Birma to pierwszy buddyjski kraj na mojej drodze na wschód. Robi wrażenie. Mam wrażenie jakby czas się tu zatrzymał. Największym problemem współczesnej Birmy jest sytuacja polityczna i separacja kraju na arenie międzynarodowej. Krajem rządzi junta wojskowa, lider opozycji Aung Suu Kyi (laureatka pokojowej nagrody Nobla) od kilku lat przebywa w areszcie domowym. Ludzie rozmawiając o polityce ściszają głos, jest to zabronione i niebezpieczne bo ulice są pełne tajniaków. Dla turysty obecna sytuacja jest nieodczuwalna, na ulicach nie ma wojska, policji, nikt nie kontroluję. Turyści traktowani są jak święte krowy

95% populacji Myanmaru jest wyznawcami buddyzmu! Porównując z Indiami ludzie są jakby mniej banalni, jest jakaś miękkość i wewnętrzna delikatność. Hindusi są prości i twardzi, są to ludzie których nie potrafiłem traktować poważnie (nie zmienia to mojego stosunku do mentalności indyjskiej, którą uwielbiam). Tutaj jestem bardziej czujny,wciąż badam mentalność, wyczuwam ambience. Trudniej jest mi się też otworzyć fotograficznie, ale myślę że to kwestia czasu. Co mnie urzekło od pierwszego dnia to gościnność i szczera chęć udzielenia pomocy, ludzie nie są zepsuci turystami, są otwarci i nie oczekują niczego w zamian (może to kwestia religii). Kupując cokolwiek do jedzenia nie pytam o cenę płace po konsumpcji, czego nigdy bym nie zrobił w Indiach, tutaj jakby mniej oszukują, a nawet jeśli, to jest to nieodczuwalne bo ceny są tak niskie.

Największym problemem gospodarki jest niestabilny pieniądz: kyat (tutejsza waluta). Walutą, która rządzi rynkiem i krajem jest amerykański dolar, wszystko przeliczane jest na dolary, szczególnie dolary w wysokich nominałach są najcenniejsze. Mój przewodnik z 2003 podaje kurs 700 kyat za jednego dolara, dzisiaj po trzech latach 1500 kyatów, jak będę wyjeżdżać pewnie podskoczy o dwie stówy. Inflacja oblicza się na około 60% w skali roku

Praktykowany buddyzm to theravada. Dla większości Polaków medytować jest pewną egzotyka, tutaj to jak chodzenie do Kościoła, to część kultury. Największą świątynią w Yangunie jest Shwedagon Paya. Jest to miejsce, do którego każdego dnia schodzi się tysiące ludzi, aby pobyć w obecności Buddów i licznych świątyń. Shwedagon Paya to najpotężniejsza ze świątyń. Stupa wznosi się na wysokość 40 metrów, jest pokryta tonami złota a na jej czubku znajduje się wielki diament. Robi wrażenie.

Shwedagon Paya

Od wczoraj jestem w Myanmarze (Birma). W końcu mały szok kulturowy. Rzeczy, które mnie urzekły podczas pierwszego spaceru: super zgrabne piękne kobiety, pary trzymające się za ręce, żółte arbuzy, tzw bowling czyli miseczkowanie o jedzenie (słowa begging: żebranie jest dla nich obrażliwe) przez setki mnichów na ulicach, ludzie którzy kulturowo ofiarowują jedzenie mnichom, w końcu ruch prawostronny na ulicach, niezwykła gościnność birmańczyków, którą na początku byłem tak skonfudowany, że nie wiedziałem o co chodzi, stare japońskie bryki, nowy rodzaj riksz, brak żebraków na ulicach, bidety w toaletach (mogę zapomnieć o indyjskiej lewej ręce). Na razie wgrywam nowe klimaty w ciało, wyczuwam ambience, poznaję mentalność ludzi, nie robię zdjęć; chłonnę.

Komunikacja utrudniona. Mój telefon nie wykrywa żadnego operatora. Z tego co słyszałem kafejki internetowe poza poza stolicą to rzadkość, więc nie wiem jak często będę auktualniać stronkę.

Myanmar od kilku lat otwiera się na turystykę, sporo turystów na ulicach szczególnie Niemców, Anglików, Włochów. Jest bezpiecznie.

Słowa do buddystów, może wasza sangha zainteresowana jest miszeczkami z lakhi, tutaj są bardzo tanie, może zrobimy jakiś deal, jeśli tak dajcie znak w ciągu dwóch tygodni.

