Sundarbane – wyprawa na tygrysa

Moją podróż kończę luksusowym rejsem w poszukiwaniu tygrysa w Parku Narodowym Sundarbane w Bangladeszu. Dobre jedzenie, fajne widoki i towarzystwo, oczywiście tygrysów brak. Zabawne spotkałem kolegę Mateusza z Dragona z Poznania, dobra zabawa..

Wciąż obecna obstawa. Tygrysy gustują w tutejszych rybakch, więc pewnie białym też by nie pogardziły.

(more…)

Bangladesz, kilka luźnych ujęć

Marchewka czy ogórek

plakietki wyborcze..

Ostatni krzyk mody.. ginger..

Godzina 17 na ulicach Dhaki.. i tak wszędzie.. widzicie ten ambulans.. był na sygnale..

Pan przygotowujący moją wieczorną  herbatkę.

Baza przeładunkowa ryb. Panowie zaprowadzili mnie do wielkich chłodni, ale zmarzłem..

rybackie szachy

Zawsze ktoś patrzy

Jak zawsze, dookoła kilka osób.. Na plakacie Ojciec Narodu..

Plakat ostatniego hitu kinematografii Bangladeszu

Podróż przez życie Bangladeszu

Od przeszło trzech tygodni podróżuję po Bangladeszu. Co dzień przebijam się przez tłumy najgęściej zaludnionego kraju na świecie i jak na razie spotkałem 10 turystów. Czy oznacza to, że Bangladesz jest krajem mało turystycznym? –  oczywiście, tak.  Czy  jednak jest to równoznaczne z tym, że Bangladesz jest krajem, którego nie warto odwiedzić?

What is your name, what is your country??

W ciągu godziny spędzonej na spacerze w jakimkolwiek miejscu Bangladeszu zaczepia mnie przynajmniej kilka osób. Wciąż padają te same pytania: skąd jestem i jak się nazywam, wciąż udzielam tych samych odpowiedzi. Jeśli znajomość angielskiego mojego rozmówcy jest bardziej zaawansowana, jestem pytany: dlaczego przyjechałem i jak podoba mi się Bangladesz. Pierwszych dwóch pytań mam już szczerze dość, następne dwa są o wiele ciekawsze, trudniejsze do wytłumaczenia, wymagają odrobiny zastanowienia, wyrywają z monotonii poprzednich. Większość „białych” przyjeżdża tutaj do pracy w organizacjach pozarządowych lub bardziej oficjalnie pracując dla UN (United Nation) albo w placówkach dyplomatycznych. Dlatego więc pytając o powód mego przyjazdu do Bangladeszu, większość rozmówców spodziewa się jedynej rozsądnej odpowiedzi – że jestem w pracy.  Słowo „podróż albo wakacje” wywołuje zdziwienie. Jakby nie potrafili pojąć co takiego  jest w ich kraju, co przyciąga turystów. Moja odpowiedź to oczywiście poszukiwanie obrazów i historii na kolejne zdjęcie  Co najbardziej podoba mi się w podróży przez Bangladesz, to otwartość ludzi. Możliwość robienia zdjęć jest niemalże wszędzie, w każdej sytuacji i każdemu o ile tylko mój obiekt jest płci męskiej. Nie należy zapominać, że Bangladesz to kraj muzułmański. Kobiety oczywiście są, widać je na ulicach, ale, jak w każdym kraju muzułmańskim ich życie toczy się na swego rodzaju marginesie społeczeństwa.

Młode państwo Bangladesz

Bangladesz jako niepodległe państwo ma zaledwie 40 lat. Historia tego kraju to czas wielowiekowej okupacji przez inne narody. Najpierw jako część Indii znajdował się pod rządami Mogołów,  po nich przyszli Anglicy, a po uzyskaniu w 1946 r. niepodległości przez Indie i Pakistan, stał się częścią Pakistanu jako Pakistan Wschodni. Dopiero w 1971 roku, w wyniku krwawej wojny domowej uzyskał niepodległość. Dzisiaj Bangladesz jest jednym z najbardziej przeludnionych i biednych krajów na świecie. Populacja tego niewielkiego, państwa sięga ponad 150 milionów mieszkańców. Większość moich rozmówców, których co dzień spotykam na ulicach miast i wsi ma tego głęboką świadomość. Często podczas rozmowy wyczuwam, że we własnym państwie czują się jak więźniowie, że ich kraj jest jak ciasna, uwierająca klatka, z której nie sposób się wydostać. Słysząc, że jestem z Polski najczęściej wypowiadają nostalgiczne „very nice country”..
Oczywiście jak w każdym kraju są bogaci i biedni. Dobrym wskaźnikiem bogactwa społeczeństwa jest jakość samochodów, które widać na ulicach. W Bangladeszu tych nowych i dobrych jest bardzo mało, klasa średnia wciąż jest mało rozwinięta. Większość ludzi pracuje w handlu i prostych usługach. Przeciętny pracownik wykonujący pracę fizyczną zarabia 2-3 dolary dziennie (około 150-200 Thaka). W naszych standardach jest to kwota szokująco niska, w Bangladeszu jednak za tę sumę można spokojnie przeżyć i opłacić swoje rachunki. Przykładowo prosty posiłek to koszt 10 – 50 Tk, przejazd rikszą 5 – 10 Tk za kilometr, przeciętny pokój w hotelu to ok 150 – 600 Tk. Podróżując trzy tygodnie po Bangladeszu wydałem łącznie około 250 dolarów. W kwocie tej mieszczą się wydatki na hotele, jedzenie, autobusy, riksze,  wejściówki do miejsc  turystycznych i  3 dniowa wycieczka luksusowym statkiem w poszukiwaniu tygrysów w Parku Narodowym Sundarbane

