Bangkok

Z Tajlandią jest jak z piękną kobietą, podoba się ale jej nie ufasz bo przecież za ładna, aby się zakochać w jej głębi (jeśli taką ma) potrzeba trochę czasu. Od pierwszej wizyty w Tajlandii, miałem problem, aby dostrzec jej urok. Wciąż widziałem bardzo rozwinięty ekonomicznie kraj, nijaki w porównaniu z egzotyką w Laosie czy Myanmarze, kraj opanowany przez Angoli i facetów szukających taniego seksu. Po drugim 10 dniowym pobycie, Tajlandia ukazuje mi się jako kraj o najlepszej kuchni w Azji (Indie oczywiście poza kategorią), pięknych kobiet, tradycyjnego masażu a przede wszystkim tego czego można się tutaj nauczyć. Spotkani ludzie opowiadają o kursach medytacji Vippassany, znakomitych kursach masażu, gotowania, nurkowania. Wyjeżdżając z Tajlandii czuje wielki niedosyt niezrobienia żadnego z nich, oraz nie odwiedzenia żadnej ze słynnych wysp. Podczas tego pobytu nie było na to przestrzeni ale wiem że któregoś dnia jeszcze się zakocham w tym kraju.

Słowo Tajlandia znaczy kraj ludzi wolnych (Tai zn. wolny). Tym co mnie uderzyło po raz kolejny to niespotykana nigdzie indziej w Azji swoboda seksualna. Tajlandia słynie na całym świecie z urody kobiet. Kobiety są szczupłe, długonogie, oczy i włosy czarne jak węgle. Co ciekawe często chłopcy są tak ładni, że nie mogą przestać patrzeć w lustereczko i nagle zaczynają się malować, zakładać sukienki, wpychać watę w biustonosze. Lady-boy, ludzie o naturalnej płci z lekka się uśmiechają ale tranwescyci są już przyjętą grupą społeczną. W kinach, na dyskotekach, na ulicy, siedzą grupki chłopaków w spódnicach, z obciętym, basowo-sopranowym głosem oferującym swoje usługi. Raz się haniebnie pomyliłem, kiedy podziwiałem długie zgrabne nogi, pięknie przycięte włoski, odsłonięte plecy. Kiedy się odwróciła/odwrócił jeszcze nie byłem pewien, ale kiedy do mnie przemówił/przemówiła już wiedziałem.
Ulica Khao San to centrum turystyki plecakowej, to tutaj znajdują się najtańsze hotele, discoteki, markety, na których setki przyjeżdżających Farangów (białych) szuka różnorakich uciech. Kiedy zmrok zapada ulica Khao San wypełnia się spragnionymi przygód turystami i Tajkami, które kiedyś jak Polki marzyły o chłopaku ze Szwecji, tak one szukają szczęścia w białej twarzy. Kto przybywa na Khao San, idzie na wieczorne disco, które kończy się wcześnie bo o 1 nad ranem. Wtedy szuka się swojego miejsca, bo noc jeszcze młoda, impreza przenosi się na ulicę a młode Tajki koniecznie chcą odprowadzać swoich białych kolegów do hotelowych pokoi…

Okolice Khao San to także wielkie centrum Izraela, restauracje, biura wysyłające tanie paczki do Telawiwu, miejsca zrzeszające młodych Izraelitów, którzy upodobali sobie Tajlandie jako miejsce zapomnienia po obowiązkowej trzyletniej służbie wojskowej. Jak już wielokrotnie pisałem mam słabość do Izraela, więc chodziłem w te miejsca, zjeść schabowego z pure ziemniaczanym, wsunąć falafel, skorzystać z najtańszego internetu w Bangkoku i co najważniejsze pobyć w towarzystwie najpiękniejszych kobiet (przy nich Tajki to jak ładne małpki kompletnie pozbawione ognia).

Bangkok, miasto poprzecinane rzekami, labirynt dróg i kanałów po którym można się przemieszczać publicznymi łodziami, autobusem, metrem, sky-trainem (pociągiem miejskim zbudowanym nad głównymi ulicami miasta), lub na piechotę. Godzinami chodziłem przez tą miejską junglę szukając ciekawych miejsc, zapomnianych targów, racząc się nieskończoną różnorodnością snacków. Bangkok podbił moje serce owocami. Najpopularniejsze budki snackowe w Bangkoku to stoiska sprzedające owoce, głownie ananasy, melony, papaje i guawy.

Bangok słynie z Buddy stojącego, Buddy leżącego, Buddy zielonego.

Tuż przy stojącym Buddzie, można kupić ptaszki w klatce, aby jak to mówi napis uwolnić ptaszka co przyniesie dobrą karmę. No i znalazło się dwóch farangów (biali), którzy kupili klatkę poszli na trawę otaczającą Buddę i otworzyli klatkę. Los chciał, że były to już stare ptaszki, albo ptaszki które były w takim amoku, że zamiast wylecieć jak sobie to farangi wymarzyły jak białe gołębie z rąk papieża, ptaszki dosłownie wypadły na trawę, a dokoła czekało już stado kotów, które w zaledwie kilka sekund pozamiatały ptaszyny. Białym twarzą otworzyły się buzię, Budda spojrzał niewzruszony, taka karma.