Kalkuta była stolica imperium brytyjskiego, obecnie stolica stanu West Bengal jest jednym z najbardziej zaludnionych miast w Indiach; około 15 mln mieszkańców. Miasto odwiedzam po raz drugi jednak tym razem mam całkiem inne odczucia niż trzy lata temu. Mieszkam u Bengalczyków, rozmawiam i przebywam w ich towarzystwie co pozwala poznać bliżej mentalność i ducha miasta. Faktem jest, że jak zwykle trafiam na nieprzeciętnych hindusów, są to poeci rewolucjoniści, yogini z którymi można się napić, ludzie odszczepieni od standardów indyjskich (przez odszczepionych rozumiem niereligijnych bo religijność jest esencją kultury indyjskiej , nie mających swojego „murtu” posążka, nie mających swojego Boga).

Pierwsze co mnie uderzyło w Kalkucie to palmy, morska bryza, tysiące żółtych taksówek. Kalkuta płynie w innym wymiarze czasu, rzeczy spotkania nic nie jest pewne, wszystko jest być może. Na początku mnie to wnerwiało, że nie można nic zaplanować, ale można się przyzwyczaić i robić po prostu swoje nie przejmując się wymiarem czasu bengalczyka ( biznesów to raczej z nimi robić nie będę) Pierwotnie w moim planie w Kalkucie miałem zostać dwa dni a przeciągnęło się do dwóch tygodni. Zostałem ze względu na ślub znajomego z Francji; Dominika, który odbył się wczoraj. Już jutro oczekiwany wylot do Myanmaru (Birma).

W ciągu ostatnich dwóch tygodniach zrobiłem dwa krótkie wypady z Kalkuty, pierwszy do małej rybackiej wioski Bakhali położonej w delcie Gangesu, drugi do centrum ruchu Hare Krishna w Mayapur. Oba miejsca nie należą do miejsc odwiedzanych przez turystów z zachodu. Lonely Planet wymienia tylko nazwy tych miejsc nie dając rozległego komentarza i chwała Bogu (Lonely Planet to przewodnik manipulant który kształtuje turystyke na świecie!, wszyscy podróżują z Lonely, wszyscy odwiedzają miejsca rekomendowane przez Lonely, bezwątpienia jest to również najlepszy przewodnik dostępny na rynku). Dzięki temu, że nie ma żadnych obszernych informacji oba miejsca zachowały swój naturalny ambience. Miejsca te należą do najbardziej ciekawych jakie udało mi się odwiedzić w ciągu 8 miesięcy obecności w Indiach. Brak turystów z zachodu (używam tego zachodu bowiem są to miejsca popularne dla turystów indyjskich) sprawia, że tubylcy nie maja zepsutego podejścia są otwarci, przyjaźni i szczerze ciekawi i nie oszukają a nawet jeśli to nie tak bardzo.


Pradeep bengalski poeta, u którego miałem okazje mieszkać przez kilka dni (jego wiersze są licznie publikowane we Francji)

Mandalay, drugie po Yangonie miasto w Birmie.

Historie birmańskie:

Życie w Birmie nie jest łatwe. Dzisiaj pół dnia spędziłem z Rikszarzem, który szczegółowo nakreślił mi sytuacje polityczną. Birma rządzone jest przez grupę generałów, którzy przy pomocy armii i policji kontrolują większą część terytorium państwa. Birma należy do państw złotego trójkąta, państw produkujących opium. Niektóre części państwa są kontrolowane przez mafijnych bossów, oczywiście te części są kompletnie niedostępne dla turystów. Część dla turystów to Myanmar centralny. Obszary przygraniczny są zamknięte dla ruchu turystycznego. Wybierając autobus jadący w nieodpowiednie miejsce łatwo dostać się do więzienia ciężko z niego wyjść.

Generałowie (jak przystało na klasyczny reżim) prowadzą politykę kija i marchewki. Za rozmowy o polityce, nieprzychylne opinie dla reżimu, za przenocowanie turysty, wymianę waluty bez licencji idzie się prosto do więzienia. Mój dzisiejszy przewodnik pokazywał mi pamiątki na głowie jakie ma po takiej wizycie. Był więżniem politycznym, który trafił do więzienia po manifestacjach w 1989 potym jak mimo wygranych wyborów przez partie demokratyczną władzę przejął reżim wojskowy. Kiedy spytałem się o Suu Kyi, ściszył głos i powiedział, abym nie mówił tego imienia na głos, a lepiej mówił Ona albo Lady. Aung San Suu Kyi jest formalnym liderem opozycji, lauretka pokojowej nagrody Nobla, która od ponad 10 lat przebywa w areszcie domowym. Naród jest w kropce, za najmniejsze wychylenie, próbę protestu idzie się do więzienia. Policja, tajniacy są wszędzie.

