Australia
W Sydney spędziłem prawie tydzień. Długo za długo niż planowałem, zdaje się że aż za dobrze mi tam było. Muszę się przyznać że trochę odpocząłem, najpierw korzystając z gościny Pani Ani (serdecznie pozdrawiam), potem znajomych spotkanych w Indiach w zeszłym roku. Szczerze pisząc niewiele zobaczyłem tego Sydney, więcej poznałem ludzi. Większość czasu to imprezy, albo odpoczynek po. Wrażenie z miasta podobne jak po pobycie w Londynie. Wielki moloch, w którym chciałbym mieszkać tylko jeśli byłbym bogaty. Codziennie conajmniej trzy godziny w różnych środkach transportu, na ulicach wielka masa ludzi, osobiście ciężko mi się znaleźć w takich miejscach. Zacząłem doceniać Brisbane pełne przestrzeni, ścieżek rowerowych i świeżego powietrza. Oczywiście Opera House- cudo..





Eleine and Jean, friends who gave me a shelter in Sydney, thanks for that!!!
Melbourne

jedno z pierwszych zdjęć zrobione nowym obiektywem 17-40 L, w końcu dorobiłem się profesjonalnej dzieciny


Hitch-hiking thru Australian Outback, czyli autostopem przez pustkowia Australii

Moim celem na tej drodze jest Darwin. Zdjęcie zrobiłem w Port Augusta w miejscu gdzie zaczyna się autostrada Stuart. Do przebycia mam ponad 3000 kilometrów, czas 10 dni. 16 kwietnia mam wylot z Darwin do Jakarty. Na drodze wielka pustynia Australii, kilka mieścin, oraz Uluru, cel na tej drodze. Uluru, zwane również Ayers Rock, należy do jednych z siedmiu cudów świata jeśli chodzi o cuda przyroda. Jest to największy na świecie monolit (jednolita skała), ma wysokość 350 metrów, obwód prawie 8 km.
W momencie w którym pisze te słowa, jestem już w Alice Spring, dokładnie w połowie drogi do Darwin. Zdaje się, że gwiazdy wciąż nade mną czuwają. Dosłownie 200 kilometrów od miejsca, z którego zacząłem stopa spotkałem dziwną grupę ludzi. Jeden Australijczyk, Francuzka trzy Niemki i ich wielka Toyota. Zabrali mnie z jednego parkingu w okolicy Woomera i przez następne cztery dni jechaliśmy razem w stronę Uluru. Autostop to zawsze wielka niewiadoma oraz duża szansa na spotkanie niesamowitych ludzi. Dobry czas to był; spanie w buszu, czyli gdzieś w środku pustyni, ogniska, bbq (grill), dużo owczego mięsa oraz cudowne niebo z rozlaną drogą mleczną. Teraz zostało mi już tylko 5 dni i wciąż daleka droga do Darwin (około 1500km).
Są takie miejsca gdzie czuję się obecność Mocy. Kiedy wszedłem na Uluru (czego robić nie powinienem, nie jest to w zwyczaju Aborygenów) poczułem to dziwne parcie w piersi, siłę magii miejsca. Uluru przez tysiące lat było miejscem świętym dla Aborygenów. Obecnie zostało zamienione w wielką atrakcje turystyczną, Aborygenów nie widu ni słychu, za to turystów dosłownie tysiące.
Siedzę teraz w jednej restauracji w Alice Spring, za oknem grupy Aborygenów, siedzą na trawie, patrzą przed siebie, czekają wieczora. Większość z nich to alkoholicy, niepracujący, żyjący z zasiłku państwa. Zatrzymałem się na kampingu na obrzeżach Alice, tuż przy osiedlu Aborygenów. Miejscowi ostrzegają mnie, abym nie wracał w nocy. Kiedy wracam w nocy, słyszę śpiewy, krzyki, widzę ogniska, trwa alkoholowa orgia. W mieście kupuję od ulicznych aborygenów obrazki, czuję zapach alku. Aborygeni ludzie pustyni, jeden z najstarszych ludów świata, wrzuceni w miasta, wykorzenieni z własnej kultury. Ich twarze mają dziwną siłę wyrazu, większość z nich w naszym pojęciu piękna jest okrutnie brzydka. Mają wielkie głowy, szerokie nosy, nabrzmiałe policzki, wklęsłe oczodoły. Większość z nich w wyniku zetknięcia z cywilizacją zachodu, cierpi na choroby skóry i otyłość.
(15-04-2007) Ostatecznie do Darwin dotarłem szybciej niż planowałem. Muszę się przyznać, że ten stop były mega łatwy i mega szybki. Tylko w jednym miejscu czekałem ponad trzy godziny, ale nie stresując się za bardzo, po prostu siadłem na plecaku, czytając książkę i raz na trzy minuty (bo taka była częstotliwość pojawiającego się samochodu) machałem moją tabliczka. Droga okazała się bogata w indywidualności, było dwóch górników, marynarz, specjalista od anten radiowych, dziewczyny z Alice, ludzie, którzy pokazali mi niezwykłe rzeczy w ich pięknym kraju.


