2006 Indie

W ostatnim tygodniu zrobiłem prawie 5 tyś kilometrów, spędzając w pociągu w sumie dwa i pół dnia. Troszkę chaotyczny początek wyjazdu z Delhi Pierwotnym celem była wioska leżąca pod Bombajem Ganeshpuri. a konkretnie asram SidhaYogi. Kiedy dotarłem na miejsce okazało się że jest to miejsce wyłącznie dla członków stowarzyszenia i jeśli chcę uczestniczyć w jakichkolwiek aktywnościach muszę najpierw zarejestrować się w Polsce i dostać zaproszenie. Jedyne co mogli mi zaoferować to po otrzymaniu przepustki mogłem wejść do światyni na krótką ceremonię arti. Małe rozczarowanie, ale rozumiem, podobnie to ma się z Różokrzyżowcami, że aby wejść do wspólnoty trzeba przejść konieczny proces inicjacji i swoistego rodzaju sprawdzenia intencji początkującego. Chociaż na skale Indie taka zamkniętość i elitarność jest prawdziwie fenomenalnym zjawiskiem. Mimo wszystko Szacunek..

Jakoś nie było weny, aby robić zdjęcia asramu w Ganeshpuri. Jedyne co przyciągnęło moją uwagę to ceglarnie znajdujące się na obrzeżach miasta.

Guru Nityananada; założyciel lini Sidha Yogi (portret umieszczony na budynku szkolnym)

Po jednodniowej wizycie w Ganeshpuri pojechałem z powrotem do Bombaju i spędziłam tam dwa dni, które bardzo miło mnie zaskoczyły. Podczas poprzedniej wizyty w Indiach miasto ominąłem dużym łukiem ze względu na ceny i niechęć do zatłoczonych indyjskich konglomeracji i co za tym idzie ciągłej walki z naganiaczami, wzmożonej czujności i koncentracji co się dzieje dookoła. Poza tym widziałem już kilka wielkich miast w Indiach i do kolejnego niespecjalnie mnie ciągnęło szczególnie że Bombaj należy do najdroższych miast w Indiach. A tutaj taka miła niespodzianka. Bombaj to prawdziwa bomba różnorodności największy melanż kulturowy w Indiach. To także najbogatsze miasto w Indiach liczące 16 mln mieszkańców z największymi skupiskami slamsów. W sumie w Bombaju spędziłem dwa dni. Pierwszy dzień przeleżałem w łóżku bo oprócz książek i kilku pamiątek z Ganeshpuri wywiozłem mdłości i problemy żółądkowe. Drugi dzień spędziłem na exploracji miasta. W ciągu 10 godzin zwiedzania zobaczyłem może jedną piątą tych rzeczy, które trzeba w Bombaju odwiedzić. Część miasta, w której przebywałem to w większości miasto budowane w stylu wiktoriańskim a na ulicach double-deckery czyli piętrowe autobusy. Atmosfera jak na wyspach brytyjskich z tymże temperatura dochodziła 40 stopniu, a na ulicach rozstawieni byli sprzedawcy kokosów, które jak nic na świecie gaszą pragnienie w upalny dzień.

Poniżej typowa zabudowa Bombaju


W świątyni dżinistów


Na zdjęciu para starców, która przypomina Mahatme Gandhi z jego życiową podporą Kasturbą. Bardzo lubie to zdjęcie, mimo wielu technicznych niedociągnięć ma klimacik.


Mani Bhavan, dom w którym przez 20 lat przebywał Mahatma. Tutaj w 1919 roku ogłoszona została sadyagraha (insistent on true) czyli polityka biernego oporu przeciwko brytyjczykom.


Z ciekawszych rzeczy w Bombaju to niewątpliwie meczet Haji Ali leżący na małej wysepce oddalonej od brzegu około 200metrów do którego prowadzi coś na kształt betonowego molo. Prawdziwa wędrówka przez morze.


Podczas spaceru po bazarze Kalbadevi moją uwagę przyciągnęli tzw. kuli czyli ludzie zajmujący się transportem towarów.

Dwa miesiące minęły. Czas jak zwykle zaskakuje szybkością przemijania. Słucham właśnie jakiejś techniawy mieszając z hinduskim disco penjabi. Zdaje się, że gusta muzyczne mocno mi się ostatnio pozmieniały. Jutro ostatni dzień praktyk. Owocne te dwa miesiące były i minęły w poczuciu względnego bezpieczeństwa i stabilizacji. W ciele małe napięcie przed zbliżającą się niewiadomą. Teraz dopiero się zacznie… Co mi dał ten pobyt oprócz kilku umiejętności biurowych, to na pewno ponowną fascynację Indiami. Przed wyjazdem obawiałem się Indii pamiętając swoje zmęczenie jakie czułem pod koniec ostatniej wyprawy. Ten pobyt to jak uzupełnianie braków z poprzedniego wyjazdu. Poznawanie rzeczy, które świadomie były nieruszane w trakcie ostatniej podróży. To także pobyt w Delhi przez tak długi czas, poznawanie miasta od podszewki. Mam tu już swoje miejsca, swoich ludzi, restauracje, miejsca gdzie serwują najlepszy czai .. Delhi nieodzownie będzie mi się kojarzyć z parkiem Nehru i pierwszymi lekcjami Yogi z Chand Ramem.

Chand Ram podczas odpoczynku..

