”.

Teraz za to chodzi mantra Hare Krishna w stylu blues. Największym darem jaki otrzymałem podczas mojego krótkiego pobytu w Mayapur był Bhajan czyli koncercik Hare Blues zorganizowany w domu Mahashringi. Takiego czadu dali, że aż mi uszac piszczało. Sześciu muzyków intonujących swoją nieśmiertelna mantrę przy udziale saksofonu, gitary, bębnów, dzwoneczków (na których sam próbowałem grać). Zrobiłem nagranie może kiedyś będzie okazja, aby razem posłuchać.

W końcu się przełamałem i dałem nura do Gangesu. Zdaje się, że usłyszałem wołanie delfinów(słodkowodny rzadki gatunek), których grzbiety pojawiały się na powierzchni. Woda była cudowna w swoim cieple i konsystencji. Jak juz pisałem nieraz ta rzeka nosi w sobie coś specjalnego…

Hare Krishna


Krishna rozszarpujący demona


Bahjan, Koncert Hare Krisnha Blues

Ulice Kalkuty

Bakhali (wioska rybacka położona w Delcie Gangesu) czyli Bangladesz w Indiach

28 stycznia 1947 Indie odzyskały niepodległość. Po 200 letniej obecności brytyjczyków w Indiach, ruch niepodległościowy Mahatmy Gandhi zw. Satyagraha (insistent on true, polityka biernego oporu) odniosł sukces. Tego dnia ojciec narodu jak hindusi nazywają Gandiego, został w swoim Asramie medytując w smutku nad przyszłością Indii. Gandhi określił ten dzień; dniem swojej największej porażki, jego wymarzona idea „Swaraju” kraju wolnego, niepodległego, gdzie muzułmanie i hindusi żyją pod jednym dachem przestała istnieć . Polityka prowadzona przez przywódcę Ligi Muzułmańskiej Ali Jihnna doprowadziła do podziału Indii i do odłączenia się stanów o większości muzułmańskiej (czego Gandhi chciał za wszelką cenę uniknąć) i proklamowanie Republiki Islamskiej Pakistanu. Pakistan został podzielony na dwie części: część zachodnią i wschodnią oddaloną od pierwszej o prawie 2000 kilometrów. Od samego początku istnienia Pakistanu Wshodniego utworzył się silny ruch niepodlogłościowy, który doprowadził do utworzenia w 1971 roku niezależnego państwa: Bangladesz.

Obecnie Bangladesz należy do jednych z najbiedniejszych krajów świata. Największym problemem jest mała powierzchnia, przeludnienie i co za tym idzie brak pracy.W ciągu ostatnich 30 lat miliony ludzi nielegalnie przekroczyło granicę szukając pracy w Indiach, szczególnie w stanie Bengal

Bakhali to jedna z typowych wiosek w Bengalu Zachodnim, do której przybywa tysiące nielegalnych emigrantów szukających szansy na lepsze życie.

Co mnie najbardziej poruszyło w tym miejscu to piękne czyste oczy, obrazy cięzkiej pracy i spokój wiejskiego życia.

Inle Lake

Inle Lake jest miejscem, które świadomie zostawiłem na koniec mojej podróży po Myanmarze. Z opowieści słyszałem o niezwykłym uroku tego miejsca. Kiedyś ktoś z moich znajomych (pozdrawienia dla Magdy) podarował mi zdjęcie, które przedstawia typową łódkę rybacką z Inle unoszącą się na powierzchni jeziora. Zdjęcie to długi czas wisiało u mnie na ścianie, a ja się w nie wpatrywałem i marzyłem o dalekich podróżach. Miejsce to zostawiłem na deser mojej wizyty w Maynmarze także dlatego, że chciałem rozgrzać się fotograficznie, uchwycić ducha Birmy, poznać mentalność ludzi.