Glandambo: Populacja: 22.500 owiec, 2.000.000 much, 30 ludzi


słone jezioro, miejsce w pobliżu Woomeru, miasta gdzie Brytyjczycy dokonywali w latach 50′ próbnych wybuchów jądrowych, oraz testowali różnego rodzaju rakiety.


Devils Marbels Kolejne dziwne formacje na pustkowiu Australii. Tym razem wielkie kamienie, które po prostu zastygły w miejscu gdzie kiedyś była wielka woda.


Jimmi-Bush Tucker z Teenant Creek
Bush-Tacker to ktoś taki jak urodzony w bushu i wychowywany wśród aborygenów. Kimś takim jest Jimmi. Jest obywatelem Teenant Creek małej miejscowości w środku Australii. Każdego wieczoru daje mały show dla turystów którzy mijają to miejsce. Robi herbate z trawy bushu, grilla z ogona kangura (co jest przysmakiem wśród aborygenów), opowiada dziwne historie, sprzedaje tomik swojej poezji i boomerangi. Zakochałem się w jednym kawałku drewna Malga i kupiłem sobie pamiątkę z Australii, prawdziwy pół metrowy boomerang, idealny na podróż po Azji.
Uluru- Kata Tjuta

Kata-Tjuta

Uluru, święta góra Aborygenów


Uluru o zachodzie słońca



Śniadanie wielkanocne, Eastern Breakfast, Nick, Lena, Josephine, 2#Julians, Wojtek
Hong Kong




Siedzę w Starbacksie w Hong Kongu przygotowuję ostatni update. Dziwne uczucie po tak długim okresie wracać do domu. Z jednej strony już nie mogę się doczekać jak samolot dotknie polskiej ziemi (a to już niedługo bo jutro) z drugiej jest tyle miejsc, które jeszcze chciałbym zobaczyć, wciąż mam wielki niedosyt. Półtora roku, dziesięć krajów, prawie 20 tysięcy zdjęć. Moje wielkie pragnienie zobaczenia świata w małej części spełnione. Reszta musi poczekać, jest kilka rzeczy, które muszę zrobić w domu.
Na ścianie za mną wisi plakat na którym widnieje „allow yourself to dream”, pozwól sobie marzyć. Ja bym powiedział pozwól sobie realizować marzenia…
Do zobaczenia przyjaciele..
Feldankrais vs Kappert (Poznań, Malta)
Ciężko porównać ekspresje ruchu na zewnątrz do tej do środka, minimalizm z maximum, z więcej do mniej, ale spróbujmy..














