2006 Wietnam PŁD
Boat trip in Nha Trang
pływający bar, wino owocowe lejące się strumieniem, nurkowanie w lazurze morza Chińskiego, nowe znajomości w Australii, kilka dobrych shotów, przednia impreza









kiwis, aussi and tasmanian

with hot vietnamese chicks
Hoian
Hoian, to przyjemna mieścina, która słynie z legend o tym co potrafią tutejsi krawcy. Potrafią rzeczywiście wiele: najnowsze kroje paryskich projektantów za 30$, garnitury z wełny kaszmirskiej , garsonki, itd . Od miesięcy chodzę w stylu plecakowca, fishermeny (luźne spodnie), luźny t-shirt. W Hoian znowu na moment poczułem klasę i dobry styl. Przygotowując swój elegancki image na Australie kupiłem dwie pary lnianych spodni (10 dolków za sztukę), sztruksową kurtkę w odcieniu orange, waży to swoje ale nie mogłem się oprzeć.
Haion to także urocze portowe miasteczko z mieszaną zabudową w klasycznym stylu wietnamsko-chińskim (liczne pagody), oraz kolonialnym. W swoim czasie Hoian był największym portem łączącym Wietnam z portami dalekomorskimi. Dzisiaj kurort z setkami turystów (szczególnie z Francji), przyjeżdżających na plaże oraz po wspomniane wyroby krawców.
Wioska rybacka w okolicach Hoian






W drodze z Nhan Trang do Hoian autobus złapał gumę; ponad godzinna przerwa gdzieś na bezdrożach Wietnamu. Poniżej zdjęcia, tego co można robić kiedy nie ma co robić. (ojciec narzeka że mało mnie na zdjęciach, więc zwielokrotniłem wysiłki)




u fryzjera..

kilka zdjęć z Hoian,




Pogrzeb




Podróżując po Wietnamie przeciętny turysta zdany jest na tak zwaną mafię autobusową. Z Sajgonu do Hanoi, z południa na północ Wietnamu jest prawie 2000 km. Open bus ticket, czyli autobusowy bilet otwarty, to najtańszy sposób podróży po tym kraju. Bilet, który kupiłem obejmuje cztery przystanki, są to najbardziej turystyczne miejsca centralnej części Wietnamu, głównie nadmorskie resorty. Bilet kosztuje 16 dolarów, czyli około 50pln., podaje cenę bo wydaję mi się to ciekawostką, jak tanio można podróżować po Wietnamie. Mimo że korporacje nazywane są mafią (najczęściej autobusy wiozą turystów do wybranego hotelu, często znajdującego się poza centrum), to proponowane ceny wydają się całkiem rozsądne. Pierwszy przystanek na mojej drodze to Mui Ne Beach.
Mui Ne Beach
Mui Ne jest to miejsce oddalone od Sajgonu około 5 godzin, autobus zrobił tutaj półgodzinną przerwę na obiad. Miejsce to nie jest wliczone w mój bilet otwarty. Kiedy jednak zobaczyłem to co zobaczyłem i przeczytałem w przewodniku to co przeczytałem, wziąłem walizy, znalazłem bangolow zrzuciłem walizy, wziąłem prysznic, zmieniłem ciuchy i ruszyłem eksplorować wioskę w towarzystwie spotkanych wcześniej dwóch kompletnie pojechanych kanadyjek. Jednym ze zwrotów, którego nauczyłem się tego dnia to kanadyjskie „boom shaca laca”. „Boom shaca laca” robisz wskazując palcem na coś co cię bierze, coś co porywa zmysły, np. robiąc dobrą fotę. Niezły ubaw tego dnia i następny dzień też nie był najgorszy. Moja nowa ksywa to Mr. Adventure, kasper sisters (siostry kanadyjki) były godnymi asystentami. I tak skakaliśmy po piaskowym kanionie, tropiliśmy rzeczkę do jej źródeł, robiliśmy ślizgi po wydmach, próbowaliśmy wspiąć się na palmę kokosową, kupiliśmy w wiosce rybackiej kałamarnice (shrimps) i małże (shelf fish) aby zanieść je do restauracji i zjeść jeden z najsmaczniejszych i pożywnych obiadów w mojej dotychczasowej podróży.
Fisherman village
Wioska rybacka, jeden z topików wizyty w Muine Ne Beach. Jak widać po zdjęciach miejsce nie najgorsze.
Takiego zatrzęsienia kapelusznic jeszcze w swoim życiu nie widziałem.







Po tym jak nasyciłem wzrok głównym miejscem rozładunku, ruszyłem za kobietą transportującą ryby, jak się okazało do ekspresowej przetwórni. Ryby ala sardynki, najpierw są rozkładane na specjalne platformy, następnie gotowane w wielkich kadziach i suszone.
Sardynki, kałamarnice, małże, krewetki, to specjalizacja tego miejsca. Po podstawowej obróbce, ryby i owoce morza, jadą na targ do Sajgonu, ewentualnie do Chin lub Japonii.




