Podróżując po Wietnamie przeciętny turysta zdany jest na tak zwaną mafię autobusową. Z Sajgonu do Hanoi, z południa na północ Wietnamu jest prawie 2000 km. Open bus ticket, czyli autobusowy bilet otwarty, to najtańszy sposób podróży po tym kraju. Bilet, który kupiłem obejmuje cztery przystanki, są to najbardziej turystyczne miejsca centralnej części Wietnamu, głównie nadmorskie resorty. Bilet kosztuje 16 dolarów, czyli około 50pln., podaje cenę bo wydaję mi się to ciekawostką, jak tanio można podróżować po Wietnamie. Mimo że korporacje nazywane są mafią (najczęściej autobusy wiozą turystów do wybranego hotelu, często znajdującego się poza centrum), to proponowane ceny wydają się całkiem rozsądne. Pierwszy przystanek na mojej drodze to Mui Ne Beach.

Mui Ne Beach

Mui Ne jest to miejsce oddalone od Sajgonu około 5 godzin, autobus zrobił tutaj półgodzinną przerwę na obiad. Miejsce to nie jest wliczone w mój bilet otwarty. Kiedy jednak zobaczyłem to co zobaczyłem i przeczytałem w przewodniku to co przeczytałem, wziąłem walizy, znalazłem bangolow zrzuciłem walizy, wziąłem prysznic, zmieniłem ciuchy i ruszyłem eksplorować wioskę w towarzystwie spotkanych wcześniej dwóch kompletnie pojechanych kanadyjek. Jednym ze zwrotów, którego nauczyłem się tego dnia to kanadyjskie „boom shaca laca”. „Boom shaca laca” robisz wskazując palcem na coś co cię bierze, coś co porywa zmysły, np. robiąc dobrą fotę. Niezły ubaw tego dnia i następny dzień też nie był najgorszy. Moja nowa ksywa to Mr. Adventure, kasper sisters (siostry kanadyjki) były godnymi asystentami. I tak skakaliśmy po piaskowym kanionie, tropiliśmy rzeczkę do jej źródeł, robiliśmy ślizgi po wydmach, próbowaliśmy wspiąć się na palmę kokosową, kupiliśmy w wiosce rybackiej kałamarnice (shrimps) i małże (shelf fish) aby zanieść je do restauracji i zjeść jeden z najsmaczniejszych i pożywnych obiadów w mojej dotychczasowej podróży.

Fisherman village

Wioska rybacka, jeden z topików wizyty w Muine Ne Beach. Jak widać po zdjęciach miejsce nie najgorsze.

Takiego zatrzęsienia kapelusznic jeszcze w swoim życiu nie widziałem.

Po tym jak nasyciłem wzrok głównym miejscem rozładunku, ruszyłem za kobietą transportującą ryby, jak się okazało do ekspresowej przetwórni. Ryby ala sardynki, najpierw są rozkładane na specjalne platformy, następnie gotowane w wielkich kadziach i suszone.

Sardynki, kałamarnice, małże, krewetki, to specjalizacja tego miejsca. Po podstawowej obróbce, ryby i owoce morza, jadą na targ do Sajgonu, ewentualnie do Chin lub Japonii.

Kobiety „obierające muszle” (kupiłem około 300gr, niebo w gębie)

Kanion i wydmy w Mui Ne (jak niektórzy wiedzą, piaski stanowią dla mnie szczególny temat)

boom shaca lacalaca

wejście na palmę po kokosa!? może innym razem… (do wejścia na palmę potrzebny jest jedynie pas z materiału którym oplata się stopy, aby lepiej przylegały do chropowatej powierzchni palmy, ten kolo po lewej obok mnie to mr. behn, easy driver, mój palmowy instruktor)

Ale Sajgon!!!

Stoję na pasach, jestem trochę zmulony, jest około 4pm, ruch komunikacyjny osiągnął swoje apogeum. Patrzę w prawo 10 tysięcy motocykli, w lewo to samo. Zebra niczego nie zmienia, nikt się nie zatrzyma, aby przepuścić falanga. Podchodzi babcia około 80, ledwo widząca, bierze mnie za przegub, idzie przed siebie wolnym krokiem, nie zwracając na piekło wokół nas. Ja się chowam za babcią otoczony setką nadjeżdżających z każdej strony motocykli. Babcia, prowadzi mnie niczym nie wzruszonym krokiem. Po 30 sekundach jesteśmy po drugiej stronie jednej z największych arterii komunikacyjnych Sajgonu, uśmiecham się, dziękuję, babcia odchodzi w swoją stronę.

Ho Chi Minh City, taka jest od 30 lat oficjalna nazwa Sajgonu, byłej stolicy południowej części Wietnamu, części w której przez 5 lat stacjonowali amerykanie prowadząc swoją barbarzyńską wojnę. O Sajgonie nie mówi się jako o mieście, ale jako o prowincji rozciągającej wokół rzeki o tej nazwie na odległość dziesiątek kilometrów. HCMC nie ma spektakularnych zabytków ani miejsc widokowych, ma 6mln mieszkańców, miliony skuterów na ulicach ( może płytko widzę Sajgon, ale to jest to co mnie najbardziej uderza w tym mieście). Oprócz taksówek w Sajgonie nie ma samochodów, każdy pędzi na swoim małym motorku Honda lub Yamaha. Do Sajgonu przyjechałem z delty Mekong, późnym wieczorem, oczywiście wziąłem moto (skuter z kierowcą), aby dojechać do dzielnicy hoteli dla plecakowców. I pierwsze co uderza w Sajgonie to właśnie stężenie motocykli, ruch który nigdy się nie zatrzymuje. Jazda po Phnom Pehn jest jak niedzielna przejażdżka, tutaj to prawdziwa dżungla w której jednak obwiązują niepisane zasady, które chcąc przeżyć trzeba respektować. Trzy dni które spędziłem w Sajgonie, spędziłem na rowerze, podsumowauje staropolskim powiedzeniem : ale Sajgon!!!.