Między Koszalinem, Poznaniem a Gdańskiem

Od trzech tygodni jestem w Polsce, nareszcie w domu. Podróż się skończyła, zaczęła inna w rzeczywistości codziennej i niecodziennej. Powoli szukam swojego miejsca, chociaż wiem że to na jakiś czas, że wciąż są te wiatry niezbadane, które delikatnie drapią za uchem i pchają w nieznane. Na poziomie rzeczywistości ustalonej szukam pracy, zachowuję się jak dobry syn i niedobry kochanek tęskniący za swoją muzą.
Zaraz po przyjeździe poszedłem na warsztaty tańca. W sumie nie było mnie tam prawie dwa lata. Dobrze pamiętałem swój ruch z tamtego czasu i to co spotkało mnie po przyjeździe zupełnie zaskoczyło. Ciężko mi powiedzieć że ruch się rozwinął ewoluował na pewno zmienił. Bo przecież w czasie podróży nie tańczyłem prawie w ogóle, zmiany jedynie zaszły w wewnętrznej energii i wibracji ciała, które się zmieniały podczas drogi. Co mnie zaskoczyło to transformacja wodnistość tzn wciąż jest , ale jakby przeszła w inny wymiar, z falowania morza, w wodospad rzeki. Ruch ciała przestał być równy, mniej poziomy, przeobraził się w góra-dół. Wciąż jest poszukiwanie harmonii, siły, piękna, ale jakby w innym kierunku.
Od kilku dni siedzę nad zdjęciami przygotowuję artykuły, uaktualniam stronę, zamieszczam kilka nowych historii. Kiedy obrabiam zdjęcia zauważam że i na tym polu zmiana. Na głównej stronie zamieściłem historie o walkach kogutów w Indonezji, od początku miałem spory problem z selekcją zdjęć. Łącznie w tym miejscu zrobiłem prawie 150 ujęć. Wybrać musiałem niewięcej niż 15, niełatwa sprawa, bo niemal każde z nich jest na swój sposób dobre. Z wyboru który dokonałem miesiąc temu i zamieściłem na stronie zachowałem 2 zmieniłem 15, dziwna zmiana gustu. Na tym polega siła profesjonalizmu, której wciąż się uczę, że oczywiście trzeba zrobić dobre zdjęcie, ale może brzmi zabawnie trzeba je potem jeszcze zauważyć i dobrze wyeksponować. Jak teraz patrzę ile świetnych fotek zalega gdzieś ukrytych w archiwach za głowę się łapie, ale mam czas aby to odkopać..
Miesiąc temu kolega śmiał się ze mnie widząc w jaki sposób obrabiam zdjęcia i nazwał mnie cropistą od ang. słowa crop, czyli wycinać, kadrować. Już wtedy dało mi to do myślenia jak bardzo powinniśmy ingerować w oryginalność zdjęcia. Do dzisiaj szukam zdjęć doskonałych. takich gdzie zachowana jest idealna proporcja, linia horyzontu jest prosta, osoby w kadrach nie są za bardzo pourywane. Świadomość nadużyć i łamania tych reguł powinna być celowa i świadomie użyta. To tak jak z pytaniem co poeta miał myśli. Uważam że powinno być bardzo jasne co fotograf miał na oku.
Zmiana jest taka, że oprócz małych przeróbek, nie mam tak wielkiej ochoty ingerować w zdjęcia, nie chcę na siłę wyciągać tego momentu na którym powinna skupiać się uwaga. Jeśli kadr jest szeroki i dużo na nim widać, a nie jestem pewien czy siła ciężkości jest dobrze widoczna, czasem warto zostawić, aby ktoś inny jej sobie poszukał i ocenił. Polubiłem wiele niedoskonałych fotografii, które kompozycyjnie są miszmaszem, ale jest w nich jakiś klimat. Inaczej się widzi w kadrze aparatu z całym balastem emocji, inaczej na dużym ekranie popijając kawę w zaciszu domu. Punkt widzenia zmienia się od miejsca skupienia.
Fotek z Polski na razie nie wiele i nie wiem czy będzie wiele. Czuje, że będę do tego wracać, fotografia to dla mnie wciąż najlepszy sposób skupienia energii, na razie cicho..