Całkowicie zapomniałem, dwa tygodnie temu w Tajlandii dokonano zamachu stanu. Pod nieobecność premiera, który wyjechał na rozmowy do ONZ-tu grupa generałów przejęła władzę. Tajlandia stała się monarchią o systemie dyktatury wojskowej, demokracja po raz kolejny okazała się nieskuteczna. Nie padł żaden strzał, na ulicy nie pojawiły się czołgi, nikt nie zginął, ludzie normalnie poszli do pracy, dowiadując się o puczu w wieczornych wiadomościach. Wojsko zajęło urzędy, aresztowano członków byłego rządu, zajęto konta bankowe skorumpowanych urzędników, były premier przeniósł się do Londynu z dwiema czarnymi skrzyniami (w każdej miliard dolarów). Przyczyną zamachu była korupcja rządu. Kiedy kilka lat temu premier już jako bogacz obejmował stanowisko wszyscy myśleli że mu wystarczy, ale korupcja posuwała się dalej. Trzy miesiące temu odbyły się 80 urodziny kochanego w Tajlandii króla. Były premier witał zagranicznych króli jako pierwszy przed osobą solenizanta, tego było już za wiele. Król w Tajlandii siedzi na tronie od 60 lat, w tym czasie dochodziło do licznych zamachów stanu, normalnie podczas zamachu król wyjeżdżał ze stolicy, lub zostawał dając lub odmawiając swojego poparcia. Tym razem król został w Bangkoku.

Król w Tajlandii jest osobą fenomenalną, jego plakaty są dosłownie wszędzie. Przyjeżdżający turysta zastanawia się kim jest ten ktoś wyglądający jak polski Pan Janek, sąsiad. Okazuję się że to król Bili…, z zamiłowania filozof, laureat słynnej opery wiedeńskiej za kompozycje na saksofonie, prawdziwy człowiek renesansu. Na różnych banknotach pan Janek, sąsiad, stoi z aparatem fotograficznym, stoi dając błogosławieństwo biedakowi, albo po prostu patrzy swoim poczciwym wzrokiem. Postać w Tajlandii szczerze uwielbiana.


Dla Alicji M-J

napping Bangok

W Tajlandii za przemyt, posiadanie, lub używanie narkotyków można dostać dożywocie. Plakat, zaproszenie do odwiedzenia Garego w więzieniu, który dostał dożywocie za chwasty. Ewentualnie można jechać na tygodniowy kurs Yogi na jedną z wysp.

Hong Kong

Hong Kong nie należy do tanich miejsc. Mam podobne odczucie jak podczas wizyty w Londynie, jak masz pieniądze jest to turystyczny raj, jak masz ich mało, hm.. W HK postanowiłem zostać około tygodnia. Jestem po trzecim dniu. Idąc po minimalnych kosztach w ciągu dwóch dni wydałem tyle co szalejąc przez tydzień w Chinach. Sam hotel, najgorsza rudera w mieście, 4 łóżka trzy metry na trzy, z widokiem na plac budowy i hukiem młotów pneumatycznych od 8 rano to wydatek 25 zeta za noc. Do tego mieszkanie z chińską prostytutką, która zaczyna prace po 21 kończy nad ranem, ogólnie jest wesoło.

(pisane kilka dni później)

Dwa dni temu uciekłem z Hong Kongu do Macao, miałem dość miejskiego monstrum jakim jest HK, angielskich cen, nieciekawego jedzenia (na ciekawe nie miałem kasy). Wniosek prosty, aby odwiedzić HK trzeba mieć kasę. Mimo to miasto super, nie ma takiego drugiego, 300 metrowe wieżowce, angielscy bankierzy, centra handlowe, masa rojsów (dzisiaj widziałem panthoma, cena podejrzewam co najmniej 1mln$). Hong Kong jedna z największych i najbogatszych metropolii świata.

Któregoś dnia wyszedłem do baru z dwoma angolami (małe piwo 12pln). Zapytałem siedzących obok chińczyków co robi tyle hałasu przy ich stoliku, że my przy sąsiednim nie możemy siebie słyszeć. Gra w kości, przegrywający pije, dobra gra, więc się dołączamy. Zacząłem rozmawiać z jednym, pracuje w kompani metra, zatwierdza reklamy, które potem zawisną na stacjach, poważna biurowa praca. Przy okazji rozmowy zdradził mi kilka tajemnic sukcesu ekonomicznego Chin (12% wzrostu gospodarczego rocznie), co najmniej 60 godzin tygodniowo w pracy, 7 dni w tygodniu, brak urlopu. W Chinach jest ponad miliard ludzi, na każde miejsce pracy są dziesiątki chętnych, konkurencja jest ogromna, prawa pracownicze to abstrakcja. Jak się coś nie podoba, to do widzenie. Chiny nie są demokracją, jest to bez wątpienia najbardziej kapitalistyczny kraj Azji, kierowany przez komunistyczny reżim. Chcesz robić interesy w Chinach nie pytaj o prawa pracownicze, nie pytaj o demokracje nie pytaj o prawa człowieka. Chcesz robić interesy w Chinach, jeśli nie palisz, naucz się jak palić.