W Inle spędziłem dwa dni, w pierwszy pogoda zachwyciła swoją zmiennością i obfitością w wietrzne cumullusy, w drugi zdruzgotała szarością. Pierwszy dzień był jak dar z nieba, piękne chmury, ostre słońce, wyrażne refleksy, czułem się jak w fotograficznym raju. Przykładałem aparat do oka i widziałem czyste piękno. Niestety efekt końcowy czyli zdjęcia troche mnie rozczarował, ale nie jest żle. Moją obsesją był symbol Inle, czyli łodzie z stożkową siecią rybacką. Niestety trafiłem na nie najlepszą porę roku i w ciągu dwóch dni udało mi się znaleść tylko trzy, ale mimo to była obfitość obiektów na które nie mogę narzekać. Miejscem które wprawiło mnie w fotograficzną drgawkę była floating village czyli pływająca wioska położona na środku jeziora. Domy na palach, ludzie przemieszczający się na małych łódeczkach po prawdziwie wodnych uliczkach. W miejscu tym można znaleść szerokie arterie przygotowane dla ruchu szybkiego, ulice wzdłuż których ciągną się słupy z elektrycznością, skwerki na których bawią się dzieci siedzšc w swych małych łódeczkach. Poza tym na brzegu jeziora znajdują się wielkie ogrody, w których choduje się warzywa. Zdanie brzmi wyjątkowo banalnie, ale oczywiście ogrody też pływają i cała banalność znika, kiedy widzi się ludzi w łódeczkach w wąskich kanalikach zbierających pomidory. Odpłynąłem w zachwycie.

Symbol Inle lake, łodzie rybackie


Floating village, pływająca wioska

Te kilka dni spędziłem w towarzystwie trojga francuzów, studenci którzy zrobili sobie wakacje po studiach w Singapurze. Niezwykle mili ludzie, szczególnie dziewczynka Cloe, moje zmysły płonęły w jej obecności…

Poniżej znajdują się zdjęcia z miejsc, które odwiedziliśmy tego dnia

Śniadanie spożywane z tubylcami w okolicach pływającego targu, nazwa owocu, którego nazwy nie mogę zapamiętać.

Pierwszy etap w procesie produkcji nici z łodyg kwiatów lotosu!

Long necks, czyli kobiety z długimi szyjami, miejsce które koniecznie chciałem znaleźć. Widok tych dziewczyn przybił mnie kompletnie. Orginalnie kobiety z długimi szyjami pochodzą ze stanu Kayah, położonego tuż przy granicy z Tajlandią. Stanowią one jeden z symboli i największych atrakcji Azji południowo wschodniej. Dla mnie to było żenujące doświadczenie, nie wiedziałem jak się zachować, czułem się jak w zoo.

Kolejna z atrakcji Inle: Jumping Cat Monastery

Targ rybny w okolicy Inle. Moje ulubione zdjęcie ostatnich dni.

Targ kwiatów w Kalkucie

Miejscem, które wywarło na mnie największe wrażenie w Kakucie to targ kwiatów znajdujący się w pobliżu Hawrah największego mostu w mieście. Jest to największy targ kwiatów w West Bengal, na który zjeżdża się tysiące sprzedawców z całego stanu. W dzień który je odwiedziłem było ponad 40 stopni; dawno się tak nie spociłem. Miejsce jest przepięknie smutne w swoim charakterze. Targ znajduję się na zamkniętej ulicy ciągnącej się 600 metrów, na której rozstawionych jest setki sprzedawców. Gdyby zobaczyć je z góry, to ulica wypełniona byłaby kolorem szafranu (kolor kwiatów), zieleni (kolor sprzedawanego zielska) i bieli (kolor przenoszonych paczek). Te trzy kolory tworzą flagę Indii i faktycznie w miejscu tym można znaleść jedno z oblicz Indii: niesamowicie ciężko pracujących ludzi, tragarzy, którzy za marne grosze przenoszą setki kilogramów, ludzi sprzedających swoje kwiaty za śmieszne pieniądze. Ludzi biednych, akceptujących swój los, w pewien sposób wolnych w braku perspektyw na inne życie.

Bagan

Od dwóch dni jestem w wiosce Bagan, miejscu uważanym przez wielu za najciekawsze w południowo-wschodniej Azji, miejscu które podobno przebija Taj Mahal, Angor Wat. Bagan słynie z dwóch rzeczy: dosłownie z tysišca ?wištyń oraz jednych najlepszych wyrobów Lakhi na ?wiecie.