Xijang (Kaili)
Ta aktualizacja jest dość brutalna. Na dwa tygodnie zaszyłem się na wioskach szukając mniejszości narodowych i próbując uchwycić charakter chińskiej wsi. Zarzynanie świni odbywa się w tym miejscu każdego dnia. Większość z nas lubi świnkę, ale mało kto widzi jak się odbywa rzeź. Doświadczenie dość porażające.
W tej samej wiosce w końcu udało mi się również zobaczyć psinę gotową na obiad. Doświadczenia kulinarne pozostawiam innym.















Sanjang











Yangshuo
Dziwny pogrzeb, a bardziej stypa, przelało się tego dnia dużo winka ryżowego (56%). I trochę Wojtek się porobił i Ania również, (pozdrawiam).





Macao







Sumatra / Bukittinggi


tryptyk komunikacyjny dla zochy



Ziemia w Bukittingi trzęsie się wyjątkowo często


Lubung Jambi
Z radością informuję, że byłem pierwszym turystą, który odwiedził Lubung Jambi w prowincji Riau na Sumatrze. W Bukittinggi, miejscowości, która bywa celem nielicznych turystów, spotkałem dwóch nauczycieli angielskiego, którzy zaprosili mnie do swojej wioski. Mister John and Mister Hindra mają marzenie, że któregoś dnia Lubung Jambi stanie się miejscem, które będzie odwiedzane przez turystów. Na wyjazd zdecydowałem się bo chciałem zjechać z trasy turystycznej i zobaczyć dziką Sumatrę. Nie oczekiwałem wiele od tego wyjazdu i szczerze pisząc miło mnie zaskoczyły nadchodzące dni. Zdaje się nigdy nie cieszyłem się tak wielka adoracją, na dwa dni stałem się gwiazdą Lubung Jambi. Byłem ekspertem oceniającym atrakcje regionu i opiniodawcą co do przyszłego rozwoju turystyki. Nigdy nie byłem też tak fotografowany i nigdy nie rozdałem tyle autografów. Ponad to każdego wieczoru dawałem wywiad w lokalnym radiu, zdając relację z dnia, chwaląc okolicę i przedstawiając propozycje potencjalnego rozwoju turystyki w regionie. Co mnie jednak najbardziej zaskoczyło to krokodyle i wielkie jaszczury komodo, które widzieliśmy podczas wyprawy na rzece. Wodospad który był celem tej przeprawy, a do którego wcale nie chciałem jechać (bo następny wodospad..) okazał się ponad 20 metrową kaskadą wody i całkiem przyjemnym miejscem, aby odpocząć po kilku godzinnym treku po jungli. Ponad to pierwszego wieczoru zorganizowano specjalnie z okazji mojego przyjazdu pokaz tańca, który był żywiołowym wiejskim widowiskiem, który chwycił me serce. Następnego dnia o 7 rano zostałem zaciągnięty do lokalnej szkoły islamskiej na poniedziałkową ceremonie szkolną po naszemu apel. Po wspomnianym apelu zostałem zaproszony przez lokalnych nauczycieli, aby dać speech motywujący do nauki angielskiego. Zdaje się że mało kto co rozumiał, a jedynym zadanym pytaniem było czy może mister mówić wolniej. Podczas tych kilku dni dałem w sumie ponad trzy godziny różnych wystąpień publicznych. Nie jestem wielkim mówcą, ale szczególnie wystąpienia w radiu sprawiły mi wielką przyjemność i ubaw po pachy, może dlatego że mało kto tam rozumiał po angielsku, ale wszyscy mieli poczucie ważności chwili, kiedy ich wioskę po raz pierwszy odwiedza obcy.