Ziewających wietnamczyków, jadący w peletonie setek pojazdów, każdy na odległość zaledwie kilku centymetrów od siebie, ja skupiony, aby nie złamać najważniejszej zasady czyli nie manewrować na prawo i lewo przy mijaniu tych co ślimaczą albo jadą pod prąd ( łatwo można sobie zrobić z d. garaż), Wietnamczycy wydają się znudzeni całym tym zamieszaniem. Tak się zastanawiam jak sposób i okoliczności w jakich prowadzi się pojazd kształtują psychikę, jest to oczywiście daleko posunięte przypuszczenie, ale być może jedną z przyczyn dlaczego amerykanie nie mogli się uporać z Viet Kongiem była hardość, zawziętość, solidarność którą do dzisiaj można widzieć w ruchu komunikacyjnym.

Poza tym w Sajgonie zainwestowałem w światło; nazywa się speedlite 430ex, lampa błyskowa, nowość wydana przez Canona. W końcu wyglądam prawie profesjonalnie, brakuje jeszcze tylko obiektywu z czerwoną obramówką i jakieś małej Laiki np. m6 do fotografii czarno-białej.

Pokaz zdjęć zaczynam od wujka Ho, grzechem by było zacząć czymś lub kimś innym. Uncle Ho, jak go nazywają Wietnamczycy to wielki rewolucjonista, który stworzył podwaliny pod najbardziej kapitalistyczne wśród komunistycznych państw Azji (może za wyjątkiem kraju jakich Mao).

Wietnam do dziś nie lubi Ameryki, wszelka obecność dzikiego kapitalizmu jest natychmiast likwidowana.

Sajgon nocą (eksperymenty z nową lampą błyskową)

Cao Cap Wietnam zwariował na punkcie lotki

Malarstwo nitkowe (jako medium używa się jedwabnych nici, fascynujące.., cena powyżej 1500$ za obraz )

szwędy po sajgońsku

efekt użycia przez amerykanów broni chemicznej (agent orange)

pagody i świątynie

Cha Doc

„mam już 26 lat”

Od miesiąca wożę za sobą extra kilogram, białe australijskie wino. Zdaje się że nie ma przyjaciół w okolicy, ale do wieczora jeszcze trochę czasu, może znajdzie się ktoś z kim można się napić za własne zdrowie.

Na urodziny kupiłem sobie 8 godzinną podróż po Mekongu. Moja wyprawa zaczęła się tuż po świcie o 5:30, cel  największe pływające targi na Mekongu. Ciekawe, ale nie były tak duże jak się spodziewałem, w  Myanmarze widziałem większe,  tutaj oczywiście całkiem inne. Poza tym trudne światło, zrobiłem tony zdjęć, jednak coś mi się nie kleiło,   mam niebotyczne problemy ze światłem, z balansem kolorów, generalnie z pomiarem światła.   Większość zdjęć  prosto do kosza, niewielki procent na stronę.  Muszę zmienić szkła, mam nadzieje, że to  już niedługo.

31 lipiec, jestem jeszcze w Phnom Pehn, 7 rano, jem bagietkę, piję kawę, przede mną dwa autobusy  oba do Wietnamu, jeden prosto do Sajgonu, drugi do delty Mekong, za 5 minut odjazd a ja wciąż nie mogę się zdecydować, wertuje biblie (lonely planet). Mam cztery tygodnie na Wietnam, wiem że to  niewiele, ten kraj jest ogromny.  Podejmuję decyzje:

Delta Mekong

Autobus jedzie do granicy, potem zmiana na łódź. Wracam więc na Mekong, prawie zapomniałem jak to jest być w obecności tej rzeki. Mekong jest ogromny, w Laosie ma 200-300 metrów szerokości, tutaj w delcie  około 800 metrów. „River of nine dragon”, rzeka dziewięciu smoków, która u swojego ujścia rozdziela się na dziewięć wielkich rzek. Delta Mekong  jest jedną z największych na świecie (po Amazonce). Moim celem jest miasto Chau Doc, miejsce które słynie z pływających domów, oraz  hodowli ryb (znajdujących się pod pływającymi domami!)

O Wietnamie krążą złe opinie , spotkani turyści mówią, że Wietnamczycy oszukują na potęgę, że trzeba się ostro targować, że mają osobne menu dla turystów itp. Przygotowuję się, przechodzę przyspieszoną wietnamizację, znajduję wietnamczyka (albo on znajduję mnie) uczę się podstawowych zwrotów: dzień dobry, ile kosztuje, za drogo,  raz,  dwa, trzy, dobre, piękne,   foto, dziękuję, do widzenia. Jestem gotowy.


jak widać kapelusznice to dziarskie kobiety w odlotowych ciuszkach

Wietnam, tak inny od Kambodży; Wietnam państwo kapeluszników. 50% kobiet nosi na głowie ten znany azjatycki bambusowy kapelusz w kształcie trójkąta. Idę na targ, kapelusze są wszędzie tworząc  symetrię w zakrzywionej  przestrzeni, nie jestem onieśmielony, ja mam swój, całkiem inny. Ja patrzę na ich, oni na mój, inny bo  z innego kraju, „mój  kapelusz jest z Myanmaru” (my szaapo from myanmar), odpowiadam z dumą jeśli pytany.