Pierwotny plan był taki, że marcu jadę do Aśramu Osho pod Rishikesh, jednak kilka dni temu wszystko się poprzewracało i zamiast na północ wyruszam na południe; do Bombaju konkretnie do miejscowości pod Bombajem Ganeshpuri. Tam znajduje się asram Sidha Yogi. Znów w moje życie wkroczył jak się ostatnio śmieje mój osobisty moderator życiowy Lilii ( Śle całusy…). Osoba przez i dzięki której czasem nawet bez fizycznej obecności tyle się zmieniło w moim życiu i tylu wartościowych ludzi poznałem.


Ostatni dzień w Ambasadzie

Ostatni tydzień to znów dzięki Chand Ramowi wizyty w nowych miejscach i poznawanie niezwykłych ludzi. Wspomnę może Sunila Dutt. Jest to artysta; malarz, który tworzy niesamowite obrazy. Człowiek o złotym sercu którego w miarę możliwości chciałbym promować. Zamieszczam odnośnik na stronie, na którym znajduje się kilka jego obrazów. Szukam galerii może w Poznaniu może w innym mieście, która by była zainteresowana współpracą. Może znacie kogoś…???? Cena obrazu 100$. Sam posiadam już dwa.


„Roots and wings” Sunil Dutt Mumgain 05

(Ten obraz jest moim ulubionym, którego zreszta stałem sie szczęśliwym posiadaczem. Kojarzy mi się z wędrowcem wschodu idącym po swoją perłę.. I to słońce w środku, które czuwa nad wędrowcem i białe ptaki … i syrena .. hmmm)

Wczoraj wraz z Chand Ramem pojechaliśmy do Haryany odwiedzić kilku jego znajomych i członków rodziny. Celem wyjazdu miało być pokazanie mi jak wygląda typowa wieś w Indiach. Jak to określił, to co widziałem widziało może 1% turystów odwiedzających Indie. Odwiedziliśmy m. in. Gurukul, tj. ashram szkołę, w której przebywało około 50 chłopaków. Gurukul oznacza miejsca gdzie uczy się sanskrytu i yogi edukując no właśnie kogo …przyszłych guru?. Chand nie potrafił mi odpowiedzieć co robią te chłopaki, które kończą tą szkołę. Na pewno są wykształceni w tradycyjny sposób. Poniżej zamieszczam kilka zdjęć. Miejsce wywarło na mnie ogromne wrażenie niestety byliśmy tam może 20 minut i musieliśmy jechać dalej więc niestety tylko kilka ujęć a miejsce na fotoreportaż doskonałe.


Guru Gi czyli tutejszy nauczyciel yogi i sanskrytu

Wczoraj Czand Ram zabrał mnie na Indyjskie wesele. Może zacznę od tego, że było to Arrenged Marriage, czyli wesele aranżowane. Była to jedna z najsmutniejszych ceremonii jakie w życiu widziałam. Czy możecie sobie wyobrazić, że panna młoda poznała swojego męża na weselu. Przecież mamy XXI wiek, a aranżowane małżeństwa w Indiach to norma. W większości publikowanych gazet znajdują się ogłoszenia matrymonialne. Kandydat, kandydatka podaje na początku, tzw. background społeczny czyli kaste i pochodzenie rodziny, następnie posag jaki może wnieść do związku oraz oczywiście jakie wymagania musi spełniać druga połowa. W Indiach mówi się, że małżeństwa te rzadziej kończą się rozwodem niż małżeństwa z Miłości. Powód może być prosty, zawarcie takiego związku jest dosłownie biznesem zawieranym między dwoma rodzinami. Każda z rodzin szczególnie ta od strony panny młodej musi wnieść ogromne aktywa do związku często jest to samochód, dom, motor. Można sobie wyobrazić pod jaką presją są ci młodzi ludzie. Wszystko pieczętowane jest ceremonią ognia, którą prowadzi kapłan Bramin, podczas której młoda para okrąża siedem razy ogień. Ślub w którym miałem przyjemność uczestniczyć zaczął się po 21, sama ceremonia około 24. Całość zakończyła się po 1 w nocy.

Jak zwykle w takich sytuacjach przyjąłem rolę aktywnego obserwatora czyli fotoreportera. Przed weselem poszedłem do fryzjera, założyłem najlepsze szmaty jakie posiadam i na weselu mylili mnie z Beckhamem. Jak to mój fryzjer określił zrobimy ci funky style. Efekt piorunujący.

Fotografia daje niesamowite możliwości obserwacji , łatwiej chłonąć sytuację. Wizjer aparatu budzi zmysły, to trochę jak polowanie, ale czy możliwe jest polowanie bez strzelby? To pytanie czy możliwe jest utrzymywanie takiej czujności i koncentracji w życiu codziennym bez aparatu. Buddysta zen powiedziałby – i o to właśnie chodzi.

Mówi się, że Indie to biedny kraj. Czand Ram zawsze mnie poprawia, to nie Indie są biedne, ale ludzie. Jak się pojedzie na obrzeża miasta, powstaje tam setki nowych budowli. Jeżdżąc po Delhi, w każdej napotkanej dzielnicy znajdują się potężne centra handlowe a ceny wyższe niż w Polsce. Statystyki podają ze ponad 70% populacji żyje w ubóstwie (niecałe 2$ na dzień) Następne 20% to tak zwana klasa średnia, 5% to tzw. top end , czyli naprawdę bogaci ludzie.

Jak to sie mówi: chłopaki napierdalały na całego (jak patrzę na to zdjęcie dech mi zapiera, ta niesamowita siła wzroku..)