Kobiety „obierające muszle” (kupiłem około 300gr, niebo w gębie)










Kanion i wydmy w Mui Ne (jak niektórzy wiedzą, piaski stanowią dla mnie szczególny temat)



boom shaca lacalaca






wejście na palmę po kokosa!? może innym razem… (do wejścia na palmę potrzebny jest jedynie pas z materiału którym oplata się stopy, aby lepiej przylegały do chropowatej powierzchni palmy, ten kolo po lewej obok mnie to mr. behn, easy driver, mój palmowy instruktor)
Ale Sajgon!!!
Stoję na pasach, jestem trochę zmulony, jest około 4pm, ruch komunikacyjny osiągnął swoje apogeum. Patrzę w prawo 10 tysięcy motocykli, w lewo to samo. Zebra niczego nie zmienia, nikt się nie zatrzyma, aby przepuścić falanga. Podchodzi babcia około 80, ledwo widząca, bierze mnie za przegub, idzie przed siebie wolnym krokiem, nie zwracając na piekło wokół nas. Ja się chowam za babcią otoczony setką nadjeżdżających z każdej strony motocykli. Babcia, prowadzi mnie niczym nie wzruszonym krokiem. Po 30 sekundach jesteśmy po drugiej stronie jednej z największych arterii komunikacyjnych Sajgonu, uśmiecham się, dziękuję, babcia odchodzi w swoją stronę.
Ho Chi Minh City, taka jest od 30 lat oficjalna nazwa Sajgonu, byłej stolicy południowej części Wietnamu, części w której przez 5 lat stacjonowali amerykanie prowadząc swoją barbarzyńską wojnę. O Sajgonie nie mówi się jako o mieście, ale jako o prowincji rozciągającej wokół rzeki o tej nazwie na odległość dziesiątek kilometrów. HCMC nie ma spektakularnych zabytków ani miejsc widokowych, ma 6mln mieszkańców, miliony skuterów na ulicach ( może płytko widzę Sajgon, ale to jest to co mnie najbardziej uderza w tym mieście). Oprócz taksówek w Sajgonie nie ma samochodów, każdy pędzi na swoim małym motorku Honda lub Yamaha. Do Sajgonu przyjechałem z delty Mekong, późnym wieczorem, oczywiście wziąłem moto (skuter z kierowcą), aby dojechać do dzielnicy hoteli dla plecakowców. I pierwsze co uderza w Sajgonie to właśnie stężenie motocykli, ruch który nigdy się nie zatrzymuje. Jazda po Phnom Pehn jest jak niedzielna przejażdżka, tutaj to prawdziwa dżungla w której jednak obwiązują niepisane zasady, które chcąc przeżyć trzeba respektować. Trzy dni które spędziłem w Sajgonie, spędziłem na rowerze, podsumowauje staropolskim powiedzeniem : ale Sajgon!!!.
Ziewających wietnamczyków, jadący w peletonie setek pojazdów, każdy na odległość zaledwie kilku centymetrów od siebie, ja skupiony, aby nie złamać najważniejszej zasady czyli nie manewrować na prawo i lewo przy mijaniu tych co ślimaczą albo jadą pod prąd ( łatwo można sobie zrobić z d. garaż), Wietnamczycy wydają się znudzeni całym tym zamieszaniem. Tak się zastanawiam jak sposób i okoliczności w jakich prowadzi się pojazd kształtują psychikę, jest to oczywiście daleko posunięte przypuszczenie, ale być może jedną z przyczyn dlaczego amerykanie nie mogli się uporać z Viet Kongiem była hardość, zawziętość, solidarność którą do dzisiaj można widzieć w ruchu komunikacyjnym.
Poza tym w Sajgonie zainwestowałem w światło; nazywa się speedlite 430ex, lampa błyskowa, nowość wydana przez Canona. W końcu wyglądam prawie profesjonalnie, brakuje jeszcze tylko obiektywu z czerwoną obramówką i jakieś małej Laiki np. m6 do fotografii czarno-białej.
Pokaz zdjęć zaczynam od wujka Ho, grzechem by było zacząć czymś lub kimś innym. Uncle Ho, jak go nazywają Wietnamczycy to wielki rewolucjonista, który stworzył podwaliny pod najbardziej kapitalistyczne wśród komunistycznych państw Azji (może za wyjątkiem kraju jakich Mao).



Wietnam do dziś nie lubi Ameryki, wszelka obecność dzikiego kapitalizmu jest natychmiast likwidowana.
Sajgon nocą (eksperymenty z nową lampą błyskową)






Cao Cap Wietnam zwariował na punkcie lotki

Malarstwo nitkowe (jako medium używa się jedwabnych nici, fascynujące.., cena powyżej 1500$ za obraz )



szwędy po sajgońsku










efekt użycia przez amerykanów broni chemicznej (agent orange)

pagody i świątynie







Cha Doc
„mam już 26 lat”
Od miesiąca wożę za sobą extra kilogram, białe australijskie wino. Zdaje się że nie ma przyjaciół w okolicy, ale do wieczora jeszcze trochę czasu, może znajdzie się ktoś z kim można się napić za własne zdrowie.
Na urodziny kupiłem sobie 8 godzinną podróż po Mekongu. Moja wyprawa zaczęła się tuż po świcie o 5:30, cel największe pływające targi na Mekongu. Ciekawe, ale nie były tak duże jak się spodziewałem, w Myanmarze widziałem większe, tutaj oczywiście całkiem inne. Poza tym trudne światło, zrobiłem tony zdjęć, jednak coś mi się nie kleiło, mam niebotyczne problemy ze światłem, z balansem kolorów, generalnie z pomiarem