Fotograficzna podróż przez życie Bangladeszu
Bangladesz jest krajem ciężko pracujących ludzi. Stocznie w stolicy Dhaka, ceglarze na prowincji Chittagong, rowerowi rikszarze, których można znaleźć wszędzie i o każdej porze, to obrazy które szczególnie przykuły moją uwagę.  Prace te są ekstremalnie ciężkie i niebezpieczne dla zdrowia, a nawet życia.  Praca w stoczniach polega głównie na uderzaniu młotkiem w kadłub ogromnego statku do momentu, kiedy odpadnie z niego  cała rdza i będzie można zacząć go spawać, malować, konserwować lub po prostu pociąć. Statki są ogromne więc potrzebnych jest tysiące pracowników. Zaczepieni na burtach statków, skuleni pod kadłubem, młotkami i  ogromnymi pędzlami doprowadzają statki do porządku.
Praca w cegielniach jest równie ciężka. Każdy z ceglarzy musi wykonać około 2000 cegieł dziennie.  Praca trwa tylko przez porę suchą a więc około 6 miesięcy, w najgorętszym okresie roku. W tym czasie pracują przez 7 dni w tygodniu, z kilkugodzinną przerwą w ciągu dnia. Wydobywają glinę, mieszają ją z wodą, a następnie w prymitywnych pojedynczych formach formują cegły. Jedna po drugiej setkami i tysiącami. Mokre cegły są następnie wypalana w wielkich piecach.
Chudzi, wynędzniali i bardzo wytrzymali rikszarze całymi dniami jeżdżą na rowerach przewożąc ludzi i towary wszelkiej masy i objętości. Podobno w Dhaka jest 600 tysięcy riksz!!, a  stara część Dhaki opiera się tylko na tym transporcie. Ruch w mieście jest tak duży, że przez większość część dnia miasto jest całkowicie zakorkowane. Właściwie więc nie ma znaczenia, czy jest się w samochodzie, rikszy motorowej, czy rowerowej, wszystko porusza się z tą samą prędkością.

Wyprawa na tygrysa
Oficjalnie największą atrakcją Bangladeszu jest Park Narodowy Sandurbans. Ocean dosłownie wlewa się w las, tworząc największe tego rodzaju rozlewiska na świecie zwane fachowo lasami namorzonymi. Przy odrobinie szczęścia lub nieszczęścia można zobaczyć tam Tygrysa Bengalskiego. Jeśli widzi się go na lądzie z bliskiej odległości, to oznacza to tylko jedno: nieszczęście i widzi się go tylko raz. Jeśli zobaczy się go płynąc na łódce podczas przyjemnego kilkudniowego rejsu luksusowym statkiem można nazwać się prawdziwym szczęściarzem.

Come to Bangladesh before tourism come.

Przyjedź do Bangladeszu zanim przybędzie turystyka – tak brzmi oficjalne hasło rządowe promujące turystykę i coś w tym jest. Bangladesz nie jest typowym krajem turystycznym. Jeśli jednak niestraszne Ci bycie w centrum uwagi przez większą część dnia, nie burzy twoich obaw  niezorganizowany i chaotyczny ruch uliczny, niewysublimowane jedzenie nie drażni twojego podniebienia a cieszy Cię możliwość przeżycia najdziwniejszej przygody w każdej nadchodzącej godzinie dnia i nocy wtedy powiem: warto!