Moje trzy dni w Bagan były rzekłbym do?ć specyficzne, nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Pierwszy dzień do?ć standardowy: stupa-day, 10 godzin jazdy na rowerze po do?ć pustynnym terenie odwiedzajšc największe ?wištynie. Przed przyjazdem próbowałem sobie to wyobrazić, jednak to co zobaczyłem przerosło moje oczekiwania. Od ponad tysišca lat na powierzchni 40 km 2 i zbudowano 4000 ?wištyń!!. Do czasów dzisiejszych dotrwało ponad 2000. Złoty okres zaczšł się po roku 1000. W zależno?ci od wieku powstania, ?wištynie były inspirowane różnymi stylami, czę?ć więc przypomina budowle indyjskie, mogolskie, itp. Bagan długi czas był stolicš Myanmaru, władcy stawiajšc nowš stupę, wierzyli że zapewni im to dosłownie drogę na skróty do osišgnięcia Nirwany.

Drugi dzień w Bagan i następny to Lakha-day. Tu zaczyna się nietypowo?ć mojeg wizyty, zamiast zwiedzać ?wištynie siedziałem w sklepikach i miejscach wyrobu lakhi. Dawno mnie tak nic nie zachwyciło jak proces produkcji i wyroby końcowe najlepszych rzemie?lników, prawdziwe dzieła sztuki. W Bagan straciłem swoje mp3 i sporo zielonych, wywiozłem plecak wypełniony Lakhš, to czego stałem się posiadaczem to prawdziwe dzieła sztuki najlepszego sortu. Wraz z Geraldem, odwiedzili?my 4 zakłady zajmujšce się wyrobem, w każdym po raz kolejny słuchałem o procesie produkcji, patrzyłem na kobiety robišce szlify, mężczyzn polerujšcych piaskiem, nakładajšcych kolejne warstwy magicznej ?żywicy?. Ale może od poczštku.

Cały proces zaczyna się od prostej acz skomplikowanej miseczki z bambusa. Są trzy rodzaje form bambusowych . Do pierwszego rodzaju używany jest bambus twardy, do drugiego miękki do trzeciego bambus oplatany włosiem końskim lub osła. Przy wyrobie końcowym łatwo można poznać po elastyczności jaki materiał został wykorzystany. Przy formach z włosia miseczka jest tak miękka, że można ją ścisnąć do przeciwległego boku. Najlepsze wyroby mają do 15 warstw lakhi !, przeciętne trzy, cztery. Lakha to naturalny materiał pochodzący z drzewa lakhi. Jeśli dobrze zrozumiałem to nacina się drzewo i czarny płyn coś na kształt żywicy spływa do specjalnie przygotowanych pojemników. Jak pisałem powyżej pierwszy proces to bambusowa forma , kiedy miseczka z bambusa jest gotowa kładzie się pierwszą warstwę sproszkowanej bydlęcej kości dla wzmocnienia szkieletu, następnie pierwszą warstwę lakhi i kolejną po około tygodniu schnięcia poprzedniej. Po procesie nakładania warstw zaczyna się designing, Najczęściej mężczyźni robią projekt artystyczny, kobiety uzupełniają szczegóły, wszystko jest grawerowane cieniutkim dłutem. Następnie zaczyna się proces nakładania kolorów, całą miseczkę powleka się się jednolitym kolorem, po wyschnięciu farbnika przy użyciu bardzo drobnych ziarenek piasku poleruje się miseczkę do momentu w którym jedynym kolorem który pozostanie jest ten w grawerowanych rowkach. Nałożenie drugiego koloru jest jeszcze ciekawsze. Na pierwszy kolor nakłada się utrwalacz w miejscach w których ma się zachować i powleka się miseczkę następnym kolorem. Znowu polerowanie piaseczkiem i teraz już sš dwa kolory. Czas powstania najlepszych produktów dochodzi do roku. Nie jestem pewien kiedy powstały metody wyrobu Lakhi, ale odwiedzając muzeum lakhi znalazłem wyroby z XII wieku! Ówczesny design wykorzystywany jest do dzisiaj. A wszystko to dzięki bambusowi, Azjaci zaprawdę są mistrzami bambusa. Używając bambusa robią wszelakie przedmioty użytku codziennego, budują domy w końcu zapełnieją żołądki. Ciężko mi sobie wyobrazić Azję bez bambusa.