Od czasów Angkor budzę się o świcie, około 6am. Biorę prysznic, idę na śniadanie. Oczywiście „pho”, zupa, z nudelsami, kiełkami sojowymi, trochę warzyw,   na ostro. Pocę się, szukam papierowych ręczniczków. Kończę zupę beknięciem i wielkim  uśmiechem zadowolenia.  Płacę 5000 dongów (0,3$), nie przepłacam, znam już wartość pieniądza. Pierwsze chwile w Wietnamie zaczynam od mojego ulubionego miejsca: od targu.  Kapelusze czarują mój poranny umysł, do tego  nowe snacki,  nowe owoce które pierwszy raz widzę na oczy.  Próbuję ryżowe ciasteczka, obślizgłe owoce, robię zdjęcia sprzedawczyń. Przyjeżdżający turyści, to głównie zorganizowane wycieczki z Francji, więc czasem widzę gęsiego, poza tym  nie widzę falanga, ludzie są  nadzwyczaj przyjaźni,  nie mam siły odpowiadać na wszystkie hello, nie mam siły wejść do każdego domu. Skręcam w zaułek gdzie sprzedają ryby, na rzece kilka łódek z targującymi się kapelusznikami, wołają mnie. Wskakuję na łódź, po chwili jestem już na rzece, płynę nawet nie wiem dokąd. Dwie kobiety z torbami pełnymi owoców, ryb, okazuje się że rozwożą towar do pływających domów. Na rzece łodzie, takich jeszcze nigdzie nie widziałem, piękne symetryczne kształty refleksujące w wodzie, robię zdjęcia,  ciekawe, jednak nie jestem zadowolony,  nie ma światła, niebo zachmurzone na potęgę. Po drodze pływająca stacja benzynowa, zatrzymujemy się aby zatankować. Płyniemy dalej, panie zatrzymują się od czasu do czasu, aby zrzucić towar. Dobijamy do brzegu, zeskakuje aby zobaczyć jak żyją ludzie na wiosce w tej części świata. Pierwsze co widzę to szczury, szczury w klatkach, hodowle szczurów, obok pani z tasakiem ucina głowy, nóżki, ogon, obok druga  ściąga skórę, wrzuca do  miski z lodem, szczur wygląda na pożywne zwierze, dużo mięsa. Okoliczne dzieci przyglądają mi się z ciekawością jakby nie widziały wcześniej falanga, ja im.  Pani w łódce woła, abym wrócił do łodzi, wracam. Jest 9 am , jestem z powrotem na targowisku, czas na poranną kawę. Dobry ranek, pożywne  powitanie Wietnamu.

widziane po drodze

kilka dni temu sprawdziłem pocztę na wp.pl, mam tam drugą awaryjną skrzynkę mailową, której generalnie nie używam, znalazłem  wiadomość z lipca, najwspanialszą wiadomość roku, 8 lipca 2006,  cielaki się ocielily!!!, nie mogę uwierzyć, nic nie wiedziałem o ciąży,  nie wiem w którą stronę puścić energię. (justyna i tobias,  przyjaciele  z berlina mają dziecko,  córeczkę Elleine)

smok szczęścia dla małego cielaczka

Battambang

Mnisi stuff z Battambang

Widziane na świętej górze w okolicach Battambang

studium kambodżańskich targowisk c.d. (targ Battambang)

żabę proszę

Angkor

Trzy dni minęły, mój pass stracił ważność. Czuję niedosyt. Od czterech dni budzę się godzinę przed świtem. Robię kawę, zamykam termoso-kubek, wsiadam na rower i pędzę ile sił w nogach byle tylko zdążyć.. Widzę budzące się miasto, ludzi otwierających budki z nudelsami, uliczny chaos w całkowitym porządku. Do przejechania od 10 – 15 kilometrów, wiem że Lao coffee na mnie czeka w torbie, myśl dodaje mi sił. Jadę, dryndam, wyprzedzam obciążone leniwymi turystami riksze, one wyprzedzają mnie. Na trasie widzę tablicę „Welcome to Angkor”, dreszcz przechodzi po plecach, w nogach nowe siły, znowu ja wyprzedzam riksze. Wokół fosy okrążającej Angkor utworzył się korek komunikacyjny, autobusy, samochody, motory, riksze, setki pojazdów. Jest sobota, 6 rano stoję przed bramą Angkor Wat.

Wchodzę na pomost przecinający fosę idę pewnym krokiem, po plecach znowu dreszcze, zaczyna świtać. Wokół mnie tysiące turystów, kontroluję swój umysł aby zmienił tory myślenia, wśród grona ignorantów, widzę zaciskającą podniesioną pięść, uśmiech spełnionego marzenia. Angkor Wat jeden z siedmiu cudów świata, jedna z najpotężniejszych budowli religijnych wzniesiona w dziejach cywilizacji, miejsce o którym marzyłem od lat. Dzień wcześniej śniłem o wieżach Angkoru, z perpektywy ptaka, przelatywałem pomiędzy jedną a drugą, więcej nie pamiętam. Rzeczywistość mnie rozczarowuje, myślałem że jest większy, Taj Mahal wydaje się bardziej masywny. Szukam ujęcia, wszędzie turyści, niebo zachmurzone więc nie będzie klasycznego wschodu słońca. Naręcza zostawiam za sobą wspinam się po ultra stromych schodach. Jestem w sanktuarium, w sercu Angkor, znajduję kaplicę, posąg Wishnu dawno zamieniono na Buddę, nie szkodzi, zapalam kadzidło. Wschodzące słońce wpada do świątyni oświetlając pomarańczową chustę Buddy, posąg pozostaje w cieniu.

Najwyższa z wież Angkor Wat wznosi się na wysokość 55 metrów. Kompleks otoczony jest murem o długości 1000 i 800 metrów, fosą szerokości 200 metrów, długości 1,5 na 1,3 km. Angkor Wat został zbudowany został w XII wieku jako świątynia Wisznu oraz mauzoleum jednego z najpotężniejszych królów Khmerów Suryavaramana II. Szwędam się po świątyni myślę o Różokrzyżowcach, jedną z nauk które odebrałem w ich szkole, jest przekonanie, że są słowa, które są święte, modlitwy który noszą w sobie magię, słowa wypowiadane od setek lat które mają w przestrzeni swoja siłę, moją moc. Angkor Wat, Angkor Wat, Angkor Wat. Chodzę po świątyni powtarzam te słowa niczym mantrę, chcąc znaleźć co się za nimi znajduję, co oznaczają, kim byli ludzie którzy zbudowali to miejsce. Angkor, Angkor, Angkor. Zaglądam do biblii (lonely planet). Biblia odpowiada: Angkor Wat: „Wat” : światynia, „Angkor” : centralna. Odpowiedź banalna, przyjmuję z pokorą, wciąż chodzę i powtarzam: Angkor Wat Angkor Wat, Angkor Wat.