Hermes Trismegistos w Jakarcie


Lake Toba




Indonezja
Znajomy usłyszawszy że jadę do Indonezji chwycił się za głowę i powiedział „stary tylko nie daj się zabić”. Indonezja ma bardzo złą opinię jeśli chodzi o turystykę. Zamachy bombowe na Bali, trzęsienia ziemi, tsunami, katastrofy samolotów, zamieszki na ulicach Dżakarty, takie są najczęściej podawane wiadomości z tego regionu świata. Indonezja jest krajem muzułmańskim w którym wciąż w niektórych częściach obowiązuje surowe prawo islamu szariat co dodatkowo zniechęca turystów przed przyjazdem. W Indonezji spędziłem w sumie miesiąc, wyjeżdżając czułem wielki niedosyt i żal że nie udało mi się pojechać w kilka miejsc, szczególnie na mantawai, wysp gdzie można znaleźć ludzi do dziś żyjących w dżungli w pierwotnym stylu. W ciągu tego miesiąca udało mi się za to zobaczyć niesamowitą naturę (wejść na kilka wulkanów, zobaczyć żyjące na wolności orangutany, krokodyle), obcować z niezwykłą kulturą (świątynia Borobudur, pokazy tańca), poznać niezwykłych ludzi i skosztować regionalnej kuchni. Indonezja jest krajem bardzo tanim i i relatywnie bezpiecznym i łatwym do podróżowania. Jedyną rzeczą, która na prawdę mnie wnerwiała były autobusy. Są one podobne do tych w innych częściach Azji, może jeżdżą wolniej bo drogi są wyjątkowo dziadowskie, ale kulturą albo brakiem kultury jest palenie papierosów. Nie powiem sam palę, szczególnie w Indonezji, gdzie jest to nałóg numer jeden i gdzie mają najsmaczniejsze papierosy na świecie. Kretek się nazywają i są to papierosy do których dodaję się goździków co nadaję im wyjątkowy, słodkawy smak. Jednak palenie w zatłoczonych autobusach, nawet tych z klimatyzacją dla vip-ów, to dla mnie trochę za dużo.
Na mojej drodze odwiedziłem trzy wielkie wyspy Bali, Jawe i Sumatrę. Indonezja ma jeszcze kilka innych Kalimantan, Sulawesi, Papue, Timor, które są bardziej niedostępne i trudniejsze do podróży a które zostawiam na następny raz. Indonezje zamieszkuje około 250 milionów ludzi. Jak wspomniałem Indonezja jest krajem muzułmańskim, za wyjątkiem pewnych regionów gdzie dominują inne religie, np Bali jest w 90% hinduskie, okolice jeziora Toba protestanckie. Pewnego dnia jadąc autobusem na Sumatrze zacząłem rozmawiać z jednym muzułmaninem który przedstawił mnie swojej siostrze z zamiarem swatania. Jak się okazało jego siostra była protestantką, a brat podobno katolikiem i wszyscy żyją ze sobą w pokoju i tolerancji. Jego siostra jednak wysiadła wcześniej a on jechał dalej i wielka szkoda bo zamiast siostry sam chciał się ze mną swatać, co było dość żenującym doświadczeniem. Jednak faktem jest że poza pewnymi grupami ekstremistów Indonezja żyję w pokoju i tolerancji religijnej.
Indonezja jest to kraj pełen atrakcji turystycznych, a ludzie są jednymi z bardziej przyjaznych w Azji południowo-wschodniej. Najbardziej turystyczną i najłatwiejszą do podróży częścią Indonezji jest Bali. Bali słynie z licznych kurortów, plaż, dobrych miejsc do serfingu, czynnych wulkanów oraz miejscowości kulturalnych w których można oglądać pokazy regionalnych tańców i kupić dzieła miejscowych rzemieślników. Przed przyjazdem najbardziej obawiałem się właśnie tej małej wyspy, myślałem że będzie bardzo turystycznie co często psuje atmosferę miejsca. Ku mojemu zaskoczeniu ludzie są wciąż bardzo przyjaźni i otwarci na obcokrajowców. Przemysł turystyczny jest bardzo rozwinięty i zmienił niewątpliwie oblicze wyspy jednak większość mieszkańców wciąż żyję bardzo tradycyjnie.
Moim ulubionym miejscem, jeśli chodzi o kulturę jest niewątpliwie Borobudur na Jawie. Jest to dla mnie jedna z najciekawszych świątyń w Azji, zdaje się że numer 2 zaraz po Bayon w Angor Wat. O tym miejscu czytałem kilka lat temu w Pentagramie , jeszcze będąc Różokrzyżowcem. Jest to miejsce święte dla buddystów skonstruowane na planie wielkiej mandali, gdzie pokazany jest proces rozwoju duchowego. Wchodząc do świątyni zaczyna się od poziomu ukazanego w rzeźbach jako samsarę przechodzi się powoli przez najniższe poziomy życia ludzkiego, pnąc się na wyższe, ostatecznie kończąc na poziomie na którym zasiadają Buddowie.
Lovina Walki kogutów
W Indonezji, jak w innych krajach Azji południowo-wschodniej walki kogutów są popularną formą rozrywki. Walki odbywają się każdego dnia w południe w większości miast Indonezji. Gromadzą setki wielbicieli tej dziwnej formy hazardu. Indonezyjska odmiana walk kogutów jest bardziej brutalna od tej którą miałem okazję oglądać w Kambodży. W Kambodży do łapy koguta przyczepiany był pazur, tutaj mały nożyk ostry jak brzytwa. W Kambodży koguty były trenowane a cena tych najlepszych dochodziła do setek dolarów. Walki kogutów w Indonezji przypominają wyrafinowaną rzeż. Większość kogutów nawet te które wygrały walkę, ale są draśnięte przez ostrze, jest zabijana zaraz po walce. Sama walka trwa niedużej niż minutę, jeśli przez ten czas jest nierozstrzygnięta na oba koguty nakładany jest kosz. Koguty dostają furii, po kilka sekundach na ziemi widać strużkę krwi i wszystko jest już jasne.