Chwila napięcia: pierwsze spotkanie

Ceremonia Ognia

Właśnie wróciłem nocnym pociągiem do Delhi. Ostanie trzy dni spędziłem w Haridwar i Rishikeshu. Są to jedne z najświętszych miejsc w Indiach. Pierwsze dla Hindusów, drugie dla hippisów i wielbicieli Jogi. W drogę wybrałem się z koleżanką z praktyki i jej afrykańskim chłopakiem. Jak się okazało już pierwszego dnia, nasze podejście do podroży jest dość odmienne i po drugim dniu oni wrócili do Delhi a ja pojechałem dalej. Celem wycieczki był Rishikesh. Po drodze jednak był Haridwar i 40 km przed Haridwarem kiedy zacząłem czytać o tym miejscu, zdecydowałem o modyfikacji planów. Hardiwar to miejsce miejsce gdzie Ganges spływa z gór. Tutaj rzeka jest czysta i płynie wartkim nurtem. Harki Pu Ri to miejsce w Haridwarze położone tuż nad rzeką, gdzie odbywają się wszystkie ceremonie związane z oddaniem czci Gandze. Wszystkie te ceremonie zwane są Puja i są na prawdę niezwykłe. Kiedy mam okazje w nich uczestniczyć na mojej twarzy pojawia się delikatny uśmiech, a po ciele przechodzą dreszcze. Setki ludzi inkatujących tę samą piesń, ręce złożone w modlitewnym geście. Tradycją jest spuszczanie pod koniec ceremonii pięknie przyrządzonych bukietów ułożonych w łódeczki zrobione z liści ze świeczuszką i kadzidełkiem w środku. Jak mawiają Hindusi, to jest właśnie Shanti, wielki spokój.


Sadhu Niesadhu czyli święty palący jointa

Dużo ostatnio zastanawiam się nad życiem. Większość moich znajomych obrała sobie jakiś cel w życiu. Ktoś powiedział ‘będę Prokuratorem” inny „będę Terapeutą”, a ktoś Tancerzem, Dziennikarzem, Lekarzem itp. Ludzie poświęcają znaczną część swojej energii na realizacje tego celu. Osobiście od kiedy pamiętam zawsze narzekałem na to, że nie wiem co chcę robić, jaką profesją chciałbym się zająć. Jest to wciąż powodem moich zmartwień i blokad wewnętrznych. Jednak mimo to odkryłem ostatnio, że właśnie dzięki temu, że nie wiem czego chcę, robię tysiące rzeczy „w zastępstwie”, które pozwalają mi poznawać obszary kompletnie niedostępne dla tych co ciągle patrzą w jedna stronę. Dochodzę ostatnio do tego, że jest to nawet moim swoiście rozumianym błogosławieństwem. Jak to się mówi w Indiach „Your Karma is your Destiny”, Twoja Karma jest Twoim Przeznaczeniem. Problem pojawia się wtedy kiedy pojawia się ambicja. Ambicja, projekcje rodziny, oczekiwania całego świata na osiągnięcia niewiadomo jakiej pozycji w społeczeństwie. A przecież życie to nie wyścig. Co miałoby być metą, posada prokuratora, pensja 5000 zł, a może rodzina i stateczne życie. No może to ostatnie brzmi całkiem miło. Jak siedziałem nad Gangesem oglądając ceremonie podeszła do mnie mała dziewczynka prosząc o kilka rupieci. I tak stała i uśmiechała się, szturchała i brzdąkała coś swoim dziecięcym głosikiem. Rozbroiła, rozczuliła mnie kompletnie, ruszyła coś z moich instynktów.

Tyle jest rzeczy które mnie ostatnio spotyka, tyle pięknej muzyki, atmosfery, ciekawych ludzi, pięknych obrazów, zapachów, smaków i różnorakich doznań cielesnych. Ktoś mi kiedyś powiedział, że aby realizować się jako podróżnik wcale nie trzeba jechać 10,000 km na wschód ze wystarczy 50km za Poznań. Wypad w Gorce, do koszalińskich lasów lub nad morze to piękna sprawa i moje miejsca niemal pielgrzymkowe, które raz w roku muszę odwiedzić, ale aby realizować się jako podróżnik i czerpać nowe inspiracje i tematy do fotografii potrzebuje wrażeń i piękna egzotyki . Ostatnio jechałem autobusem po centrum Delhi i w pewnym momencie zaczęliśmy wyprzedzać galopujące wielbłądy, niby nic nadzwyczajnego, ale właśnie dla takich momentów warto podróżować. Setki takich małych smaczków i sytuacji kompletnie przedziwnych i niby nie na miejscu, a jednak.


Harki Puri, ceremonia nad Gangesem


Łowca skarbów: poszukiwacz zagubionych pierścieni i bransoletek

Rishikesh to miejsce, które powinien odwiedzić każdy niespełniony Hippis. Jak w Haridwrze widziałem może pięciu turystów w ciągu dnia (a jest to miejsce porównywane z Varanasi jedno z najbardziej świętych miejsc dla Hindusów) tak Rishikesh to miejsce gdzie krzyżują się drogi tysięcy pielgrzymów z zachodu poszukujących swojej „Perły”. W latach 60’ The Beatles odwiedzili tutaj swojego Guru i od tamtego czasu zaczęła się wielka transformacja miasta. Powstało dziesiątki Aśramów i miejsc gdzie turysta z Zachodu może spotkać przeróżnych Guru. Miasto dzieli się na dwie części, część gdzie mieszkają tubylcy i część przygotowaną dla turystów. Całe miasto leży z dolinie nad którą rozciągają się piękne szczyty górskie i przecięte jest czyściutkim w tym miejscu Gangesem. Bardzo malownicze miejsce i raj, aby zwolnić i trochę zchilloutować od gwaru hinduskich ulic. Ostatecznie spędziłem w Rishikeszu tylko jeden dzień i nie wziąłem udziału w żadnych lekcjach Yogi. Ale miałem wystarczająco dużo czasu, aby dobrze poznać strukturę miasta, wypytać się turystów o dobre Ashramy i prawdopodobnie wybiorę się tam ponownie. Jest to także jedno z niewielu miejsc w Indiach o tak szerokim asortymencie szmat dla spóźnionych hippisów.