Z Angkor Wat droga prowadzi do Angkor Thom jednego z najpotężniejszych miast świata w ówczesnym czasie. Miasto zostało otoczone murem na planie kwadrata, każda ze ścian ciągnie się na długość 12 kilometrów, wysokość murów 8 metrów, wszystko oczywiście otoczone fosą szerokości 100 metrów. (przytaczam liczby dla podkreślenia ogromu tego miejsca i geniuszu architektów). W XII wieku miasto zamieszkiwało milion osób ( w ówczesnym czasie Londyn: 50.000; tak mówi „biblia”). Do miasta prowadzą cztery bramy. Każda 20 metrów wysokości, każda zwieńczona wielkim uśmiechem Bodisattvy Avolikiteshevara. Przed każdą bramą znajduje się rząd po prawej 54 demonów, po lewej 54 bogów. Zanim przekroczysz mury miasta musisz przejść przez niebo i piekło. Nadziei dodaje wielki uśmiech Bodisathwy, bo pod jego osłoną powinno być dobrze. Przechodzę przez mury z hordami turystów, brama ma wąskie przejście, samochody trąbią, w korku stoją tym razem słonie. Sól tej ziemi, Khmerzy, pozostają za linią wyznaczoną przez policję, której nie mogą przekroczyć. Jednak ich krzyk potrafi dotrzeć wszędzie: sir, cold drink!, mister postcard!, mister handsome buy book guide!, sir buy something!, etc. Bez tych ludzi cały kompleks Angkor byłby kupą kamieni, dzisiejszy Khmerzy ze swoją radością tchną ducha w to miejsce. Nie wiem jak to możliwe, że w państwie zamieszkanym przez ludzi z takim poczuciem humoru doszło to takiej rzezi. Najczęściej sprzedawcy to dzieci handlujące pocztówkami, wodą, itp. Dziwną energię we mnie wzbudzali ci ludzie, na pewno było wesoło..

Bayon

W centrum Angkor Thom,( tego potężnego miasta ) znajduje się najsłynniejsza ze świątyń Angkoru, Bayon. (Czuję jak przechodzą po mnie dreszcze na samo wspomnienie). Bayon było miejscem które odwiedzałem, każdego dnia. W sumie spędziłem tam ponad 6 godzin. W swoim życiu widziałem kilka cudów natury i kultury jednak to miejsca powaliło mnie na kolana, pierwszego dnia niemalże uroniłem łzy nad cudem jaki przyszło mi oglądać. Śmiało mogę powiedzieć: nie widziałem w swoim życiu niczego dorównującego pięknie i sile tego miejsca.

Nazwa nie robi wrażenia, nie powtarzam jej jak mantry Angkor Wat, kojarzy mi się raczej z polskim piosenkarzem. Bayon świątynia składająca się z trzech poziomów. Pierwszy to sceny bitw z tematyką z Mahabraty, ówczesnych wojen oraz codziennego życia. Drugi poziom to kolejne sceny rodzajowe. Na trzecim znajduję się najwyższy duch tego miejsca. 54 wieże, na każdej 4 twarze ponad metr wysokości , patrzące w cztery strony świata, niby takie same jednak każda inna (same same but different). W sumie 216 twarzy, 216 uśmiechów Bodisattvy Avolikiteshvary (czyt. Bodisatwa Awalokiteśwara). „Biblia” tłumaczy że w tamtym czasie Kampucha (czyt. Kampucza, żadna kapucha), królestwo Khmerów podzielone było na 54 stany, każda z wież symbolizowała jedną z części, każda z twarzy obserwowała co się w częściach królestwa. Dla mnie symbolika tego miejsca jest całkiem inna. W mitologii buddyjskiej Bodisattva Avolikiteshevara przedstawiany jest w postaci bóstwa o wielu głowach i wielu rękach. Głowy mają oczy, aby nikt kto cierpi nie uszedł uwadze, ręce maja dłonie, aby każdy cierpiący otrzymał pomoc. Bodisattva Avolikiteshevara -Bodisattva współczucia. Będąc w Bayon nie sposób się schować, gdziekolwiek spojrzysz znajdziesz wielki uśmiech, dający nadzieję i siłę Bodisattvy. Nawet jeśli odwracasz wzrok on Ciebie znajdzie. Pierwszy raz w życiu miałem mistyczne przeżycia w zatknięciu z kupą kamieni. To miejsce, te twarze…

Drugiego dnia wstałem wcześniej około 4 nad ranem, chciałem zobaczyć Bayon w świetle księżyca, spóźniłem się (ta świątynia znajduje się o wiele dalej niż Angkor Wat), słońce wschodziło kiedy dotarłem, było jednak pusto, może 5 turystów, każdy znalazł swoje miejsce i przez ponad godzinę nie widziałem nikogo, siadłem w moim ulubionym miejscu, patrząc w oczy i uśmiech Avolikiteshevary. Tylko ja i Jego wielki uśmiech.

Dla mojej kosmicznej siostry, Gosi

Apsara na kwiecie lotosu prosto z kosmosu

Gra w szachy, ostateczny cios zdaje się niepewny, ale mimo to pełen finezji i gracji. (płaskorzeźby z XIII w.!)

nature vs culture

Kolejnym miejscem z którego słynie kompleks Angkor jest świątynia Ta Prohm. Miejsce zostawione przez „francuskich odkrywców” w stanie jakim je zastali. Potężne, kilkusetletnie drzewa wbijające się w mury świątyń. Natura w pełnej harmonii z kulturą.