Wioska rybacka (Lovina)







Pogrzeb dziewczynek, które zginęły podczas kąpieli w jeziorze (Gunung Batur)




Pewne wiejskie przedstawienie



Portret Dziada


Kuta-Denpasar (Bali)
Balijczycy zaskakują mnie swoją religijnością. Na Bali dominuję hinduizm w wydaniu regionalnym. Nie widać świątyń z bogami Indii, nigdzie widziałem też murti puja czym w Indiach jest kult posągów- bożków. Tutaj najbardziej powszechnym jest składanie ofiar w postaci koszyczków, wypełnionych kwiatami, kadzidłem, ryżem. Ofiary te składane są na przed domem, sklepem, na ulicach lub na ołtarzach świątyń. Każdego ranka na progu mojego pokoju znajduje jeden z sączącym się zapachem kadzidła. Zabawnie to czasem wygląda jak motocykle mijają wysepki koszyczków ofiarnych rozstawionych na skrzyżowaniu ulic.
Miejsca, które dotychczas odwiedziłem nastawione są wyłącznie na turystę. Gdzie nie pójdę znajduję setki sklepików z pamiątkami, regionalną sztuką. Co kilka metrów, ktoś zaprasza do swojego sklepu, oferuje tani transport lub nawet swój motocykl do wypożyczenia. Kobiety podają rękę i nie chcą puścić w nadziei, że uda się złapać turystę na masaż. Czasem bywa to irytujące, ale taka specyfika miejsca.
W pierwszy dzień, zaraz po przylocie, wypożyczyłem motor i ruszyłem na wioski, aby odświeżyć sobie pamięć jak to jest być w Azji. Przejechałem kilkaset metrów i dojechałem do skrzyżowania ze światłami, zapaliło się czerwone a ja bardzo powoli hamując zatrzymałem się tuż za linią skrzyżowania. Balijczycy trochę mnie zaskoczyli, że tak pokornie przestrzegają reguł (bo na ulicy jeden wielki chaos) po chwili jednak zrozumiałem dlaczego. Tuż za rogiem ustawiona była budka a w niej policja. Ja bez prawa jazdy, bez dowodu rejestracyjnego, przełknąłem tylko ślinę czekając na nadchodzącą rzeż. Policjant na szczęście jedyne co po angielsku, to „justice in Denpaser”, potem skapowałem co miał myśli, chciał mnie do sądu do stolicy Bali zaciągnąć. A co na prawdę miał na myśli to że będzie jakiś prezent, czyli łapówa. No i siedzieliśmy w tej budce, ja mu pokazywałem polskie prawo jazdy (gdzie stoi że motocykl nie), rysowałem mapę że przecież zatrzymałem się prawie na światłach i w końcu się chyba oboje zmęczyliśmy bo puścił mnie wolno.