Znów się zakręciło. Właśnie wróciłem ze spaceru z Kasią; córka jednego z pracowników. Początkowy plan, to zobaczenie Munirki jeden z okolicznych marketów. Miejsce mimo, że polecane przez znajomych okazało się wyjątkowo nieciekawe. Pewnie zaczęliśmy zwiedzać z niewłaściwej strony i nie mogliśmy znaleźć nic co przykuło by naszą uwagę W pamięci miałem jednak inną część Delhi: Saket Enclave, która jest bardzo blisko. Złapaliśmy riksze i po 20 minutach znaleźliśmy się w miejscu, które już dobrze znam. (Może kilka słów o eklawach. Są to jak już sama nazwa sugeruje wysepki, wydzielone miejsca w rożnych częściach miasta, cos na kształt marketu na terenie którego znajdują się kina discoteki, kawiarnie, restauracje.) Ostatnio jak byłem na Sakeci jadłem Shahir Paneer i Dal Makhani. To była zdaje się najlepsza kolacja jaką dotychczas jadłem w Indiach. Wiedziony pamięcią kubków smakowych skierowałem się w stronę tej samej restauracji. Jednak tym razem było bez porównania, całkiem przeciętnie. Małe wytłumaczenie jeśli chodzi o nazwę potraw. Dal to najbardziej popularny posiłek w Indiach. Dal znaczy tyle co soczewica. Dal makhani to sos z ciemnej soczewicy z dodatkiem śmietany, Paneer to biały twardy ser, Shahi to sos na śmietanie z dodatkiem przypraw. Gravy to sosy szeroko rozumiane. Ostatnio właśnie te dwa dania prowadzą jeśli chodzi o częstotliwość wśród wybieranych przeze mnie potraw. Po tym jak skończyliśmy kolacje wzięliśmy Riksze na Chanakyapuri, (dzielnica Ambasad). Po drodze zobaczyliśmy orszak weselny idący drogą, idąc więc za tym co spontaniczne wyskoczyliśmy z rikszy i przyłączyliśmy się do procesji. Ja zacząłem robić zdjęcia, Kasie porwali do tańca. Hinduskie wesela to coś niesamowitego, prawdziwa ceremonia królewska. Nagle podeszło dwóch ze starszyzny i zaproponowała czy chcemy wejść do środka na właściwą cześć wesela. Po chwili przechodziliśmy przez bramę i teraz ja wskoczyłem w tany. Musiałem sprawdzić, to o czym pisałem ostatnio tj o bycie out i insiderem wydarzeń. Więc odłożyłem aparat i ruszyłem w taneczny bój w błysku kamer (tym razem nie swoich). Znowu się dziwnie poczułem bo zrobiło się zamieszanie ze Gora (białas) tańczy. A przecież to nie moja uroczystość. Wszystko skończyło się błyskawicznie tak jak się zaczęło. Pojawiło się nagle kilku kolesi z ochrony i powiedzieli ze obcokrajowcy nie mają wstępu na teren ośrodka ( okazało się ze był to jakiś obiekt wojskowy) i nas wyprosili.


Fireworks

A wracając do tych enklaw, są to bardzo specyficzne miejsca jak na Indie. To tu przyjeżdżają Europejczycy żyjący w Delhi i bogaci hindusi. W sobotę wraz ze znajomymi poszliśmy na Prije , to kolejna enklawa i w końcu zobaczyłem jak się bawią yuppie w Indiach. Samo wejście kosztowało 500 rupii. Dobra zapora. Dla przykładu mojemu nauczycielowi jogi płace za lekcje 250 rupii. 500 to około 15 dolarów. W cenie biletu są dwa drinki. Więc przełknąłem jakoś tą gorzką pigułę i po chwili tańcowałem na parkiecie. I pojawiła się (jak się potem ze mnie śmiali znajomi) Czinki, czyli skośnooka. Potańcowaliśmy, próbowaliśmy pogadać, ale grzmot był taki, że nic nie dało się usłyszeć. Więc pod koniec wziąłem tylko numer i pojechałem na kolejną imprezę. Z czinki może uda się spotkać w niedziele. Indie to nie Polska jeśli chodzi o umawianie się z dziewczynami. Ale i tak jako biały mam ułatwione zadanie.

Ten ostatni weekend był całkiem zwariowany trzy a prawie cztery ostatnie wieczory siedziałem z różnymi znajomymi i sączyłem rum z Colą, Limką, lub sodą w zależności od towarzystwa. Hindusi pod tym względem są kompletnie odjechani. Najbardziej uderza mnie widok hindusów pijących w samochodzie. Tutaj nikt o to nie dba. Oceniam, że Czand Ram np.jak mnie odwoził po wieczornej lekcji połączonej z wizytą u znajomego to zajmuje mu to połowę mniej czasu niż zwykle. Prawdziwy driver w niego wstępuje po kilku rumowych kolejkach. Całkiem przyjemne te ostatnie dni były.

W niedziele było wydarzenie na które czekałem kilka dni. Wykład Dalajlamy.