Around Angkor

W Angkor w sumie spędziłem trzy dni. Ceny są zaskakująco wysokie za jeden dzień trzeba zapłacić 20$, za trzy 40$, za tydzień 60$. Jak ktoś lubi cuda cywilizacji, tydzień wystarczy aby zapoznać się z tym ogromnym dziełem. Po trzech dniach wciąż czuję niedosyt , tylu miejsc nie widziałem. Mam już swoje ulubione miejsca w niektórych świątyniach, ulubione restaurację, ulubione dzieci które odwiedzam na kokosa. Monet malował swoją katedrę w różnych porach dnia używając różnego światła, Kantor w różnych porach nastroju. Jak pisałem wcześniej Bayon jest moim ulubionym miejscem, które odwiedziłem kilkukrotnie w różnych porach dnia i nastroju. Największe wrażenie było ranem o wschodzie słońca. Klasycznego wschodu nie było, czekałem na długie cienie, ostre żółte światło, dostałem zachmurzone niebo, miękkie, szare i nieciekawe światło. Było jednak coś innego, mój świeży o poranku umysł skłonny do kontemplacji. Chodziłem, okrążałem świątynie, zaglądając w zakamarki, szukając ciekawych kątów, szukając odpowiedzi na dręczące mnie pytanie (j.p.). Również Angkor Wat odwiedziłem po raz kolejny. Całkiem inaczej spojrzałem na tą świątynie, trzeciego dnia wydała mi się bardziej majestatyczna. Tym razem zostawiłem coś od siebie, moje sandały które dziwnym zbiegiem okoliczności mury Angkoru pochłonęły na wieki. (Chciałem uświetnić wizytę w świątyni ściągając obuwie jak czyni się w każdej świątyni w Azji). Zaraz jednak jak opuściłem kompleks i zacząłem marudzić rikszarzom że ktoś mi buchnął stare sandały (które łatałem w nieskończoność), znalazło się kilku którzy zaoferowali swoje, „one dollar sir”. Kupiłem więc używane japonki handlując się twardo (0,5$), całkiem wygodne lacze.

Kreatia

Takie sobie miasto w Kambodży, które dla mnie i Santiago (Hiszpan z którym podróżuje) okazało się miejscem pełnym inspiracji i niezłych ujęć (szczególnie dla Santiago), dla mnie mniej. W Kratia miałem problem, aby otworzyć się do ludzi, przekroczyć „magiczną barierę”. Do fotoreportażu potrzebny jest pewien szczególny rodzaj energii. Wydaje mi się że, aby zrobić na prawdę dobre zdjęcie człowieka trzeba być szczęśliwym, trzeba stać się niewidzialnym, poczuć drugą osobę, pozwolić się jej czuć komfortowo. W moim przypadku, a pracuję nad tym twardo, czasem muszę wejść w błoto sadzić ryż, spożywać rzeczy które nigdy w normalnym przypadku bym nie włożył do buzi i wiele innych. Wszystko po to, aby zbliżyć się do człowieka otworzyć siebie, przekroczyć granicę. Czasem też naruszam tą granicę, kiedy nie mogę się oprzeć i jednak robię zdjęcie, nadrabiam wtedy szczerym rozbrajającym uśmiechem i błyskiem w oku. Czasem jestem tak spięty i przestraszony, że chodzę, widzę niesamowite ujęcia (tak jak było na targu w Kratia) i nie wyciągam aparatu z torby, jestem sparaliżowany. Dla mnie był to jeden z pierwszych dni w Kambodży, nie wiedziałem jak powiedzieć w języku Khmerów hello, dziękuję, foto. Kiedy wiem jak powiedzieć te trzy magiczne słowa, mogę działać. Bez tego czuję się jak impotent. Santiago ma coś jeszcze czego ja nie mam, naturę hiszpana, jest głośny, hiperaktywny (joder) i czarujący swoim nieustającym śmiechem. Ale ja mam też czego on nie ma, ale o tym innym razem…

Na targowisku w Kratia

Exchange Office

Na wioskach w okolicy Kratia

Narodowa gra Kambodży: gra w klapka; kto pierwszy rozwali kupkę zgarnia pule

Kambodża

Od kilku dni jestem w Kambodży.  Nazwa kraju elektryzuje  mnie  równie mocno jak Laos. Kambodża kraj który otworzył swoje granice dla turystów zaledwie kilka lat temu. Kraj o okrutnej historii, w którym zaledwie 30 lat temu doszło do niespotykanej w historii świata tragedii porównywalnej do rzezi dokonanej na własnym narodzie  przez Mao i Stalina. Kambodża kraj Khmer Rouge, Kambodża kraj jednego z siedmiu cudów świata: Angor Wat.

Do Kambodży dotarłem przez granicę lądową z Laosem. Pierwsze co mnie uderzyło po przekroczeniu granicy to kompletna zmiana krajobrazu. Laos to jedna wielka dżungla, pola ryżowe, małe  wioseczki, wszystko płynie w harmonii. Północ Kambodży to dość depresyjny widok, wypalone pola, kikuty drzew ciągnące się w nieskończoność. Kikuty, wyschniętych,  niewypalonych drzew to  widok, który uderzy  mnie najbardziej.

Tha Khaek – Savananaketh – Pakse – Champasak – Don Det

Skończyłem przerzucać zdjęcia z ostatnich dni, niewiele tego dobrego. W ostatnich dwóch tygodniach odwiedziłem kilka miejscowości na południu Laosu, większość to małe miasteczka; nic specjalnego. Jedno miejsce podobne do drugiego, regularna zabudowa, kolonialny styl , kilka świątyń, ludzie grający w kule. Do tego pogoda, nie napawająca entuzjazmem. Nadszedł czas monsunu, są dnie, w które pada od rana do wieczora. Ciężko się ruszyć z kafejek, ciężko się znaleźć fotograficznie. Zdjęcia poniżej to głównie portrety ciekawych twarzy Loaitów.