Surfers Paradise – Byron Bay
Następny etap mojej podróży zaczynam od Australii. Mija powoli tydzień jak opuściłem Brisbane. Jak dotychczas pojechałem do Surfers Paradise odwiedzić moją japońską znajomą Yoko i do Byron Bay, miejsce które chodziło po mnie od miesięcy. Oba miejsca są nad oceanem, oba słyną z cudownych plaż i warunków do uprawiania serfingu. Surfers Paradise to wielkie miasto, z wieżowcami położonymi tuż nad oceanem, jedno z najszybciej rozwijających się centrów biznesu w północno-wschodniej Australii. Byron Bay, to mieścina słynąca z klimatów hippisowskich, skupiająca tysiące plecakowców (czułem się jakbym był Niemczech). W obu miejscach próbowałem serfingu. Skotłowało mnie strasznie, na desce nie stanąłem, ostatecznie pływałem na body-board. W Byron udało mi się zobaczyć delfiny, które podpływały tuż pod czekających na falę serferów, skupiały się w grupach, łapały falę naśladując serferów, wyskakiwały w powietrze, niesamowite wrażenie.


Modern Art Gallery, Brisbane



Aboriginal Art


Majaczące w oddali wieżowce Surfers Paradise

Byron Bay



Yoko

Yoko and Chisoto (See U In Japan Girls..)

Paweł and me
Kategorie
- 2025 Polska
- 2024 Polska
- 2023 Polska
- 2022 Polska
- 2021 Polska
- 2020 Polska
- 2020 Andaluzja
- 2019 Polska
- 2018 Polska
- 2018 Indie
- 2017 Polska
- 2017 Birma
- 2016 Polska
- 2015 Polska
- 2015 Jagoda
- 2014 Polska
- 2014 Toskania
- 2013 Polska
- 2013 Peru Boliwia
- 2013 Bornholm
- 2012 Polska
- 2012 Bornholm
- 2011 Polska
- 2011 Jeremi
- 2010 Polska
- 2010 Japonia
- 2010 Indie
- 2010 Indie cz.2
- 2010 Bangladesz
- 2009 Argentyna
- 2009 Peru
- 2009 Boliwia
- 2009 Chile
- 2009 Polska
- 2008 Belgia
- 2008 Polska
- 2008 Portugalia
- 2007 Polska
- 2006/2007 Australia
- 2006/2007 Chiny
- 2006 Singapur
- 2006 Malezja
- 2007 Indonezja
- 2006 Kambodża
- 2006 Wietnam PŁN
- 2006 Wietnam PŁD
- 2006 Laos
- 2006 Tajlandia
- 2006 Birma
- 2006 Indie
- 2001 Ukraina






