“…Our country is not samsara; our city is not samsara; our family is not samsara- samsara is the body and mind that are in the nature of suffering; the body and mind that constantly make us worry and keep us busy. Samsara is te body and mind that are bound by delusion and karma…”

His Holyness the Dalaj Lama

Obudziłem się dzisiaj na lekkim kacu. Wczoraj miałem kolejną lekcje jogi z moim Guru Gi, tj. Czand Ramem. Na lekcje pojechaliśmy nad Dwarke jedna z dzielnic Delhi gdzie jak się potem okazało mieszka jego przyjaciel. Zaraz po lekcji pojechaliśmy do domu jego przyjaciela i zaczęliśmy czekać. Jak się potem okazało mieliśmy czekać jakieś 4 godziny, ale nic nam to nie robiło bo w miedzy czasie pojechaliśmy do wine&beer shop i kupiliśmy flaszkę indyjskiego rumu. Muszę się przyznać, że głowa mi osłabła. Po dwóch godzinach sączenia w głowie już mi ostro szumiało. Gdzieś padło słowo kolacja i z napięciem czekałem momentu konsumpcji. Moment przyszedł jak przyszedł przyjaciel około 23, przyjaciel przyniósł kurczaka. Była to jedna z lepszych rzeczy jakie ostatnio jadłem. A jakoś się tak ostatnio składa, że wiele rożnych kolacji i mnóstwo uczt kulinarnych mnie spotyka. I tak sącząc rum i obserwując swojego nauczyciela jogi, który pod ‘wpływem’ stawał się wyjątkowo rozmowny dowiedziałem się przeróżnych rzeczy o Indiach. Jedno z ciekawych kulinarnych spostrzeżeń: hindusi w czasie zimy (kiedy na dworze temperatura w ciągu dnia schodzi do 15 st) nie jedzą ryżu. Ryż wychładza organizm. I faktycznie we wszystkich restauracjach w których ostatnio jadam biorę odruchowo ciapati, parathe, roti albo naan. Wszystko to są placki tylko różnie wypiekane i o innym składzie.


Mój Yoga Expert Mr Chand Ram

Oprócz bardzo ciekawych informacji teoretycznych o pochodzeniu, celu i jaki dobroczynny wpływ na zdrowie ma joga, Czand Ram mocno zjechał indyjskie religie. Zastanawiałem się jaki stosunek ma do Puja ( hinduska ceremonia religijna). Oczywiście z wielkim szacunkiem podchodzi do tradycji jednak samemu nie praktykuje. Dowiedziałem się również ze Polki to najpiękniejsze kobiety na świecie, ale do tego przekonywać mnie nie musiał. (był w Polsce prowadzić zajęcia jogi podczas międzynarodowych warsztatów tańca w 2004).

W końcu wziąłem się za siebie, staram się robić joge codziennie rano przed praca. Do tego zazenik i po takiej pigule energetycznej jestem dobrze poustawiany. Za miesiąc, od początku marca planuje jechać do aśramu pod Rishikesz. Miejsce poleciła mi Włoszka , Chand Ram tez wyraził uznanie do tego miejsca. Praktykują tam jogę dynamiczną, podobno całkiem inna od tej, którą teraz robie. Cieszę się bo w końcu wyciągnę z Indii coś bardzo esencjonalnego co bardzo wplata się w tutejszą kulturę i sposób życia. Z nadchodzących wydarzeń za klika godzin mam obiad u państwa Ambasadorów, znowu pewnie jakieś super pyszne jedzenie. Jak się dowiedziałem pracownicy ambasady dezynfekują w specjalnych plynach chemicznych wszystkie warzywa i owoce. Szokiem dla mnie było jak spróbowałem ostatnio banana, lub papaje i poczułem smak jakiejś chemii. Są super sterylni a i tak chorują. Nie pozwalają żołądkowi przywyknąć do tutejszych warunków. Jak na razie miałem jedno dwudniowe zatrucie, ale teraz po okresie klimatyzacji brzuszek chodzi bardzo równo. Ale nie wątpię że to również dobroczynny wpływ jogi. Wieczorem zapowiada się indyjskie disco a jutro prawdziwy hit coś na co czekam z pewną niecierpliwością, wykład Dalajlamy….!