Jednym z tematów, który zawsze mnie korcił, aby kogoś spytać, jest temat tabu w Chinach: Falung Gong, najbardziej znienawidzona przez chiński rząd organizacja społeczna. Falung Gong, uważana za ruch opozycyjny, jest grupą religijną do której należą głównie ludzie w średnim wieku ćwiczący medytacje, Tai Chi. W Chinach jest to organizacja zakazana, której członkowie skazywani są na wieloletnie więzienie w obozach pracy. Największym skandalem ostatnich lat jest to, że członkowie Falung Gong, oprócz represji społecznych, więzienia, są ofiarami kradzieży organów, które następnie są sprzedawane przez agencje rządowe za ogromne pieniądze za granicę. Inaczej mówiąc, ludzie skazywani na obozy reedukacyjne, wychodzą, jeśli wychodzą, bez nerek, wątroby i nie wiem co jeszcze można wyciąć, aby działało. Spytałem tego inteligenta z baru, czy to prawda, tak, takie rzeczy się dzieją w Chinach, spytałem, jak prorokuje kiedy partia ustąpi, kiedy będą możliwe demokratyczne wybory, trzy pokolenia, wcześniej tego nie widzi. A Bejing 2008, coraz bliżej.. Jak to możliwe, że przyznano organizację Igrzysk Olimpijskich krajowi, w którym wciąż istnieją obozy pracy, obozy eksterminacji ludzi, gdzie kara śmierci jest czymś kompletnie naturalnym i dość częstym, a rozmowy o demokracji kompletnie zakazane, zdaje się że jest tylko jedna odpowiedź : money talk, jak nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze.

Ostatnie dni to towarzystwo Polaków, mówienie w polskim żargonie, żarty, tworzenie nowej tożsamości polskiej, która w tej wersji kompletnie mnie zaskakuje. Naukowo dowiedziono, że język kreuje osobowość, język w którym mówimy determinuję naszą kulturę i nasze zachowanie. Przez długi czas nie miałem dłuższego kontaktu z polskim językiem mówionym, skondensowane polskie towarzystwo ostatnich dni wywołało kompletną szajbę lingwistyczną.

Często myślę o słowach mojego nauczyciela ” La petong”, Tomka, że trzeba być fleksybilnym, np. podając rękę trzeba wejść w kontakt, zrównoważyć siłę nacisku dłoni, zrównoważyć energie, być z tą osobą na każdej płaszczyźnie kontaktu. Tak jak z uściskiem może być z byciem z drugim człowikiem, np kiedy wchodzi się w towarzystwo osoby o łagodnym charakterze, wejść w spokój , kiedy z szalonym wejść w chaos, najważniejsze jednak, aby pozostać sobą i być naturalnym. Jakby o tym pomyśleć, brzmi na przeciwieństwo tzn z jednej strony konformizm, dopasowanie się do kogoś, z drugiej bycie sobą. A co się dzieje w przypadku kiedy spotykają się dwie osoby o takim samym nastawieniu konformistycznym. A może on wcale tego nie mówił, a mówił że trzeba być po prostu „uważnym we wszystkim co robimy”, z każdym z kim wchodzimy w relacje.

Grasz w Macao?

W Ameryce jest Las Vegas, w Europie Monte Carlo, w Azji Macao. Macao jest największym centrum hazardu w tej części świata. W ciągu ostatnich dni hulałem w towarzystwie ziomala ze Szczecina, przypadkowe spotkanie i dobry czas razem. Skuszeni tysiącem światełek, mruganiem neonów, poszliśmy do najstarszego kasyna w Macao, Casino Lisboa. Dawno nie widziałem niczego równie głupiego i ekscytującego, setki ludzi przewalających tysiące dolarów. Koleś który niesie do okienka milion dolarów, aby zamienić na żetony. A my z stówą w ręku, po 10 minutach pozamiatani, ze strategią, która okazała się złą strategią. Ale aby oddać honor ziomalowi, mój towarzysz grając wczoraj już sam beze mnie, wyszedł 600 do przodu. Strategia tym razem była prosta, duża suma i jest albo nie ma. Jest to najgłupsze i najbardziej szalone myślenie, strategia „jest albo nie ma”, nie ma w tym za wiele myślenia, ale nie o to tu chodzi, kostki wyrzucają „duże” albo „małe” i jest tysiąc albo nie ma, 1:1. 15 minut, wchodzisz i wychodzisz, jest tysiąc do przodu albo tysiąc do tytułu, naprawdę głupie. Bezwątpienia jest to najgorszy i najszybszy nałóg w jaki można wpaść. W całym tym kociokwiku opiliśmy wygraną, a dzień wcześniej przegraną, więc przynajmniej humor do przodu.

w drodze do kasyna

by pawel

Słucham Erika Satie, rozpływam się w jego minimalizmie, jego gnosis, a w niej płynności i harmonia. Jeden z jego kawałków został wykorzystany w filmie „Czekolada”, południowy wiatr hula w pustym mieście w rytmie spokojnego pianina, grającego tajemnie i magicznie.