Hsipaw-Nahmsan

Ostatnie trzy dni były kompletnie szalone, jedna wielka improwizacja, były to także jedne z bardziej intensywnych i niezwykłych jakie przeżyłem w ciągu ostatnich miesięcy. Cała przygoda zaczęła się w Hsipaw, w niewielkiej wiosce położonej na wschód od Mandalay. Niewielka część turystów odwiedzających Myanmar dociera w to miejsce szukając wiejskiego życia mniejszości narodowych. Mimo że zostałem w Hsipaw trzy dni chodziło mi po głowie inne miejsce bardziej dzikie i rzadziej odwiedzane przez turystów mała górska wioska Nahmsan miejsce zwane Szwajcarią Birmy. Improwizacja podróży zaczęła się od tego jak się tam dostać. Z Hsipaw do Nahmsan jest tylko 80 km, problemem jest to, że nie ma regularnego transportu. W Hsipaw powiedziano mi, abym spytał się ludzi Shan, zamieszkujący te górskie rejony w jednej restauracji o której godzinie jest autobus. Dla pewności spytałem w kilku miejscach, odpowiedzi były przeróżne, zaczynały się od 2 godziny w nocy, 4, 6, do 9. Najwięcej odpowiedzi było około szóstej. Pytając się w jednym miejscu o czas, towarzyszący mi Francuz słysząc słowo Nahmsan, zapalił się jak świeczka, okazało się że on też planuje odwiedzić to miejsce, znalazłem więc towarzysza podróży na nadchodzące dni. Postanowiliśmy spróbować o szóstej i faktycznie ledwo co doszliśmy do postoju autobusów pojawił się… Czas rozładunku, ładunku i naładunku przeciągnął się od 6 do 9 a więc wiekszość odpowiedzi była prawdziwa. Czegoś takiego co było naszym transportem w życiu jeszcze nie widziałem : prawdziwy cargo-bus, autobus bez jednego miejsca siedzącego z wyjątkiem kierowcy, cały załadowany workami i różnego rodzaju sprzętem. To była jedna z bardziej komfortowych i ciekawych podróży w moim życiu, rozłożony na workach z ubraniami w towarzystwie 10 ludzi, którzy w ciągu 8 godzinnej (80 km) podróży stali się dobrymi znajomymi . Problem z dojazdem do Nahmsan jest taki, że nie ma asfaltowej drogi, podczas pory deszczowej droga staje się kupą błota o czym przekonaliśmy się w drodze powrotnej.

W oczekiwaniu na autobus:

`

Out of the road: Hsipaw-Namhsan-Manlue

Do Hsipaw przyjeżdża niewielu turystów, do Nahmsan niewielu z tych niewielu odwiedzających Hsipaw. Nahmsan to mała wioska położona około 2000 m. npm, która słynie z upraw herbaty i wspaniałych górskich widoków. Miejsce to wybrałem właśnie przez wizje plantacji herbaty położonych na zboczach górskich. Niestety nie da się tego porównać z Dardżelingiem w Indiach jednak widoki całkiem przyjemne. Co mnie uderzyło po raz kolejny w Myanmrze to niespotykana nigdzie indziej gościnność. Turyści w tym miejscu to naprawdę rzadkość, kiedy szliśmy ulicą ludzie wychodzili z domów, aby nas zobaczyć. Jednym z napotkanych ludzi był mnich mieszkający w pobliskiej wiosce o nazwie Manlue (4 godziny górską drogą), który zaprosił nas abyśmy odwiedzili jego klasztor, zobaczyli jego wioskę zostali na noc w klasztorze. Nie muszę chyba pisać, że oczy nam się zaświeciły jak żarówki oświetlając ciemną ulicę. . Umówiliśmy się na godzinę na wymarsz do jego wioski niestety się spóźniliśmy, ale niekończąca się fala pomyślnych zbiegów okoliczności zesłała nam chłopaka, który szedł w te strony. Dotarliśmy tuż przed zachodem słońca, kiedy wchodziliśmy do wioski miałem wrażenie, że jesteśmy pierwszymi turystami odwiedzającymi to miejsce (myślę że było ich naprawdę niewielu przed nami), ludzie wychodzili z domów aby się z nami przywitać. Wszechobecna „mingelaba” („witaj”). Zaczeliśmy od domu naszego przewodnika, zaprosił nas na herbatę i kolację. Manlue to wioska zamieszkana przez ludzi Pali (jedno z wielu ludów zamieszkujących Myanmar). Cała wieś żyje z upraw herbaty. Do wioski prowadzą jedynie górskie drogi, niemożliwy jest transport kołowy, możliwości kulinarne są dość ograniczone. Specjalnością kulinarną jest zupa z bambusa tj z młodego bambusa.