We wtorek spotkałem na zakupach radcę politycznego pana Ryszarda i jego piękną koleżanka panią Anie. Zaproponowali czy nie chce jechać następnego dnia do stolicy Sikhów Amritsaru. Pomyślałem, że dawno mnie tam nie było i bez wahania się zgodziłem. Z Delhi do Amritsaru jest około 450 km. Wyjechaliśmy o 6 nad ranem, podróż zajęła nam prawie 9 godzin. Na zwiedzanie zostało tylko 4, ale mimo to było warto. Po prostu kocham to miasto, złota świątynia to najbardziej magiczne miejsce na świecie jakie widziałem ( konkuruje może tylko z Varanasi). Pierwsze co przyciągnęło moją uwagę po tym jak weszliśmy na teren Złotej Świątyni były ustawiające się wzdłuż tanku (sztuczny zbiornik wodny okrążający Swiątynie) grupy pielgrzymów. Jak się okazało właśnie trafiliśmy na moment czyszczenia świątyni. Setki ludzi brało wiadra wody podawało tym co stali ustawieni wzdłuż tanku a ci nabierali i oddawali najstarszym Sikhom, którzy wylewali ją na posadzki. Biegając miedzy nimi szukając najlepszego ujęcia kilkakrotnie musiałem się uchylić przed chlustem wody skierowanej w moja stronę przez zabawnych staruszków. Niesamowite było to brodzenie w spływającej wodzie i do tego magia miejsca. Na wspomnienie siły modlitwy w tym miejscu, właśnie przeszedł mnie dreszczyk nie wspomnę o tym co czułem będąc na miejscu. Po tym jak skończyli ceremonie obmywania, skierowaliśmy się we właściwą stronę naszej pielgrzymki czyli do Złotej Świątyni. Kupiliśmy miseczkę z ofiarną kaszką i udaliśmy się do środka. Świątynia nie bez powodu nazywana jest Złotą, na jej zbudowanie przeznaczona 750 kg tego surowca. Wrażenie jest nieziemskie szczególnie w nocy kiedy pięknie oświetlona rzuca refleks na otaczająca ją wodę. Miejsce to powstało w XVI wieku i było fundamentem świeżo założonej religii Sikhow. Jej założycielem był guru Nanak, ostatni z dziesiecią wielkich guru, który niejako zamknął proces powstawania tej religii. Świętą relikwią jest święta ksiega Guru Granth Sahib, która w ciągu dnia recytowana jest przez najważniejszych kapłanów, a po zachodzie słońca przenoszona jest do specjalnego miejsca zwanego Akal Takhat. Religia Sikhów to wyciągniecie w założeniu ich założycieli najlepszych rzeczy z hinduizmu i islamu. Jej powstanie było sprzeciwem na system kastowy, oraz dominacje Bhraminów. Sikhowie wieżą w jednego Boga i odrzucają hinduską wielość jego manifestacji. I można to poczuć obcując z Sikhami, są o wiele bardziej tolerancyjni niż przeciętni hindusi. Osobiście postrzegam ich jako najbardziej przyjaznych mieszkańców Indii. Najłatwiej Sikha poznać po zgrabnie uwiązanym turbanie. Sikh znaczy tyle co Lew. Jest to bardzo waleczny naród. Jedną z pięciu K jest mały mieczyk symbolizujący męstwo. Jest to także naród, który cieszy sie dużą popularnością jeśli chodzi o bycie wyśmiewanym w indyjskich kawałach. Kawały o Sikhach są tak popularne w Indiach jak u nas o blondynkach.

..podczas ceremoni obmywania posadzek wokół Złotej Świątyni..

W towarzystwie przemiłych pań: Ani i Jadzi

Chandigarh – Miasto dziwo!

Chandigarh – Miasto dziwo!. W latach pięćdziesiątych tuż po odzyskaniu przez Indie niepodległości stan Penjab (stad pochodzą Sikhowie) znalazł się w nietypowej sytuacji. Podział Indii i odłączenie się Pakistanu wraz z stolica Sikhów Lahore spowodował ze Penjab potrzebował nowej stolicy. W latach pięćdziesiątych zbudowano Chandigarh. W zamiarze miasto miało zostać stolicą Penjabu, ale przy podziale Indii w 1946 roku weszło w skład innego stanu Haryana. Istny cyrk nieprawdaż. Ostatecznie Chandigarh mimo, że należy do stanu Haryana jest również stolicą Penjabu. Do zbudowania miasta wynajęto architektów z Europy, wśród najważniejszych był polski inżynier Matthew Nowicki, tutejsze źródła podaja, że wkrótce po przybyciu architekt ów zginął w katastrofie lotniczej. Jego prace kontynuował Szwajcar La Corbusier.

Odwiedzenie miasta zaproponował mi mój Yoga Teacher Mr Czand Ram. Na pytanie gdzie mógłbym pojechać na weekend odwiedzić ciekawe i miłe miejsce bez wahania zaproponował to dziwo gdzie teraz jestem. Wrażenia z dnia raczej ubogie bo miasto nieszczególnie ciekawe. Mój przewodnik podaje trzy warte zobaczenia miejsca, dwa już odwiedziłem. Pierwsze to potężna konstrukcja rozciągająca się na przestrzeni co najmniej kilometra , labirynt zbudowany z byle czego, ciekawe indyjski performance modern art.

Indyjski Modern Art: Rock Park, Chandigarh

Fantazja, pozwolenie władz na realizowanie różnych europejskich fantasmagorii, jak na hinduskie warunki, jest najciekawsze w tym mieście. Główny architekt Szwajcar La Corbusier wymyślił, że zbuduje to miasto bardzo symetryczne. A więc miasto składa się z równych prostokątnych sektorów. Sektorów jest około 60, mój hotel jest w 22b, co prawda w mieście są nazwy ulic, ale tylko wielkie arterie komunikacyjne mają swoje nazwy reszta, to jeden wielki katalog liczb. Nawet miejscowi rikszarze nie do końca się w tym łapią. Dzisiaj dwa razy miałem nieprzyjemna sytuacje, właśnie w związku z tym. Umówiłem się z rikszarzem, że zawiezie mnie do hotelu w sektorze 22 b, rikszarz po angielsku tyci tyci, no i wiózł mnie może 20 minut i nagle okazało się, że on tak naprawdę nie wie gdzie jedzie. I po tym jak pytał się i błądził i znowu pytał i błądził i pytał i błądził, straciłem cierpliwości uciekłem bez zapłaty w środku jakiegoś ekskluzywnego osiedla. I nagle pojawiło się dwóch młodych sikhów wybawców na royal enfild-dzie. Zapakowali mnie na trzeciego na ten masywny motocykl i po dwóch minutach byłem w hotelu, który okazał się kilka ulic dalej. No właśnie to traktowanie ludzi, z jednej strony chce się rozwijać duchowo być szczodry i dobroduszny dla wszystkich istot a z drugiej te sytuacje, gdzie macham ręką i mowie hinduskie czalo czalo >co można przetłumaczyc jako „spadaj’ albo „ruszaj się” <