Longji Terraces

Dwa tygodnie temu pisałem o małym kryzysie podróży, nic mnie nie kręciło, byłem zmęczony i niskoenergetyczny. Dni mijały i mimo że ciekawe miejsca dookoła byłem ospały i troszkę znudzony, czegoś brakowało. Któregoś dnia wybrałem się na rower, aby objechać okolice Yangshuo, miejsca które słynie z tzw mogotów, czyli stromych wybrzuszeń na dość płaskim terenie. W tych dniach spotkałem Polaków na swojej drodze, cztery różne grupy, aż językiem uwierzyć nie mogłem, buzia mi się nie zamykała. Któregoś dnia zobaczyłem kolesia jadącego na rowerze, jakoś dziwnie mi przypominał twarz z Liceum, następnego dnia okazało się, że to koleś z równoległej klasy z ogólniaka z Koszalina. Potem była dziwna wyprawa naukowa, 10 studentów z Gdańska, coś czego nie mogłem znieść dłużej niż 30 minut. 10 ludzi szukających przygody, jak dla mnie coś niemożliwego do przetrawienia, nawiasem mówiąc oni chyba mnie nie polubili. Dzień w którym pojechałem na wycieczkę rowerową okazał się dość szczęśliwym, tego dnia spotkałem nowego towarzysza podróży na przyszłe 8 dni. Jak się komplementowaliśmy nawzajem , jak dla mnie mój najlepszy żeński kompan w dotychczasowej drodze , Eidi z Hawai. Ostry wycisk dostałem od kogoś kto mierzy nie więcej niż 160cm i waży mniej niż 50kg. Ostatnie 8 dni to energetyczne ścieranie się podczas codziennych pieszych i rowerowych wędrówek przez najdziwniejsze krajobrazy jakie widziałem podczas tej podróży. Hawaje kojarzą mi się z przyjaznym 'Aloha’, kwiatami na powitanie i ironmen-em, najbardziej hard-corowym maratonem na świecie. Spytałem się czy słyszała o tych zawodach, okazało się że brała kilkakrotnie udział i dwa lata z rzędu była pierwsza na dystansie 100km, 8 godzin nieustającego biegu. Zrozumiałem dlaczego, po piątej godzinie na rowerze, ja ledwo zipie, a ona więcej, szybciej i dalej. O trekach w ostatnich dniach wspomnę tylko, że robiliśmy od 20 do 30 km dziennie po górzystym terenie. Było dobrze, trochę się oczyściłem, nabrałem pary, umysł mi się przewietrzył. Dawno mnie ktoś tak nie rozruszał, totalne zauroczenie kondensacją siły, potęgą ludzkiej woli, poczuciem humoru, delikatności i piękna. Kilka lat temu z biegania przerzuciła się na malarstwo i od kilku lat utrzymuje się tylko z tego, inspirujące.

Żeby nie zanudzać tekstem oba miejsca, w których byłem w ostatnim tygodniu słyną z kosmicznego i trudno do opisania krajobrazu, Yangshuo to niezliczone mogolity tzw „lime stone”, Longji to tarasy ryżowe położone na górskich zboczach. Co do drugiego miejsca to jak je opisała Eide to przykład „doskonałej harmonii pomiędzy przyrodą a dziełem ludzkich rąk”. Tarasy już się pojawiały na mojej stronie przy okazji Wietnamu, jednak to co jest w Chinach jest czymś co przebija wszystko co do tej pory widziałem, nie tylko zapiera dech w piersiach, ale zmusza do refleksji nad perfekcją, nad esencją piękna. Jest to czymś tak doskonałym, że trudno uwierzyć że jest dziełem człowieka. Oprócz niesamowitych widoków rejony te słyną z obecności mniejszości narodowych. Chodził za mną Garcia-Marquez i jego dziwne magiczne opowieści, o kobietach, które nigdy nie obcinają włosów, tutaj jednak na prawdę. Te widoki, te kobiety z długimi włosami , ultra mili ludzie, doskonałe towarzystwo z Hawai, coś we mnie zawirowało. Dużo się działo, każdego dnia dziwne przygody, nowi ludzie na drodze, nowe fascynacje fotograficzne i może na tym skończę.

Teraz siedzę w tym samym hotelu, w którym opracowywałem teksty i zdjęcia dwa tygodnie temu, ten sam kąt w jednej kawiarni w Guilinie, gruszka na stole, zielona herbata w butelce, w ciele wciąż pobrzmiewające echo ostatnich dni.