Batambang, Chittagong Hill Tracks

Rejon Chittagong, teren graniczny z Birmą słynie z obecności dziesiątek mniejszości narodowych. Ludy Chakma, Tripura, to dwie najliczniejsze grupy. Twarze tych ludzi całkowicie różnią się od mieszkańców Bangladeszu. Przeważnie są to emigranci z Birmy, którzy kultywują swoją tradycję i kulturę na terenie Bangladeszu. Postanowiłem odwiedzić kilka takich wiosek. Część ludzi była ubrana w egzotyczne ludowe stroje, oczywiście bardzo przyjazna, ale niestety całkowicie niezainteresowana rozmową z obcokrajowcem. Więc kiedy przeszedłem się przez kilka takich wiosek, wizyta w następnych nie miała już sensu. Bambusowe chatki na brzegiem rzeki, ludzie wykonujący proste czynności dnia codziennego. Ciekawa wizyta i dziwna zarazem.

W czasie kiedy byłem w Batambang akurat odbywał się coroczny festiwal. Wszystkie możliwe mniejszości się zjawiły..  Na zdjęciach głównie to co za sceną..

Welcome in Bangladesh

dla ludzi którzy czują się niezauważani, obejętni dla innych Bangladesz jest idealnym miejscem, dla poczucia się w centrum uwagi. Indie oczywiście też są dobre, ale nigdy nie byłem otaczany przez 20 ludzi którzy chcą sobie popatrzeć jak biały pije herbate. Masy, masy ludzie. 150 milionów na powierzchni mniejszej niż Polska. Bangladesz jest najgęściej zaludnionym krajem na świecie.  Ludzie są wszędzie, tłumy ludzi. Mam na Bangladesz 2 tygodnie, mam nadzieję że będą też spokojne miejsca.  Dhaka mimo że ma 10 milinów ludzi nie jest aż tak nieznośna jak czasem bywają indyjskie miasta. Ludzie zaczepiają, ale raczej rzadko w celach sprzedaży, poprostu są ciekawi. Najczęstsze pytanie słyszane pytanie jest łamanym angielskim: Country from? Ja oczywiscie odpowiadam, że Polska. Znudzony jestem entuzjazmem że „Holand good football”, bo Poland zły football, a Poland mało kto kojarzy więc mówię po naszemy Polska, a oni drapią się w głowę, gdzie to może być , pewnie w Europie ..

Sulaukuchi – jedwab, jedwab, jedwab

Krótka foto- historia o fabrykach jedwabiu w Sualkuchi..

Ten portret lubię szczególnie, to światło ten wyraz…  Pan przygotowywał szpule na maszyny..

Park Narodowy Kaziranga – Assam

Głównym celem przybycia  do Parku Narodowego Kaziranga jest możliwość zobaczenia nosorożca indyjskiego. W Parku na powierzchni 430 km kwadratowych zamieszkuje 2/3 światowej populacji tego pięknego zwierzaka (około 1850 osobników). My widzieliśmy ich naprawdę wiele. Ten był wyjątkowo blisko, jadący z nami ochroniarz trzymał w napięciu broń gotową do strzału, z nosorożcami nigdy nie wiadomo.

Darjeling – Tiger Hill

Napięcie było czuć w każdej minucie, ludzie a zabrało się ich ponad 200 przestępowali z nogi na nogę , poranny chłód doskwierałem każdemu. Lokalne sprzedawczynie roznosiły gorącą kawę.  W końcu stało się:  słońce wstało..

(more…)

Darjeling – herbaciany raj

Tym razem troszkę poza sezonem. Luty i marzec to miesiące, w których przycina się drzewka, widoki więc na słynne dywany plantacji herbaty troszkę inne niż te klasyczne..  Pogoda zamglona, widoki na Himalaje ograniczone. Jedno jednak pozostaje niezmienne w Darjelingu przez cały rok, spokój i gościnność ludzi .. i oczywiście S.F.T.G.F.O.P,  NR. 1 (w końcu dowiedziałem się w praktyce co znaczy ten skrót: Special Finest Tippy Golden Flowery Orange Pekoe) – czyli po naszemu Super Dobra Złoto Liściasta w kolorze Pomarańczowym Zerwana podczas zbioru 1. – to jest najwyższej jakości sort, który został nam zaserwowany przez Panią poniżej. Pierwszy raz w Darjelingu byłem 2003 roku. Doskonale pamiętam tą Panią, nikt nigdy wcześniej i nigdy później nie zaparzał mi harbaty w 3 sekundy.. pycha..

notka którą zostawiłem u tej Pani w 2003 roku. Widoki wciąż piękne, 3sec tea pyszna a uczciwość wciąż stoi pod znakiem zapytania, nigdy nie wiesz.. ale bardzo miło..