Ostatnie tygodnie to towarzystwo, kolesia z Anglii (rozmowy o kobietach w loatańskiej saunie), kibucnika z Izraela (przejmujące historie z wojska ), zwariowanego Hiszpana pracującego w Brukselii (osoba, z którą mogę godzinami rozmawiać o fotografii) , w końcu zagubionej w przestworzach Polki (pierwsza osoba z Polski spotkana od miesięcy).

W Laosie spędziłem ponad miesiąc, wystarczy, czuję jednak niedosyt wiedzy o tym kraju, nie expolorawałem wystarczająco kultury i historii, nie przejechałem motorem północy, nie ograłem żadnego Laoite w kule. Nie widziałem żadnego słonia mimo że kraj nazywany jest krajem tysiąca słoni.

Portrety rodziny spotkanej na plantacji kawy Bolivean Plaeteau

W drodze

Cricet Barbecue

Champasak (Khmer Temple)

Travel mates

Santiago, Laoit and Wojtek

Feldman and Avi

Vientiane

Falang, Falang, wciąż słyszę wokół siebie, gdziekolwiek się pojawię od razu pojawia się Falang. Falang jest jak cień białego, każdy turysta ma wypisane na czole: Falang .

Falang zn. – „duży nos”

Nazwa funkcjonuje od czasów Francuzów, którzy kolonizowali Laos swoimi wielkimi nosami. Falang jest słowem, które oznacza także guawe, taki zielony owoc wielkości jabłka, który nie ma sobie równych. Francuz- duży nos-guawa=falang. Etymologia oczywista

Zaczynać dzień w Laosie, to wielka przyjemność. Dzisiaj obudziłem się po 8, trochę yogi z Ravi Shankarem, potem czas na Lao coffee z francuskim ciastkiem. Kiedy wyszedłem z hotelu kierując się do swojej ulubionej kawiarni , wciąż słyszałem Sabaidee Falang („dzień dobry wielki nosie”). I jak tu sobie wyobrazić lepszy początek dnia. Lubię tych ludzi, tak łatwo do nich dotrzeć, mają to coś co nazywam wielkim dzieckiem w sobie. Czasem kiedy mam kiepski dzień, uciekam od ich uśmiechów, przechodzę na drugą stronę ulicy, szukam ciemnych zaułków, aby tylko nie słyszeć Sabaidee.

Widok Pana Józefa szczerze mnie wzruszył (tanie telefony do Polski)

Zatęskniłem za Indiami. Często powracam myślami do Indii. Kiedyś myślałem, że to łatwy kraj do podróży, dobry aby rozgrzać się podróżniczo przed hard-corem jaki czeka w np. w Azji południowo-wschodniej. Dzisiaj wiem, że jest to jeden z najtrudniejszych krajów do podróży ( co nie oznacza, że jest trudny), który albo kochasz albo nienawidzisz. Nie da się pozostać obojętnym jak ma się to w przypadku np. Tajlandii. Laos, czy Myanmar, po prostu się uwielbia, proste odczucie, nie ma innego wyjścia (trzeba być bardzo zblazowanym, aby powiedzieć złe słowo o tych krajach). Indie to prawdziwy fenomen na mapie świata. Indie ze swoją szaloną religijnością, zapachami kadzideł, wszechobecną muzyką, hukiem klaksonów, biedą, slumsami, miliardem hindusów. Indie, Indie Indie…

Coś mi się ostatnio stało. Nie trawie ryżu. Z rice-eater-a ( ryżomana) stałem się rice-hater-em. Dzięki bogu znalazłem kilka indyjskich restauracji, niby dal, niby aloo-mutter, niby naan, nazwy te same, ale nie da się tego porównać do najtańszej dhaby w Indiach, ale dobre i to. Muzyka Ravi Shankara, od lat czołowy muzyk, w Indiach, ojciec Norah Jones, fenomenalny.

Kilka dni temu odwiedziłem galerie ze sztuką współczesną Laoitów. Już wiem jaka jest moja ulubiona technika malarska. Akwarele, farbki wodne. W Muang Ngoi , zrobiliśmy warsztaty z akwarelami, potem kiedy zobaczyłem dzieła profesjonalistów, powaliło mnie na kolana. Farby wodne.

Od tygodnia jestem w Vientiane, stolicy Laosu. Od tygodnia, nie potrafię zrobić zdjęcia które by mi się podobała, czasem próbuję ale jakoś nie wychodzi. Są za to inne rzeczy, które się podobają. Wczoraj zrobiłem dzień dla zdrowia. Najpierw basen, potem herbal sauna, lao-masaż. Saunę znalazłem przypadkiem, kiedy oglądałemkolejną świątynie. Buddyjska sauna parowa, otwarta od rana. Leżanki z leniwymi Laoitami. Masaż, robiony przez młodego chłopaczka, tak mocny że nie mogłem się ruszyć. Po popołudniu w końcu znalazłem Laoitów grających w kulki. Po tym jak sromotnie przegrałem dwa mecze, poprosili o 8.000 kipów, 1 dolara, co wcale tutaj nie jest mało. Trochę się oburzyłem, Laoici grają na pieniądze, powinni powiedzieć wcześniej. Kasę przeznacza się na Lao-beer dla wygranego zespołu, więc cel przynajmniej szlachetny. Przeniosłem się do klubu ping-ponga. Tam poniosłem kolejną porażkę, 11:1, 11:3, 11:8. Pocieszam się myślą, że przegrałem z profesjonalnym graczem i tłumaczę swoją niedyspozycję wcześniejszą sauną.