Yangshuo

by Eide

fan factory

my best female companion in this trip, Eidi with Alien

„When you walk with me do not walk behind me for I may not always lead, do not walk in front of me for i may not always follow, walk beside me and be my friend.”

„River of Time”, Jon Swain

Tribute pour mon chapeau

Smutna rzecz się wydarzyła, mój słomiany kapelusz, z którym podróżuję od czasów Birmy przepadł. Stracić kapelusz to jak stracić część siebie. Ten kapelusz zwany przeze mnie z francuska „szapo” (chapeau) podróżował na mojej głowie od miesięcy, chronił mnie przed słońcem, osłaniał przed deszczem, dawał powód do rozmów z innymi kapelusznikami. Zasypiając myślałem o chwilach w których dzieliliśmy przygody, radości i smutki. Wiem że to co piszę brzmi żałośnie, ale czuje że straciłem coś ważnego. Wiem też nadszedł czas na nowy, na trzeci kapelusz w moim życiu (pierwszy był z Oxfordu i straciłem go w Maroku). Ten nowy prawdopodobnie z Chin, czas zacząć się rozglądać.

Jak już pisałem, jestem trochę ospały w ostatnich tygodniach. Mało piszę, mało zdjęć, mało rozmyślań. Tłumaczę to sobiem, że ciężko być w ciągłej fascynacji, a może to pora roku tj nadchodzący listopad, miesiąc w którym dzierżę od lat swoją dwumiesięczną depresję. Być może to też wpływ Chin, kraju który mnie fascynuję jednak nie czaruje jak Azja południowo-wschodnia.
Prezydent Chińskiej Republiki Ludowej wyraził opinię, że demokratyzacja kraju nie jest celem politycznym Chin, najważniejszym w tym momencie jest modernizacja, rozwój technologiczny Chin, dorównanie takim potęgom jak Japonia. W Chinach widać to na każdym kroku, stąd może odczucie braku egzotyki i przytłaczającej wszechobecności rozwoju i monstrualizacji. Może wspomnę kilka chińskich projektów ostatnich lat, które robią wrażenie. Do najciekawszych należy budowa największej zapory wodnej w dziejach świata. Chińczycy postanowili cofnąć bieg rzeki Jangcy, zatopili wioski, przesiedlili tysiące ludzi. Zapora działa, produkuje masę prąd jednak się sypie pod naporem ogromnej ilości wody i jest dość wątpliwą inwestycją, niewspominając ekologów, którzy mogą sobie pogadać. Następnym ciekawym pomysłem jest pociąg komunikacji Pekin-Lhasa (nie wiem ile ale myślę że około 5tysiecy km). Trakcja wznosi się momentami na ponad 4 tysiące metrów. Problemem jest to że lodowiec na którym została zbudowana linia zaczyna topnieć. Ostatnim pomysłem godnym uwagi jest super droga niemiecka elektromagnetyczna kolej łącząca Szanghaj z lokalnym lotniskiem . Jest to jeden z najszybszych pociągów na świecie, 450 km/h. Podróż z lotniska do centrum Szanghaju (około 50km) zajmuje 7 minut, jedynym problemem jest to że jest to kompletnie nieopłacalna inwestycja, ale na pewno robi wrażenie i daję wrażenie, że kraj którego system jest daleki od demokracji, gdzie prawa człowieka są licznie łamane jest wschodzącą gwiazdą na arenie ekonomicznej świata.
Moja podróż idzie do przodu. Z zachodu Chin w końcu zacząłem kierować się na wschód. Po 48 godzinach w pociągu i autobusach, po przebyciu dystansu jak z Polski do Hiszpanii, przemieściłem się z Yunnanu do sąsiedniej prowincji. Wczoraj dostałem wiadomość że ktoś ze znajomych z Polski, przylatuje do Szanghaju, więc może jeszcze po drodze największe miasto Azji, gdzie wieżowce są tak wysokie że nie widać czubków.

Lijang miejsce które odwiedziłem w ostatnim tygodniu to Chiński DisneyLand, miejsce nabite chińskimi turystami, odnowioną starą chińską zabudową, setkami restauracji i dość dziwnym klimatem. Niewiele zdjęć z tego pięknego miejsca, za dużo turystów wchodziło w kadr, jedno z którego jestem zadowolony (to poniżej)

John alias Sherlock, koleś z którym wypaliłem 10.000 chińskich cygar (też kapelusznik; spoko koleś)

Największa w Chinach Gorge, Tiger Leaping Gorge. Jedyne słowo, które mi przychodziło podczas dwudniowego treku, aby opisać widoki które zapierały dech w piersiach to angielskie słowo massive, co znaczy tyle co masywne, olbrzymie. Jednak to massive było naprawdę wielkie, czegoś takiego chyba jeszcze nie widziałem (szczyty 8tyś w Himalajach prawdopodobnie były równie wielkie ale po latach zatarły się w pamięci). Od podstawy góry do szczytu było prawie 2tyś metrów, cała góra to ponad 4tyś n p m. Mój aparat nie ma takich kątów aby uchwycić całą górę, więc ściąłem tylko szczyty.