ś

Po kolacji i spaleniu papierosa przez największą fajkę wodną jaką widziałem w życiu, poszliśmy do klasztoru odwiedzić mnicha, który zaoferował nam nocleg. Kiedy weszliśmy do klasztoru ( była około 21 godziny) czekała na nas następna niespodzianka, cała wioska z mnichami na przedzie oglądała amerykański wrestling (zapasy), następnie film z Schwarzenegerem i finał wieczoru mecz ligi hiszpańskiej Real Madryt kontra Barcelona! Siedzieliśmy więc w tym gronie oglądając hiszpańską ligę. Po jakimś czasie przenieśliśmy się do sali dla starszyzny, siedliśmy ze starymi mnichami, zapaliliśmy cygara, herbata została rozlana. Około 24 poszliśmy spać, długo nie zapomnę wyrazu twarzy Geralda, mój francuski towarzysz podróży był w niebie, ja zresztą też.

Następnego dnia nasz mnich przewodnik oprowadził nas po wiosce, pokazał śpiącego Budde, plantacje i fabrykę herbaty, wytłumaczył jak rozpoznać różne klasy herbaty. Na drogę dostaliśmy „number one”. Number two i three wyglądały dla mnie identycznie, jednak każde dziecko w wiosce potrafi rozpoznać najlepszy gatunek herbaty. Imię tej wioski to „no problem” albo „as you like”, to najczęściej używane słowa. Taka jest mentalność tych ludzi; to ich „no problem” jest wszechobecne. Ten czas z Geraldem, w Manlue to były jedne z najlepszych momentów mojej dotychczasowej podróży.

Zdjęcie dla Liliany (myślę o Tobie kiedy na nie patrze)

Suszenie herbaty

Ale jak pisałem powyżej droga pomiędzy Hsipaw a Nahmsan podczas pory deszczowej staje się kupą gówna, a własnie zaczął się monsun . Nasz pick-up do Mandalay (13 godzin około 300 kilometrów) wyruszył o 5 nad ranem. Pierwszy raz w życiu byłem dosłownie posrany (jak to mówi Bartas). Do pick-upa załadowali 40 osób plus bagaże i worki. My siedzieliśmy na honorowym miejscu, czyli na dachu na samym przodzie. Piękne widoki, znakomita widoczność, niebo czyste po całonocnej ulewie. Droga przez pierwsze dwie godziny prowadziła przez górskie zbocza tuż na krawędzi kilfów schodzących setki metrów w dół. I tak ten przeładowany samochód wpadając co chwila w doły pełne błota robiąc jak na mój gust szalone przechyły sunął pomalutku na przód. Pierwszy raz w życiu realnie bałem się o swoje życie, wyobrażając sobie ewentualne dachowanie. W każdej chwili byłem gotowy do skoku. Po jakimś czasie Richard zapuścił Manu Chao, wyciągnęliśmy cygara i już było dobrze….

Męska rozmowa, o kobietach i azjatyckich dziewczynach, rozluźniła atmosferę. Po tym jak zjechaliśmy z górskich dróg na asfalt, super powolna podróż stała się super szybka. Kierowca co jakiś czas zatrzymywał samochód, aby dokręcić śruby w silniku, dolać płynu hamulcowego, spryskać wodą rozgrzewające się felgi(?). Z jednej strony dziwny widok z drugiej było czuć, że zna swoją dziecinę, momentami jednak wciąż byłem posrany kiedy rozpędzał brykę do ponad 80 km/h. Była to jedna z piękniejszych jazd, wiatr gwizdał w uszach, widoki egzotycznej dżungli, gór, birmańskich wiosek. Doskonały moment na cygaro i rozmowy o życiu.