Reżim dba o siebie, większa część budżetu idzie na rozwój armii. Ważną aktywnością społeczną jest budowanie nowych pagód, stup i klasztorów. To ta marchewka. Władza jest religijna, reżim w Myanmarze to buddyjski totalitaryzm. Smutno mi jak tego słucham. Ci prości ludzie są tacy dobrzy, mają taki piękny kraj, który nie może zakwitnąć. A prognozy nie zapowiadają się kolorowo. Na arenie międzynarodowej kraj nieistnieje, obłożony jest embargiem i różnorakimi restrykcjami. Wielkie firmy i sweat shopy (sklepy potu-puma, adidas, gap) wybierają Malezje, Wietnam, Tajlandie gdzie sytuacja polityczna jest bardziej stabilna. Brak inwestycji z Zachodu, powoduje jeszcze większe zamknięcie państwa, zacofanie kraju, brak możliwości na nowe miejsca pracy, nikłą wiedzę o tym co naprawdę dzieje się w tym kraju.

Lady Suu Kyi prosiła o bojkotowanie Myanmaru na arenie międzynarodowej na wszelkich płaszczyznach , także turystycznej. Apelowała do światowej opinii publicznej o nieodwiedzanie jej kraju do czasu, kiedy reżim ustąpi. Tony Blaire pozytywnie ustosunkował się do tego apelu i ogłosił oprócz bojkotu dyplomatycznego także turystyczny. Nie ma w Wielkiej Brytanii biura, które by organizowało wyjazdy do Birmy. Zdanie jednak są podzielone.. Osobiście nie popieram ani bojkotu turystycznego ani sankcji gospodarczych. Tzw plecakowcy, mimo że wspierają reżim poprzez kupowanie biletów wejściowych (oczywiśćie w dolarach) do każdej atrakcji turystycznej, to ludzie ulicy cieszą się z przyjazdu tego rodzaju turystów. Zawsze zapłacą trochę więcej za riksze, najczęściej omijają państwowe hotele i środki transportu wybierając sektor prywatny. Faktem jest że najgorsza opcja to wycieczki organizowane organizowane przez biura podróży. Taki wyjazd wygląda tak, że wymiana pieniędzy odbywa w hotelu, hotel oczywiście jest państwowy, autobusy i taksówki również, dla zwykłych ludzi nic, wszystko dla generałów. Podobno każdy z nich oprócz działalności publicznej posiada biuro podróży! Sedona największy i najdroższy hotel oczywiście należy do Armii.

Nie jest łatwo.

Dużą część armii stanowią Cyganie i kryminaliści, którzy zamiast do więzienia wybierają armie. Lepiej nie zadzierać z armią, armia ma długiego kija, ciężką rękę i ludzi z przyszłością. Przeciętne zarobki w armii to 10 tyś kyatów (8 zielonych) co jednak najbardziej irytuję mojego rikszarza, który opowiada mi te historie, to fakt że już niedługo mają podnieść zarobki żołnierzy dziesięciokrotnie do 100 tyś kyatów co kompletnie rozleguluje ceny żywności i usług takich jak przewóz rikszą.

A ludzie ulicy są po prostu dobrzy (brzmi banalnie, ale najlepiej opisuję tę mentalność: dobry człowiek prosto z serca). Moje odczucie co do mentalności jest właśnie takie, że albo są super łagodni i muchy nie skrzywdzą, albo tacy fighterzy, że omijam szerokim łukiem.

Narodowym sportem Myanmaru jest boks, bez rękawic wszystkie ciosy dozwolone. Drugim (mam trochę obolałe kostki ) to Chinlon, coś na podobieństwo naszej siatkówki, z tymże jedyną dozwoloną częścią ciała, którą można odbijać są nogi i głowa. Poniżej zamieszczam zdjecia, tak efektownego sportu dawno nie widziałem. Są szybcy, mocni i wysoko w powietrzu.