Dwa słowa o Vientiane, stolicy Laosu, Vientiane w bezpośrednim tłumaczeniu znaczy „miasto w lesie”. 160 tyś. mieszkańców. Drogi niby asfaltowe, ale większość podziurawiona, lub szutrowa. Vientiane najbardziej wiejską stolica świata. Lubię to miasto, jest w nim jakiś spokój. Kafejka na kafejce, pizzerie, tani internet, świątynie do których nie mogę się przekonać, uśmiechy Laoitów, fajne Laoitanki (ach co tu pisać). Vientiane nie ma klimatu Luang-Prabang, ma jednak swój czar, bardziej ukryty i trudniejszy do uchwycenia. Jest coś w tym mieście że każdego dnia mówię w recepcji: „może jeszcze jeden dzień”.

Narodowe monumenty Laosu

Po Laosie podróżuje francuzka rodzina z Montpellier. Spotykam ich całkiem przypadkiem prawie codziennie od kilku tygodni. Są w drodze od kilku miesięcy. Mama i tata (ok 35 lat) z trzyletnim chłopcem i czteroletnią dziewczynką. Widok nieprzeciętny, ludzie niezwykli.

Jutro ruszam na południe Laosu. Zapowiadają się niezwykłe dwa tygodnie na wioskach i w dżungli. Potem kraj khmer rouge. Wietnam odpuszczam , nie na moją kieszeń.

Muang Ngoi

Pewnego dnia wraz z Lindą i Adi wynajęliśmy łódź i popłynęliśmy na dwudniowy rejs w gorę rzeki Nam Ou, szukać nieznanych wiosek, w których nie było wcześniej falanga (białego turysty). Sam nie wiem kto szerzej otwierał oczy ze zdziwienia i zachwytu my czy oni. Na zdjęciach nie ma uśmiechów i radości , jest strach, napięcie i wielka ciekawość.

by Adi

Sesame seeds by Adi

Obrazy na świątyni buddyjskiej, przedstawiające twoja przyszłość jeśli będziesz niegrzeczną dziewczynką, lub niegrzecznym chłopcem. ( Pierwszy raz się spotkałem z czymś takim dotyczącym buddyzmu. Może ktoś wie z czym to jeść?)

Co można robić w Muang Ngoi?

1. Oczywiście Hamakować! To zdjęcie z mojego hamaka, poranna mgła.

2.Grać w kule z laoitami

3. Zorganizować warsztaty malarskie dla trzyletniego podróżnika z Francji

4. Patrzeć w piękne izraelskie oczy późną nocą

5. I oczywiście rozluźnić się i pozwolić się rzeczom dziać.

My friends from Muang Ngoi: Linda and Adi

Najczęściej zadawanym pytaniem turysty przyjeżdżającego do nowego miejsca jest „co tu można robić, jakie są atrakcję?” Moją odpowiedzią na pytanie co można robić w Muang Ngoi jest: „hamakować, oczywiście!”. W Muang Ngoi spędziłem prawie 10 dni więc wiele turystów się przewinęło z tym samym pytaniem „czy coś jeszcze?” Hm, hamakowanie to esencja tego miejsca, jeśli tego nie potrafisz, wyjeżdżasz następnego dnia. Oczywiście lista tego „co jeszcze” jest długa jednak hamakowanie okazało się czymś do czego powracałem każdego dnia, przyjemnością którą zaczynałem dzień, rozkoszą na której kończyłem dzień oglądając gwiazdy. Mój hamak nie był super kanapo-hamakiem, jednak szybko się przyzwyczaiłem do jego cienkich nitek wbijających się w ciało. Stał się moim hamakiem z którego roztaczał się najlepszy widok na okolice, hamakiem na którym trawiłem „Zahira” Coelho.

Dla Asi Palacz

..”I believe in signs. After I had walked the road to Santiago, everything had changed completely: what we need to learn is always there before us, we just have to look around us with respect and attention in order to discover where God is leading us with respect for mystery: as Einstein said, God does not play dice with the Universe; everything is interconnected and has a meaning. That may remain hidden nearly all the time, but always know we are close to our true mission on earth when what we are doing is touched with energy of enthusiasm.

If it is then all is well. If not, then we had better change direction.”..

Paulo Coelho „Zahir”

Zauważyłem ostatnio ciekawą rzecz. Podczas mojej podróży szukam powtarzalności. Ta sama restauracja każdego dnia, kąpiel w rzece o tej samej godzinie, ten sam napój sojowy o poranku, ten sam hamak. Nazywam to podświadomym poszukiwaniem domu.

Któregoś dnia postanowiłem przesiąść się z hamaka do kajaka. 4 godziny wiosłowania pod prąd, 4 godziny czucia się jak Indiana Jones przemierzający dżungle w poszukiwania zaginionych cywilizacji. Ciągle obserwując powierzchnie wody, szukając najsłabszych prądów, przenosząc kajak w miejscach gdzie prąd był tak silny że nie dało się ruszyć z miejsca. Celem naszej wycieczki była mała wioska położona jak nam powiedziano 2 godziny w górę rzeki. Coś im się pomyliło ale nie było problemu bo za towarzysza miałem izraelską dziewczynę. (Do moich marzeń podróżniczych dorzucam Izrael.)

Adi studentka architektury z Jeruzalem.

Wygłodniali, zmęczeni, spaleni słońcem, szczęśliwi wyskoczyliśmy na piękną plażę. Wioska do której dotarliśmy okazała się nieprzeciętnym kąskiem. Była jakaś czystość w tym miejscu której nie potrafię do końca objąć. Jedna ulica, jedna avenue, wzdłuż której oprócz bambusowych chat zasadzone zostały palmy. Jasna glina, super ostre słońce. Bardzo ciekawe obrazy, no i oczywiście ludzie. To było jedno z tych miejsc które chciałem znaleźć w Laosie, mała, zapomniana wioska, w której ludzie żyją od pokoleń w ten sam sposób, w tym samym tempie, koncentrując swoje życie na uprawie roślin i połowie ryb.

by Adi

Pani młóci

Muang Ngoi

Zdjecie, które zrobiłem zaraz po wyjściu z łodzi w Muang Ngoi. Nie wiedziałem jeszcze, że zostanę w tym miejscu 10 dni, nie wiedziałem jeszcze że spotkam tutaj nowych przyjaciół, nie wiedziałem że ten widok będzie moim ukochanym, w który będę się wpatrywać każdego następnego dnia.