Tuż pod koniec podróży zobaczyłem całkiem zgrabną obrączkę na palcu jednego z współpasażerów, spyatałem się czy moge obejrzeć to cudu i tak zostałem zaślubiony pierścieniem ludu Shan. Pierścień jest zrobiony z włosa z ogona słonia. A więc noszę pierścień ze słonia…

Varanasi

Varanasi należy do najbardziej świętych miejsc w Indiach. Każdy hindus marzy, aby umrzeć i zostać spalonym na świętych Ghatach wierząc, że jest to gwarancją wyzwolenia z samsary. Ghaty to schody ciągnące się wzdłuż całego wybrzeża miasta. Varanasi słynie z porannych Ablucji czyli świętych kąpieli. Hindusi wierzą, że kąpiel w Gandze zmywa grzechy, a woda jest swiętym remedium na wszystkie choroby. Lonely Planet podaje wyniki analiz, które wskazują, że zanieczyszczenie Gangesu jest tak duże, że tlen nie utrzymuje się w wodzie. Jednak nikt się tym specjalnie nie przejmuje bo przeciez Ganges to Świeta Matka, która daje i odbiera życie. Każdy pielgrzym, który przybywa do Varanasi wyjeżdza z baniakiem wody. Po przyjeżdzie do rodzinnego miasta woda jest rozdysponowana pomiedzy członków rodziny i wypijana z namaszczeniem. Ganges słynie z wielości życia jakie się w nim znajduje, oprócz miliardów bakterii i potężnego syfu przy odrobinie szczęscia można zobaczyć słodkowodne delfiny! (podczas ostatniego pobytu widziałem ich grzbiety).

Jeśli mówi się o Varanasi, najczęściej zaczyna się od zdania, że nie jest to miasto od którego należy zacząć swój pobyt w Indiach. I jest to prawda, bowiem człowiek zachodu przyzwyczajony do niemieckiej sterylności może nabrać złego obrazu Indii. Varanasi wywołuje bardzo skrajne emocje, nie jest możliwe wyjechać z Varanasi i albo marzyć o powrocie albo czuć obrzydzenie do tego miejsca; nikt nie pozostaje obojętny. Wiekszość relacji jakie czytam są negatywne; najczęstsze słowa to: its disgusting: obrzydliwe. Ja odwiedzam to miasto już po raz trzeci, dla mnie ma w sobie niesamowity magnetyzm, magię, która wciąż mnnie przyciąga. Potężna siła modlitwy, szacunek dla Gangi (Gangesu) „rzeki matki”, w której powstaje wszelkie życie . Jeśli chodzi o ten słynny syf to wszystko zależy od wewnętrznej delikatności i tolerancji, jak to mówi Kasia: jeśli nie szczypie w oczy to można przeżyć. Pierwsze co uderza po przyjeżdzie to właśnie smród, krowy na ulicach, śmieci i gówno. Styl życia jest bardzo podobny do stylu w jakim żyją pozostali mieszkańcy Indii, wszystko jest jednak bardziej skondensowane poprzez wąską zabudowę starego miasta. Po jakimś czasie zauważyć można, że cały ten balagan (w hindi balagan zn.bałagan) jest dość relatywnym zjawiskiem, bowiem każdego dnia ulice są sprzątane, śmieci palone, krowy znikają na noc w domach swoich właścicieli, a gówno suszone i wykorzystywane na opał. Podobnie jest z mniemaniem, że ludzie w Indiach są brudni jak ulice na których żyją. Prosta sprzątaczka zawsze jest w czystym sarii i często czystsza niż nie jeden obrzydzony turysta.

Hsipaw

Hsipaw, mała wioska położona 100 km na wschód od Mandalay. W zasadzie nic tu nie ma interesującego, jednak lokalni zadbali, aby dostarczyć turystom atrakcje. Lonely Planet jako największą atrakcję miasteczka wymienia „explosive popcorn factory”!. Większość turystów przyjeżdża tutaj, aby zobaczyć wiejskie życie plemion Shan. W Myanmarze znajduje się 10 głownych grup etniczych. Każda oczywiście ma swoją odrębną kulturę i język, który dla innego plemiona jest kompletnie niezrozumiały. Ludzie Shan to krewni Tajów. Shan żyją przy granicy z Tajlandią wiec koneksja jest oczywista. Charakterystyczną częścią ich kultury są tatuaże. Mężczyźni robią tatuaż jako młodzieńcy, co jest oznaką odwagi i siły. Tatuaże służą także jako protekcja przeciwko złym duchom i zapewniają pomyślne życie.