Chinlon, narodowa gra Myanmaru


Moje ulubione zdjęcie z Myanmaru

C.d. historii birmańskich

Większość restauracji zatrudnia dzieci jako kelnerów, przeciętny zarobek to 5000 kyatów (4$) za miesiąc pracy, siedem razy w tygodniu od rana do wieczora. Oczywiście na szkołe nie ma miejsca, szkoła nawet podstawowa jest płatna, niewiele osób może sobie pozwolić na edukację dzieci. Jak każdy reżim, armia woli nie mieć za dużo intelektualistów. Bardzo popularne wśród młodzieży jest zatrzymywanie turystów na darmowy kurs angielskiego. Klasycznym miejscem jest wzgórze Mandalay na które każdego wieczoru schodzi się młodzież na “lekcje angielskiego”, obsiadają turystę i ćwiczą swoje “How are you, what is your name”. Trochę męczące ale przy odrobinie szczęścia można znaleść kogoś z dobrym angielskim i posłuchać birmańskich historii.

Przeciętne zarobki to 10$ na miesiąc. Mój rikszarz dostał ode mnie prawie 2. Trzeba mu przyznać że miał sposoby na turystę. Mnie wziął na swoją głodującą rodzinę. Ze smutkiem przyznaje, że wierze w 95% jego historii a szczególnie w to, że podstawę diety jego rodziny stanowi ryż.

Wczoraj odwiedziłem trzy miasta królewskie znajdujące się wokół Mandalay. Wspomną może tylko o dzikiej jeżdzie na dachach autobusów. Niemiec, którego wcześniej spotkałem w Yangonie, powiedział, że jazda jest super, ale lepiej żebym uważał na drzewa. Żyje. Największym hard-corem okazała się jednak jazda po Mandalay pick-upem, wisząc na poręczy stojąc zaledwie na palcach jednej stopy na krawędzi pedzącego samochodu. A obszar wokół Mandalay to kraina setek, setek pagód i stup. Niemalże w każdej dzielnicy znajduję się stupa, jak pisałem powyżej armia na to nie żałuje, w końcu to buddyści. Mój rikszarz trochę podnosi głos, że zamiast inwestować w gospodarkę znowu powstaje stupa kryta setkami kilogramami złota.

Jutro zjeżdzam na prowincję. I dobrze bo w dużych miastach trochę się gubię i tracę mnóstwo czasu. Zapowiada się też wypad w góry…

W ostatnim tygodniu wraz z Kasią i Mariuszem odwiedziliśmy dwa święte miejsca: Amritsar stolica Sikhów i McLeodGanj stolica Tybetańczyków na uchodżctwie. Z tego co udało mi się wcześniej zobaczyć w Indiach a widziałem już całkiem dużo to właśnie te dwa miejsca należą do najprzyjemniejszych dla turysty jeśli chodzi o szczerą otwartość ludzi.

W Amritsarze byłem dwa miesiące temu, więc nie będę się rozpisywał. Opis miasta można znaleść w moim fotoblogu z lutego. Co mnie jednak po raz kolejny zaskoczyło w Amritsarze to wielka otwartość Sikhów i tolerancja dla obcych. Przykładem jest Dom Pielgrzyma znajdujący się tuż przy kompleksie Złotej Świątyni, jako naszą akomodację wybraliśmy własnie tą opcję. Dostaliśmy osobny pokój i wszystko oczywiście za darmo tzn co łaska. Nowością dla mnie były też publiczne jadłodalnie, które otwarte są przez 24 godziny na dobę. Podczas kolacji w jednym czasie obsługiwanych jest więcej niż 500 osób. Potężna masa ludzi obsługiwana przez „kelnerów” serwujących zupe z soczewicy i ryż prosto z wiadra.


młody wojownik

Pamiętając ostatni pobyt i wrażenie jakie na mnie wywarła Ceremonia obmywanie świątyni postanowiłem przeżyć to jeszcze raz. Owa ceremonia odbywa się o 3 w południe i o 3 w nocy w czasie otwarcia świątyni. Wybraliśmy noc. Oczywiście nic dwa razy się nie zdarza i zamiast uczestniczyć w obmywania, stanęliśmy wraz z tłumem przed Złotą Świątynią w oczekiwaniu otwarcia Złotej Bramy. Wszystko wyglądało bardzo tajemniczo i nabożnie. 3 w nocy lub jak Sikhowie wolą 3 nad ranem i tysiące pielgrzymów czekających ze swoją porcją ofiarnej kaszki. Sikowie to bardzo zabawny i poczciwy naród, przy czym z mojego punktu widzenia słowo poczciwy obrazuje ich najlepiej. Podczas kilku spacerów jakie odbyliśmy w okolicach Złotej Swiątyni czasem ciężko było przejść 20 metrów, aby nie zostać zaczepionymi i trochę nie pożartować. Zabawny ludzie, słowo daję. .