W towarzystwie tej dziewczynki płynąłem prawie nieprzerwanie przez dwa dni po Oceanie Spokojnym z indyjskim chłopcem i Tygrysem bengalskim w małej łódeczce rzucanej przez bezlitosny żywioł.

..”Jestem pewien, że nigdy nie doświadczę radości tak, ogromnej, jak ta, której doznałem, zanurzając się w cętkowanym plamkami słonecznego światła migotliwym cieniu i słysząc suchy, szeleszczący poszum wiatru wśród listowia. Drzewo nie było duże, ani tak wysokie jak te w głębi wyspy. Rosło po niewłaściwej stronie wzgórza, było więc bardziej narażone na działanie żywiołów, a w związku z tym skarlałe i nie tak regularne w kształcie jak jego bracia. Było jednak drzewem a widok drzewa to dla kogoś kto miesiącami błądził po oceanie, to prawdziwe błogosławieństwo. Zaśpiewałem na chwałę drzewa, jego solidności, spokoju i czystości, jego leniwego piękna. Och gdybym mógł być taki jak ono, zakorzeniony w ziemi, z rękami uniesionymi w podzięce ku Bogu! Zapłakałem.”..

Yann Martel „Życie Pi”

Książka, którą na początku był zniesmaczony jej dziecinnym językiem i błędami tłumacza dotyczących Indii. Książka, która mnie ostatecznie powaliła i zmusiła do łez nad naturą ludzką. Książka, po której przeczytaniu czułem to rzadkie uczucie kiedy jest się przepełnionym pięknem i szczęściem pozostając jednocześnie w głębokim smutku i rozdarciu.

Drugiego dnia pobytu w Muang Ngoi, poszedłem na krótki spacer, taki przynajmniej miałem w planach. Jedna z dróg prowadziła do dżungli, ktoś mi powiedział że o godzinę drogi jest jaskinia o dwie wioska. Trzy lata temu będąc w Indiach widziałem zieleń której nie zapomnę do końca życia. Zieleń pól ryżowych. W Muang Ngoi, w Azji południowo-wschodniej jak się można domyślać, pola ryżowe to codzienność. Zdjęcia przyrody, szczególnie zieleni, błękitu, zachodzącego słońca, są dla mnie najtrudniejszym obiektem, są niemożliwe do zrobienia. Zawsze coś się przepali, wyblaknie, nie doświetli potem przy użyciu photoshopa można wiele podkręcić jednak w końcowym efekcie nie będzie tak jak na prawdę. Najczęściej więc używam matrycy mózgowej i ostrości własnych soczewek, zdjęcia robione w pamięci są najwyższej jakości. Tym razem pokusiłem się o próbę mętnego odwzorowania wielości zieleni występującej w przyrodzie. W rzeczywistości zieleń o której mówię jest bardziej fluorescencyjna, bardziej wyrazista, bardziej zielona.

Mam jakąś słabość do rybaków. Imponująca jest ilość sposobów jak można złapać rybę. Tych chłopaczków śledziłem idąc w górę rzeki prawie przez godzinę, okazali się trudną zdobyczą.

Od tygodnia jestem w Laosie. Jak już pisałem długo czekałem na ten moment.  Czasem brakuje  mi słów, aby opisać jak życie potrafi być piękne, lekkie i nieprzewidywalne. Laos przywitał mnie nową znajomością  Maline. Niemka , blondynka, o niesamowitych nogach, czegoś takiego jak żyje jeszcze nie widziałem.  Dzięki jej obecności miniony tydzień to  esencja znośnej lekkości bytu. W końcu też zrozumiałem coś o blondynkach. Blondynki nie są głupie jak to  się potocznie uważa, ale po prostu proste,  w ich prostocie leży potęga i wielka głębia.  Jak to powiedział Osho: „it is easy to be difficult, it is difficult to be easy”.  O Blondynce, tej niemieckiej  pisze już w czasie przeszłym bo właśnie ją odprowadziłem na autobus do Wietnamu. Tak to już jest w podróży, że  trzeba wysysać  z ludzi esencje, nie ma wiele czasu, bowiem  rozstanie nadchodzi szybko. Jak to podsumował   ks.Twardy „kochajmy ludzi bo tak szybko odchodzą, a ci co odchodzą nie zawsze powrócą i nigdy nie wiadomo mówiąc o Miłości czy ta ostania pierwsza czy   pierwsza ostatnią”.

Zaczynam się poważnie uzależniać od Podróży.  Powoli dochodzi do mnie  slogan, który umieściłem na nagłówku strony  poprzedniej edycji,  „podróżowanie jest najlepszą szkołą życia”.( Miałem małe wątpliwości czy faktycznie tak jest, wciąż je mam, dlatego też  zmieniam tekst.)  Podróż jest wielką intensyfikacją , w drodze nie ma szarości,  wszystko jest wielkie, wszystko  jest bardziej dosłowne i bardziej przemijalne. Czas płynie w innym wymiarze,  wszystko się zmienia w nieprzewidywalnym kierunku. W podróży szczególnie  lubię moment, kiedy przychodzi czas  na decyzje, czas wyboru , w  którą iść stronę , w jakim   kierunku. Ten moment  to czas  potęgi Wolnej Woli. Od tego jednego momentu zależy co i  kogo spotkam na swojej drodze.  Są to momenty kiedy się bierze mapę i kreśli  palcem plan na najbliższe miesiące. Podniecające uczucie,  jakiś rodzaj wolności, niezależności od miejsca i czasu.

en_GBEN