Around Dali

Od pierwszego dnia w Chinach wciąż jakaś impreza. Wróciłem do piwa, palenia, tańców, stąd pewnie pewne osłabienie wrażliwości, brak weny i problemy, aby otworzyć się fotograficznie. W tym momencie jestem w Lijang, zamiast jechać na wschód w stronę Hong Kongu, wieje mnie na zachód w stronę Tybetu. Zachodni Yunnan (prowincja w której obecnie się znajduję) słynie z herbaty, gór, tradycyjnej chińskiej architektury, licznych mniejszości narodowych. Może dwa słowa o herbacie: klasyk Yunnanu to oczywiście Pu-erh, herbata czerwona. Każde miasto, które odwiedzam nabite jest sklepami z herbatą. Tutaj Herbata jest jak francuskie wino. Są gatunki, które pakuje się w odpowiedni sposób, aby wypić po 50 latach. W sklepach można znaleźć różne roczniki. Ja wożę trzy gatunki (osobiście lubię świeżą, a ten rocznik jest nie najgorszy). Powszechnym jest noszenie małych termosów, lub plastikowych butelek, w których parzy się herbatę od rana do wieczora. Też oczywiście mam swoją butelkę, którą zalewam kilka razy dziennie. Gorąca woda jest dostępna niemal na każdym rogu.

Jest jeszcze jedna rzecz która kojarzy mi się z Francją będąc w Chinach, są to wioski. Kilka dni temu wybrałem się na rowerze, aby zobaczyć jak żyją ludzie na wsi w tej części świata, jak dla mnie klimat jak w Dordonii, lub francuskiej Brytanii, kamienne domy, ciasna zabudowa, pola obsiane żytem, kukurydzą. Jedyną różnicą jest to że domy tak podobne do tych we Francji, mają chiński dachy wygięte w stronę nieba a ludzie zamiast wina sączą herbatę, palą tytoń przez wielkie wodne faję, grają w chińskie domino, a w ulicznych zakamarkach można znaleźć zioło, które tutaj jest tylko chwastem.

Tradycyjnie pierwsze co robię po przyjeździe do nowego miejsca, to znajduję nudelsy. Nawiasem pisząc zupa chińska, tj nudelsy były pierwszym słowem którego się nauczyłem, wciąż jedynym które potrafię rozpoznać i napisać w chińskiej kaligrafii.

W ostatnim tygodniu podróżowałem z jednym Japończykiem. Ken po 20 latach w zawodzie, pracując po 12 godzin w jednej z tokijskich firm, rzucił pracę i od trzech lat podróżuję po Azji. Do swoich planów na przyszły rok dorzucam Japonie i miesięczna pielgrzymkę po jednej z wysp ala europejskie Santiago de Compostela.

Jednym z ciekawszych przypadków ostatnich dni był Brytyjczyk ( adres jego strony internetowej:www.gostelow.crazygayonthebike.com ), który od ponad roku przemierza Azję rowerem! W planach ma jeszcze 18 miesięcy podróży w stronę Wielkiej Brytanii, przemierzając rowerem Chiny, Nepal, Pakistan, Iran, Kazachstan, Tadżykistan itd.

Wczoraj też spotkałem jedną Pauline z Francji, urocza kobieta, która natchnęła mnie, aby spakować plecak o 5 po południu i jechać na zachód szukać mniejszości, chodzić po górach i oczywiście pobyć w towarzystwie. Ona oczywiście zajęta (dlaczego mnie to nie dziwi, jak zwykle wszystkie fajne laski zajęte), nawet podwójnie . Historia niesamowicie zbieżna do tego co mi się przytrafiło rok temu. Ciekawe posłuchać jak to z drugiej strony. Ach te kobiece serduszka… Ten frajer też pojechał na miesiąc do Anglii… (historia naprawdę jest zbieżna)

Shaping Makret


chińskie kapelusznice

dental service

Chinese Domino

King Of The Bongo


Ken from Japan

DragonFly Party, jedna z lepszych imprez w jakich mi było dane uczestniczyć, dziki taniec wsród latajacych ogni do 5 nad ranem, zgadnijcie kto był królem na parkiecie

DragonFly

Kunming

Od kilku dni jestem w Kunming, stolicy prowincji Yunan.

Chiny powitały mnie wielkim, modernistycznym miastem. Drapacze chmur, nowobogackie sklepy, centra handlowe, najnowsze marki samochodów na ulicach. Wszystko oczywiście Made in China. Troszkę mnie zaskoczył ten kraj. Spodziewałem się czegoś mniej cywilizowanego. Dużo sztuki soc-realistycznej, jak zwykle robi na mnie wrażenie, więc kilka zdjęć także o ludziach pracy.


With this Mexican guy I propably cross Australia by hitch-hike in November


Bamboo Temple

Sapa

Dawno na mojej drodze nie czułem się tak blisko miejsca jak tutaj. Pierwsze odczucie po przyjeździe było dość oczywiste, jestem w domu,  nie w tym jedynym oczywiście, ale w miejscu które energetycznie leży jak ulał.