Karuzela napędzana siła ludzkich nóg

Niesamowite są momenty kiedy dostrzegam piękno świata i odwzorowuje je na mój własny sposób. Ma to w sobie coś z wewnętrznej medytacji, skupienie połączone z wrażliwością na otaczający świat. Moje zdjęcia pokazują jak postrzegam świat, co w danym momencie do mnie flirtuje. Robiąc zdjęcia czasami czuje, że coś tracę. Na przykład byłem kilka dni temu w Złotej Świątyni i przyglądałem się ceremonii obmywania posadzek przez tłumy sikhów i miałem do wyboru: przyłączyć się albo łapać kadry tych wyjątkowych chwil. Wybrałem drugie- fotografie, tj. bycie outsiderem, na zewnątrz biegu wydarzeń. Pewnie trochę przeszkadzałem tym ludziom, wchodziłem im pod nogi szukając dobrego ujęcia. Czasem pojawia się dysonans, co wybrać. Mocno flirtowała do mnie druga opcja, aby wejść w tłum i stać się na moment jednym z nich. Stanąć w wodzie podawać wiadra, a to się nazywa byciem w środku, byciem w duchu miejsca. Mam świadomość, że aparat kradnie chwile które nie są możliwe w jego obecności, ale daję inna przestrzeń często przyciąga ludzi, pozwala złapać inną perspektywę, zobaczyć więcej.

Sprzedawca gazet ( New Delhi)

Wczoraj delikatnie spóźniony do pracy, (około dwóch godzin) wróciłem do Delhi. Piękny długi weekend miałem. Jak już pisałem w swoich planach miałem Jaipur, Bhaktapur i Agre.
Troszkę się rozruszałem, złapałem dużo słońca, poznałem nowych ludzi i zrobiłem kilka dobrych zdjęć. Ale może od początku. Mój mini wyjazd zacząłem w piątek, około 11 wieczorem miałem pociąg do Jaipuru. W Jaipurze byłem nad ranem i mimo że byłem tutaj trzy lata temu , spotkało mnie wiele miłych niespodzianek. Po rozlokowaniu bagażu ruszyłem na miasto i po kilku zaledwie chwilach szwendania się po wąskich zaułkach starego miasta, spojrzałem w górę i co się okazało właśnie trafiłem na kite festival, czyli festiwal latawców. Całe niebo zasypane było latawcami, młodzi, starzy wszyscy sterczeli na dachach swoich domów i prześcigali się kto wyśle wyżej swój latawiec. Tysiące małych papierowych latawców, niesamowite są te różne świeta hindusów, zawsze z takim zaangażowaniem do tego podchodzą, z taką radością. Ta ich wrodzona solidarność, hindusi kochają być razem w wielkim tłumie, robić wspólnie rzeczy w dużym grupach. I tak sobie chodziłem po mieście rozanielony tym widokiem kiedy nagle zatrzymało się dwóch hindusów na motorze i spytało czy mnie gdzieś podwieźć – no oczywiście, of course – odpowiedziałem i po momencie sunąłem na trzeciego na ich hero 125. Sytuacja w ciągu dnia powtórzyła się jeszcze dwa razy. Dużo w tym mieście dobrych bezinteresownych ludzi, aż można się zarazić. Przyjeżdżając do Jaipuru chciałem wrócić szczególnie do Krishna Temple i to było tez pierwsze miejsce jakie odwiedziłem. I po raz kolejny trafiłem na ten sam moment co trzy lata temu akurat kończyła się Puja, czyli nabożeństwo hindusów. Świątynia była cała wypełniona ludźmi. Na środku zebrało się kilka kobiet intonujących pieśń na cześć krishny, ale co to była za melodia!!!! Kompletnie rozanielony już drugi raz podczas tego dnia przysiadłem sobie wśród pielgrzymów chłonąc atmosferę. Jest taki zwyczaj w hinduskich świątyniach, że podczas pujy kapłan błogosławi jedzenie, które potem jest rozdawane biednym. No i mnie przypadł kawałek słodkiej kaszki, pan z wielkim, ale łagodnym uśmiechem wręczył mi kupkę poczym resztę rozdał biednym. Z lepszych wydarzeń tego dnia to w końcu moje otwarcie fotograficzne na ludzi. Zdaje się, że latawce mnie otworzyły i popłynąłem, kilka przyjemnych rzeczy z tego wyszło. Z materialnych przedmiotów jest pewna rzecz z Radzastanu, którą bardzo chciałbym mieć. To kolczyki tak zwane kurki, wygląd mają mniej więcej jak małe kwiatki z sześcioma płatkami, w każdym mały czarny kamyczek, powierzchnia zeszlifowana. Widziałem je na kilku uszach radzastanskich mężczyzn jednak w sklepach z biżuterią nic podobnego nie mieli. Z tego chodzenia i szukania za kurkami znalazłem inną rzecz, bransoletę węża, po długich negocjacjach dopiąłem targu.

Jaipur, kite festival


„Takie sobie dziecko” a jednak uwielbiam to zdjęcie… Zrobiłem, w zasadzie to nie ja je zrobiłem tylko koleś którego poprosiłem, aby zrobił mi zdjęcie jak pije mleko. Facet chciał koniecznie uwiecznić swojego dziecko a dziecko niekoniecznie miało na to ochotę. I to z tego wyszło. Miał koleś oko.