Dwa ostatnie dni spędziłem w mieszanym towarzystwie z Izraela, Australii, Francji, Szwajcarii i Anglii, zebrała się mała grupka ludzi dla której lokalni przygotowali kilka banalnych atrakcji. Pierwszego dnia byliśmy na spacerze odwiedzając kilka wiosek Shan, jednym z punktów programu było odwiedzenie miejsc gdzie lokalni wyrabiają przedmioty z bambusa, kręcą cygara. Następnego dnia popłyneliśmy łodziom w górę rzeki odwiedzając kolejne wioski, oglądając plantacje papai, ananasów, mały klasztor położony w górach. Takie niewielkie rzeczy, które dla tubylców muszą być kompletnie bezsensowne i niewarte odwiedzin , dla nas turystów lepsze niż nie jedna złota pagoda.

C.d. historii birmańskich

Oficjalnie stolicą kraju jest Yangon, jednak niewiadomo jak długo bo generałowie budują nową kwaterę w górach, chcąc wzmocnić swoją pozycję, obunkrować i ochronić się przed ewentualnymi atakami. Dla zasiedlenia nowego miasta tysiące ludzi zostało przeniesionych z małych wiosek.

Myanmarem rządzi armia, opium i buddyzm. Dziwny melanż, w którym wszyscy ze sobą jakoś współpracują.

W Myanmarze wydawane jest tylko jedna gazeta, na pierwszej stronie genarał w świątyni, na następnej generał sadzący drzewka, generał ściskający się z rosyjskiem prezydentem, na następnej boks i piłka nożna. Treść to czysta propaganda inspirowana dziełami komunistów i nazistów.

Krajem rządzi SPDC (State Peace & Development Council, nazwa brzmi równie dumnie jak Prawo i Sprawiedliwość) w skład której wchodzi grupa generałów, która decyduje o wszystkim co dzieje się w kraju. Od początku lat 90′ istnienie opozycji jest całkowicie zakazane, przeciwko wszelkim najmniejszym protestom używana jest pałka, jak to mówią lokalni śno mercyś (nie ma litości). Na arenie międzynarodowej Myanmar utrzymuje kontakty oczywiście z Rosją,

Chinami. Istnienie reżimu technologicznie wspiera także Japonia.

Większość turystów odwiedzającyc Myanmar to turyści niezależni tzw. plecakowcy. W sumie w 2004 roku Myanmar odwiedziło około 200 tyś turystów. Każdy turysta stanowi żródło cennej waluty dla reżimu, pośrednio umacnia istnienie reżimu. Każdy z plecakowców chcąc nie chcąc odwiedzając Myanmar, płacąc wszytkie taxy i wejściówki wspomaga istnienie reżimu o około 200 dolarów. I to jest największy dylemat przed przyjazdem do Myanmaru.

Większość przybywających turystów jest świadoma istnienia reżimu i wyboru pomiędzy państwowym a prywatnym. Po opłaceniu koniecznych opłat, większość plecakowców omija państwowe hotele, środki transportu, wybierając sektor prywatny. Plusem jest także to, że to co widzą i słyszą turyści idzie w świat.

Problemem Myanmaru jest to, że żadne z światowych mocarstw i mediów nie jest zainteresowanych tym co się dzieje w Myanmarze. Maynmar nie ma ropy, jak się śmieją lokalni, „nie możemy liczyć na żadną pomoc z zewnątrz”. Nikt nie ma interesu w przywracaniu demokracji w Myanmarze. USA, UE nałożyła embargo ekonomiczne, Wielka Brytania zbojkotawała ruch turystyczny. To wszystko na co stać światowe mocarstwa!. Zatrzymując inwestycję i transfer pieniędzy z zachodu oczywiście hamuje się dalszy wzrost pozycji generałów, ale z drugiej strony uniemożliwia się powstawaniu nowych miejsc pracy. Generałowie i tak handluja z Rosją i Chinami więc co za różnica.

Amarapura, Inwa, Sagain, Minguin

Cztery miasta królewskie położone w okolicy Mandalay.