Sapa to  małe miasteczko w górach, otoczone polami ryżowymi  na górskich tarasach.  Ludzie zamieszkujący te rejony niby z wietnamskim paszportem, jednak mentalność zupełnie inna . Kapelusznice w mniejszości, prawie znikły z ulic. Tutaj dominują czarne mungi i czerwone chusty.  W przeciwieństwie do Wietnamców, ludzie nie oszukują , oczywiście  próbują sprzedać różne rzeczy i  jest to czasem męczące, jednak  dbają o swoją  „twarz”. Nawiasem pisząc od czasów Bagan w Myanmarze, nie kupiłem tyle różnych dziwnych pamiątek. Dawno też   żaden naród (powinienem napisać mniejszość narodowa) tak mnie nie zafascynawał. Setki kobiet, mężczyzn w swoich tradycyjnych strojach. Miejsce na fotografię wymarzone.  Pierwsze co zrobiłem po przyjeździe  to znalazłem swoją zupę. Market  pełen zupkiarek, konkurencja spora, jedna z nich robi nudelsy z kiełkami, tofu i bambusem, więc wybieram tą. Tam poznaję  brygadę Monkey. Cztery dziewczyny, cztery młode czarne mungi sprzedające souveniry, niesamowite młode kobietki z taką nadpodliwością i hiper-aktywnością że po trzech godzinach bujanie się po ulicach sapy, wysiadam, nie daje  już rady, nie mam siły na kolejne zabawy i żarty z turystów. Wspaniali ludzie.

Dawno nie było mi tak smutno kiedy wyjeżdżałem, zostawiając za sobą niezwykłych ludzi, niezwykłe miejsca, które ledwo co poznałem. Moja wiza straciła  ważność, muszę opuścić Wietnam. Dawno nie miałem jednak takiej pewności powrotu. Jeśli Wietnam (a może w przyszłym roku) to co najmniej dwa tygodnie w Sapie.

Z głębin mojego serca mogę powiedzieć: kocham to miejsce, to jak miłość od pierwszego wejrzenia, nie wiele było takich miejsc na mojej drodze.

A więc może za rok.

Sapa, second day


Brygada Monkey (You are the Best, Girls)


słynne tarasy sapy

Sapa, first day

Tego dnia poznałem rodzeństwo z Holandii, kupiliśmy Bia Hoi , tradycyjne piwo Wietnamu, (1,5 l / 0,7$ plastikowa butelka) i oblaliśmy 27 urodziny Joohna. Nawiasem pisząc Bia Hoi jest prawdopodobnie najtańszym piwem na świecie. W hanoi można dostać szklankę za 0,2 $.

Halong Bay

Jedno z tych miejsc na mojej drodze, na które czekałem od tygodni. Potężne góry jakby zatopione przez Ocean: Halong Bay, w dosłownym tłumaczeniu, miejsce gdzie smok zanurza się w ocean. Z Hanoi codziennie wyjeżdża kilka autobusów pełnych turystów, udających się na zorganizowany rejs. Ja pojechałem samodzielnie. Nie żebym był przeciwnikiem wycieczek, ale tego dnia wszystko było zarezerwowane. Jadąc sam zaoszczedziłem może 10 dolków, ale nie spałem na łodzi, nie objadłem się seafoodem, nie poznałem żadnych fajnych dziewczyn. No ale za to popłynąłem w rejs z turystami z Wietnamu, którzy okazali się dobrymi kompanami, kłóciłem się na potęgę targując najpierw o cenę autobusu, taksówki, łodzi, hotelu, soku, obiadu, kawy, itp. Od czasów Indii, dawno mnie tak ludzie nie wnerwiali.

Pogoda była tragiczna, mgła, widoczność do 400 metrów, momentami deszcz, więc fot nie wiele. Wrażenia nieziemskie.

Hanoi

W Hanoi spędziłem pięć dni. Dużo za dużo (musiałem czekać na wizę do Chin). O tym mieście mogę napisać tylko jedno, nigdy nie gubiłem drogi tyle co w Hanoi. Po pięciu dniach wciąż nie mogłem znaleźć swojego hotelu!! Nie mówiąc o atrakcjach turystycznych, których tutaj praktycznie nie ma. Za dużo bomb spadło na to miasto, nie wiele ocalało.