Następnego dnia wcześnie rano tuż po zachodzie słońca spakowałem bagaż i ruszyłem do Bhaktapur gdzie podobno znajduje się największy rezerwat ptaków wędrownych w Indiach. Na miejscu pożyczyłem rower i ruszyłem drogą asfaltowa nad wielkie jeziora polując aparatem na różne żurawie i ptaki których nazw kompletnie nie znam. Miły mało angażujący dzień.

Zdaje się ze myślami już jestem w Agrze i skończę opis rezerwatu na tej krótkiej notce. Agra to miejsce które też już widziałem wcześniej, ale coś mnie ciągnęło żeby jeszcze raz zobaczyć słynny Taj Mahal. Ledwo co się rozlokowałem w hotelu i zamknąłem pokój, aby wyjść na miasto coś zjeść w tym samym momencie zrobiła to również pewna Włoszka, dodam piękna Włoszka. Przywitałem się tylko i poszedłem na dół zarejestrować się. Podczas rejestracji skrupulatnie sprawdziłem stan mojej przyszłej przyjaciółki. Była sama: tak stało w księdze gości, cały proces rejestracji przeciągnął się do 10 minut a ona przecież już dawno wyszła z hotelu. Już myślałem, że się spóźniłem w przełamywaniu pierwszych lodów, ale miałem szczęście i po chwili spotkałem ją ponownie całkiem przypadkiem na mieście. Poszliśmy na śniadanie gdzie jak się okazało była już umówiona z dwoma Angolami. Virginia, Creg i Jackie. Świetny dzień razem spędziliśmy, Najpierw odwiedzając czerwony fort, potem szukając łodzi która mogłaby nas przewieść po jamunie, jeżdżąc towarową rikszą po ulicach Agry rozmawiając, flirtując. To był porządny zastrzyk energetyczny. Przyjąłem rolę przewodnika i protektora. Znowu w moim życiu czas na flirt. Piękna włoska joginka. Niestety to były tylko dwa dni ona pojechała w swoją a ja w swoją drogę, ale może jeśli okoliczności pozwolą spotkamy się w marcu w Myanmarze, bo plan drogi mamy mniej więcej podobny ale dość rozbieżny jeśli chodzi o daty. Dużo zbiegów jest potrzebnych, ale może, dlaczego nie. No ale były dwie pyszne kolacje z widokiem na Taj, nocne spacery po zaułkach Agry, wspólna sesja zdjęciowa, dużo śmiechu, nocne rozmowy, patrzenie w gwiazdy i trochę niespełnienia…

I jeszcze raz Virginia

Bhramin stojacy tuz za murem Taj Mahal

Impresje Agra Fort

Wschód słonca w okolicy Taj Mahal


Delegacja miasta Łódź

Oficjalne złożenie kwiatów w miejscu kremacji Mahatmy Gandhiego ( Samadhi Mahatmy Gandhi, Raj Ghat)

Seven Social Sins

Pewnego wieczoru, kilka dni temu, próbowałem znaleźć jedno miejsce w New Delhi i spytałem się o drogę i jak się okazało akurat facet szedł w moją stronę. Po chwili rozmowy o niczym zostałem zapytany czy jestem bi-, hm nie skumałem na początku bo o jaką pszczołę może mu chodzić (ang.bee ta sama wymowa), więc mi wyjaśnił, że jeśli lubię chłopców to on chętnie „suck my dick”. A tutaj ciemna ulica, trochę samochodów, ludzi nie wielu do dokoła. (Jak się okazuję w Indiach co szósta osoba deklaruje biseksualizm)

Zdjęcia robione podczas objazdu rikszą Chandni Chowk, Old Delhi

Jak pisałem wiele się zmienia, wiele rzeczy odchodzi, np. mój bagaż, który do dzisiaj nie dojechał i prawdopodobne już nie dojedzie. Turkish Airlines gorąco odradzam!. Wiele rzeczy cennych dla mnie odeszło. Nawet mój ambitny plan bycia super eleganckim i dobrze ubranym młodym człowiekiem diabli wzięli. Pozostają mi teraz indyskie targowisko i czujne oko konsumenta. Na targowiskach nie jest tak źle, ale już wiem ze pewnych rzeczy na pewno nie dostane. Mój piękny Budda wraz medytacjami Dalajlamy poszedł sobie swoja drogą.

Jest 2 styczeń. Siedzę na lotnisku w Istambule, czekam na lot do Delhi. Przyszedł Nowy Rok, kilka nowych postanowień, nowych planów a może ich brak. Wielka niewiadoma, pewne oczekiwania, ale mimo wszystko chęć sprawdzenia siebie w kompletnie innej roli. Pierwszy bodaj raz wyjeżdżam na tak długo samemu. (Jest tu taka specyficzna grupa ludzi na lotnisku pewnie jacyś religijni wybierający na pielgrzymkę. Ubrani tylko w białe płótna jak rzymianie a może grecy, z odsłoniętym torsem. Bardzo higienicznie i czysto). Jak powtarzam znajomym nie robię planów, są rzeczy, które chciałbym zrobić, na pewno jest to dojść z samym sobą do porządku, wypić piwo, które sam sobie nawarzyłem. Wciąż to wewnętrzne pragnienie uwolnienia się , oczyszczenia się z obsesji i powrót do siebie, spokojnego w swojej jaskini. Zdaje się, że ten wyjazd będzie doskonałą lekcja dojrzewania, a może okaże się ze nie chodzi o niewiadomo jaki rozwój a po prostu o bycie właściwym i akceptującym siebie jakim się jest. Wciąż chodzi za mną etiuda Ewy Rufo, którą miałem okazje zobaczyć dwa lata temu. Ewa chodzi bardzo pewnym krokiem i wykrzykuje „jestem jaka jestem”.

pl_PLPL