Pasterz kaczek (na dole stado kaczek pędzone przez pasterza na łódce)

Skomplikowane wzory Tanakhi, maseczki z proszkowanego drzewa Tanaki. Widok na najdłuższy na świecie most z drzewa teak

Świątynia tysiąca Buddów (dosłownie)

Zdjęcie dla Adrianny, ta dziewczynka ma coś z Ciebie. Pozdrawiam!

Szkoła „Growing together”

Wczoraj odwiedziłem szkołę założoną kilka miesięcy temu przez młodego szwedzkiego marzyciela, w której naucza kilka osób z Stanów, Australii, Hiszpanii . Szkoła jest dla okolicznych dzieci jedyną okazja, aby nauczyć się podstaw angielskiego. Poziom nauczania w Myanmarze jest bardzo niski, większość dzieci nie chodzi do szkół. W historii Birmy jedynym publicznym miejscem nauczania były klasztory. Do dzisiaj wiele rodzin wysyła swoich synów, aby podjęli nauczanie mnisie i zdobyli wykształcenie. W szkole założonej przez Szweda zgodnie z tradycją birmańską każde zajęcia zaczynają się od krótkiej medytacji. Nie mogłem oczom uwierzyć kiedy widziałem 3 może 4-latków siedzących w zazen, medytujących z zamkniętymi oczami, oczywiście dużo śmiechu przy tym było. Medytacja jest dla tutejszych ludzi czymś zupełnie naturalnym z czym? co ma się styczność od najmłodszych lat.

Yangon

Birma to pierwszy buddyjski kraj na mojej drodze na wschód. Robi wrażenie. Mam wrażenie jakby czas się tu zatrzymał. Największym problemem współczesnej Birmy jest sytuacja polityczna i separacja kraju na arenie międzynarodowej. Krajem rządzi junta wojskowa, lider opozycji Aung Suu Kyi (laureatka pokojowej nagrody Nobla) od kilku lat przebywa w areszcie domowym. Ludzie rozmawiając o polityce ściszają głos, jest to zabronione i niebezpieczne bo ulice są pełne tajniaków. Dla turysty obecna sytuacja jest nieodczuwalna, na ulicach nie ma wojska, policji, nikt nie kontroluję. Turyści traktowani są jak święte krowy

95% populacji Myanmaru jest wyznawcami buddyzmu! Porównując z Indiami ludzie są jakby mniej banalni, jest jakaś miękkość i wewnętrzna delikatność. Hindusi są prości i twardzi, są to ludzie których nie potrafiłem traktować poważnie (nie zmienia to mojego stosunku do mentalności indyjskiej, którą uwielbiam). Tutaj jestem bardziej czujny,wciąż badam mentalność, wyczuwam ambience. Trudniej jest mi się też otworzyć fotograficznie, ale myślę że to kwestia czasu. Co mnie urzekło od pierwszego dnia to gościnność i szczera chęć udzielenia pomocy, ludzie nie są zepsuci turystami, są otwarci i nie oczekują niczego w zamian (może to kwestia religii). Kupując cokolwiek do jedzenia nie pytam o cenę płace po konsumpcji, czego nigdy bym nie zrobił w Indiach, tutaj jakby mniej oszukują, a nawet jeśli, to jest to nieodczuwalne bo ceny są tak niskie.

Największym problemem gospodarki jest niestabilny pieniądz: kyat (tutejsza waluta). Walutą, która rządzi rynkiem i krajem jest amerykański dolar, wszystko przeliczane jest na dolary, szczególnie dolary w wysokich nominałach są najcenniejsze. Mój przewodnik z 2003 podaje kurs 700 kyat za jednego dolara, dzisiaj po trzech latach 1500 kyatów, jak będę wyjeżdżać pewnie podskoczy o dwie stówy. Inflacja oblicza się na około 60% w skali roku

Praktykowany buddyzm to theravada. Dla większości Polaków medytować jest pewną egzotyka, tutaj to jak chodzenie do Kościoła, to część kultury. Największą świątynią w Yangunie jest Shwedagon Paya. Jest to miejsce, do którego każdego dnia schodzi się tysiące ludzi, aby pobyć w obecności Buddów i licznych świątyń. Shwedagon Paya to najpotężniejsza ze świątyń. Stupa wznosi się na wysokość 40 metrów, jest pokryta tonami złota a na jej czubku znajduje się wielki diament. Robi wrażenie.

Shwedagon Paya

en_GBEN