Poza tym spotkałem pierwszych Polaków od miesięcy. Siedziałem w swoim pokoju i nagle dobiegły mnie z korytarza znajome dźwięki. Rodacy!!. Zabawne uczucie, jak wielką przyjemność czasem może sprawić mówienie w swoim języku. Arek i Ola (gdzieś zawieruszyłem waszego maila, więc napiszcie kontrolnego), oboje po szkole m.in. fotografii. Dobra rozmowa, właściwie bardziej w jedną stronę, mózg mi się palił od nowych wiadomości, rad, technik. Tydzień wcześniej zanim ich spotkałem myślałem o tym co oni fachowo nazywają fotografią ekspresyjną. Miło posłuchać o czyjejś drodze, jednak moja trochę inna, ale gdzieś może paralelna. Zamarzyłem też o szkole fotograficznej. Poza tym to co Oni nazywają „szparki’, przestrzenie „pomiędzy”, które nadają jeśli są perfekcje zdjęciu. Dzięki za szparki, będę je czuć.

miejsce, w którym każdego ranka jem swoją zupę, poniżej zupa

Hue, Ancient Capital

Zaczynam mi się spieszyć na północ. Moja wiza traci ważność 28 sierpnia, a przede mną północny Wietnam, góry, wioski, mniejszości narodowe, plantacje ryżu położone na górskich tarasach, widoki które wciąż widzę na zdjęciach , wciąż nie swoich.

W Hue spędziłem dwa dni. Jeden dzień przyjemny, drugi trochę podkurwiony (że się wyrażę). W pierwszy wykupiłem wycieczkę łodzią w górę rzeki, aby zobaczyć starożytne grobowce tutejszych cesarzy, oraz inne klasyki Wietnamu (niczego sobie budowle, styl chiński, buddyjska harmonia). Jak się okazało byłem jedynym samcem na łodzi , 10 lasek, a jako ostatnia wskoczyła angielka pochodzenia chińskiego, (hm że się wyrażę). Już wiedziałem z kim chcę spędzić ten dzień. Podobnie jak ja okazała się współczesnym nomadem zachodu, kimś kto decyduje się na Drogę, aby odnaleźć Siebie, było więc o czym rozmawiać. Ona jednak w przeciwieństwie do mnie działa w misjach, jako wolontariusz ucząc angielskiego chińskie, wietnamskie, dzieci. Wraz z jej kompanem; francuzką z którą podróżuje w końcu skonsumowałem wino które wożę od miesięcy. Doskonałe towarzystwo, aby stuknąć się szklaneczką. Na pożegnanie, a dochodziła już północ życzyłem im dobrego snu (co okazało się niewybaczalnym błędem) i wróciłem do hotelu. Umówiliśmy się na śniadanie na 9, na francuskie ciastka, kawę z słodkim mlekiem i lodem. Nie przyszły, jedna z najlepszych kaw jakie piłem miała posmak goryczy i rozczarowania. Trochę się wnerwiłem, że ja tu otwieram serce, daję to co najlepsze, a potem taki brak szacunku. Spotkałem potem jedną z nich, spały do 10, zapomniały o budziku. Kobiety…

Więc może kiedyś w Tuluzie..

Podczas podróży łodzią zatrzymaliśmy się, aby zobaczyć jedną z pogód. Kiedy wszyscy szli do głównego wejścia, ja się zakradłem na peryferie świątyni, które były zakryte dla mas płachtą materiału i znalazłem dziwny klasztor pełen młodych mnichów z ciekawym cieńciem. Zrobiłem krótką lekcję angielskiego, za co dostałem ciastko od starszego mnicha, kilka ujęć i w drogę.

Szefowe na łodzi, wierzcie nie było żartów. Mimo to ciekawe stopy.

dream

Boat trip in Nha Trang

pływający bar, wino owocowe lejące się strumieniem, nurkowanie w lazurze morza Chińskiego, nowe znajomości w Australii, kilka dobrych shotów, przednia impreza

kiwis, aussi and tasmanian

with hot vietnamese chicks

Hoian

Hoian, to przyjemna mieścina, która słynie z legend o tym co potrafią tutejsi krawcy. Potrafią rzeczywiście wiele: najnowsze kroje paryskich projektantów za 30$, garnitury z wełny kaszmirskiej , garsonki, itd . Od miesięcy chodzę w stylu plecakowca, fishermeny (luźne spodnie), luźny t-shirt. W Hoian znowu na moment poczułem klasę i dobry styl. Przygotowując swój elegancki image na Australie kupiłem dwie pary lnianych spodni (10 dolków za sztukę), sztruksową kurtkę w odcieniu orange, waży to swoje ale nie mogłem się oprzeć.

Haion to także urocze portowe miasteczko z mieszaną zabudową w klasycznym stylu wietnamsko-chińskim (liczne pagody), oraz kolonialnym. W swoim czasie Hoian był największym portem łączącym Wietnam z portami dalekomorskimi. Dzisiaj kurort z setkami turystów (szczególnie z Francji), przyjeżdżających na plaże oraz po wspomniane wyroby krawców.

Wioska rybacka w okolicach Hoian

W drodze z Nhan Trang do Hoian autobus złapał gumę; ponad godzinna przerwa gdzieś na bezdrożach Wietnamu. Poniżej zdjęcia, tego co można robić kiedy nie ma co robić. (ojciec narzeka że mało mnie na zdjęciach, więc zwielokrotniłem wysiłki)

u fryzjera..

kilka zdjęć z Hoian,

Pogrzeb

pl_PLPL