słów kilka z drogi

Ciepła, przydworcowa kafejka internetowa. Nie upalna tylko dlatego, że wiatrak pod sufitem tnie i chłodzi powietrze. W kafejce ja i Wojtek. Obok rozmawiający przez komórkę, właściciel lub pracownik kafejki. Pod pupą plastikowe krzesło nieprzyjemnie skłaniające do zgarbionej postawy zaawansowanego komputerowego gracza. Z zewnątrz do uszu dochodzą dźwięki tutejszej muzyki i umiarkowanego gwaru miasta. Pod sufitem na rzędach kolorowych przykładów zaawansowanej tandety malarskie reprodukcje przedstawień Sziwy, Khali i bóstw pomniejszych i świętych i guru, obwieszone cudownie pomarańczowymi koralami ze świeżych żywych kwiatów. Zieleń, fiolet, żółć i róż odchodzą od ściany olejnymi wybrzuszeniami odpadającego tynku. Ludzie wchodzą i wychodzą. Interes kwitnie.

Ciemne twarze, ciemny pokój, ciepło – znów ciepło.

Rano zaś tak zmarzłam, że gorący prysznic nie mógł dogrzać mi kości. Rano byliśmy 2500 m wyżej i oglądaliśmy wraz ze wschodzącym słońcem i kilkuset indyjskimi turystami wyłaniający się z mroku i mgły wspaniały szczyt Kangczendzonga. Rano gościliśmy w Darjeelingu.

Z Kalkuty przejechaliśmy do właśnie do Darjeelingu, jakbyśmy przedostali się do innego świata, innych ludzi, innej temperatury i klimatu. Znaleźliśmy pokój z balkonem, z którego o poranku mogliśmy oglądać wschód słońca na najwyższych szczytach himalajów, w którym spałam i śniłam jak nigdzie wcześniej. Spacerowaliśmy wśród jeszcze cichych, nie zapracowanych plantacji herbaty. Zwiedziliśmy miejsca bardziej i mniej znane tudzież polecane. W końcu dziś znów wsiedliśmy w jeepa i po dwóch dniach ponownie jesteśmy w drodze. Tym razem do Guwahati w prowincji Assam.

Pozostało mi pięć dni….

Kalkuta

Ulice Kalkuty, lubię te kolory, delikatne ale bardzo wyraźne…

Biri – najbardziej indyjskie papieroski

a dziś ukradli mi klapki…

W świątyni Kali, a właściwie pod świątynią, jednym z najznamienitszych zabytków Kalkuty zwanym Kali Ghat.
Jeden z tutejszych „wolontariuszy” oprowadził nas po kompleksie i w ekspresowym tempie z błogim uśmiechem wszystko rozumiejącego idioty, z wymawianym jeszcze szybciej niż chodził „szanti, szanti” odprawił modły za pomyślność nas i naszych rodzin i dzieci i pewnie nawet prawnuków. Na koniec wręczył nam zeszycik gdzie obok innych obcych nazwisk, przy których stały liczby z co najmniej trzema zerami Wojtek dopisał nasze 20. Wolontariusz się podziwił, pobiadolił, puścił nas wolno i pewnie dopisał do naszej cyfry dwa zera, dla kolejnych, którzy przyszli po nas.

My zaś wróciliśmy do świątyni gdzie tłum przewalał się z kwiatami, monetami, banknotami, modłami. Gdzie też się przewaliliśmy z innymi i ze wszystkim oglądając czarowne oczy bogini Kali.

Buty zostawiliśmy przed świątynią, bo kazał nam jakiś stary, całkiem dostojny Pan, który nasączył nam jeszcze ręce jakąś brudną wodą. Wyszliśmy z budynku, a tam gdzie zostawiliśmy nasze obuwie było o jedną parę mniej – moją parę.

W momencie, kiedy się zorientowałam, sama byłam jak Kali. Gorący asfalt, pod stopami, ja nad brudem miejskiej uliczki, wśród kolorowych straganów nieustającego odpustu, przede mną cel – kupić coś, co osłoni moje rozmiękłe miejskim życiem, obolałe stópki, za mną … hmm… cierpliwy Wojtek bezskutecznie próbujący pomóc.

Przeszło mi dopiero nad szklaneczką dobrego gorącego czaju. Kupiłam klapki – męskie, bo rozmiary damskie kończyły się mniej więcej na długości połowy mojej pięty. Gagatka oczywiście nie dorwałam. Wokół nikt się nie dziwił, tylko ze współczuciem kiwali głowami.

Zasada – nawet jeśli każą ściągnąć Ci buty przed jakąś świątynią, budynkiem, bóstwem, czy innym cudem – buty zdejmij, ale zabierz je ze sobą.
Najzabawniejsze, że to takie oczywiste…

en_GBEN