-“zrób poważną minę”


-“a teraz śmieszną”


Złota świątynia tuż przez otwarciem; pomost wypełniony ludzmi

McLeodGanj swoim charakterem przypomina Rishikesh. Oba miejsca stanowią cel pielgrzymek tysięcy turystów z zachodu. Rishikesh to centrum yogi, gdzie spragniony wędrowca znajdzie wszelakich komercyjnych Guru i specjalistów Yogi. McLlo to stolica Tybetańczyków na uchodżctwie, miejsce w którym oprócz kilku aśramówi znajdują się świątynie buddyjskie i miejsca gdzie można dowiedzieć się naprawdę dużo o Buddyżmie zarówno ze strony teoretycznej jak i praktycznej. Jjest to miejsce mniej komercyjne i bardziej prawdziwe jeśli chodzi o wymiar duchowy.

Nasz pobyt był bardzo specyficzny. W mieście wylądowaliśmy o 2 w nocy lub jak wolą Sikhowie o 2 nad ranem. Wszystkie hotele były zamknięte lub nie było miejsc. W końcu zaczepił nas jakiś koleś i zabrał nas do wioski położonej w pobliżu McLeod. Piękna chałupa położona na zboczu góry (2000m npm) z pięknym widokiem; nienajgorzej tylko strasznie zimno.


Zimno.

Przez pierwsze godziny pobytu w McLeod w ogóle nie byliśmy zainteresowani sprawami duchowymi, za to rzeczy materialne znajdujące się w sklepach mocno wstrząsnęły naszymi portfelami; bardzo stylish tybetańskie ciuszki. Następny dzień wiele się nie róznił od poprzedniego. Znowu zakupy, napitki w miłych kawiarniach, tybetańska kuchnia i miłe widoki jednak punktem kulminacyjnym dnia była wyklad Dalajlamy. Niestety mówił szybko i w niezrozumiałym języku (bardzo trudne do zrozumienia symultaniczne tłumaczenie nadawane przez radio), ale mimo to dobrze było chociaż przez moment pobyć w obecności Mistrza. Oczywiście robionie zdjęć zakazane, w ogóle coś nie ma weny ostatnio, zamieszczam tylko widok na Lhase (stolica Tybetu).

Od kilku dni wraz ze znajomymi z Polski przebywam w Delhi. Czas mija sielsko i anielsko. W końcu mam czas na zwiedzanie. Od trzech dni objeżdżamy Delhi odwiedzając wszystkie sztandarowe miejsca. Powoli zaczynam się przyzwyczajać do towarzystwa ale zaczynam też rozumieć dlaczego prawdziwi podróżnicy podróżują samemu. W gromadzie jest przyjemnie, ale koncentracja skierowana jest na rozmowę i wzajemne towarzystwo. Inaczej odbiera się świat, zawęrzają się granicę percepcji, ale są inne korzyści.

Dzisiaj wyjeżdzamy z Delhi. Wieczorem jedziemy do Amritsaru potem Dharamsala (stolica Tybetańczyków na uchodżctwie) następnie Radżastan, Agra i Varanasi


Świątynia Lotusu


Kasia

Wczoraj mieliśmy lekcję Yogi. Dla mnie ostatnia lekcja z Chand Ramem przed wyjazdem z Indii. Dużą część swoich rzeczy zostawiłem u niego w domu w nadziei, że kiedyś wrócę. “I love India”, takie napisy można spotkać na indyjskich samochodach i w sercach wielu ludzi. Wczoraj też jedliśmy ostatnią kolację i obaliliśmy ostatnią buteleczkę rumu. Trochę smutno wyjeżdżać, ale wiem, że wrócę może za rok a może wcześniej


Ukochany peacock czyli pozycja pawia

Ostatni dzień mojego pobytu w Bimtal zacząłem od wyrzygania się. Kundzial czyli rzyganie w stylu Yogi. A o to krótki przepis: Zagotuj litr wody następnie ochłodź do temperatury zdatnej do picia, siądź w kucki, wypij jak najszybciej, wstań, włóż dwa palce do buzi i wyrzygaj z siebie wszystko. Kundzial leczy wszelkie zatrucia żołądkowe, problemy z trawieniem oraz oczyszcza umysł z brudnych myśli. Kundzial robi się na czczo, najlepiej o wschodzi słońca. Polecam.

Żal wyjeżdżać. Zadomowiłem się tutaj. W ciągu dwóch tygodni bardzo wiele się wydarzyło. Bardzo mało podróżowałem za wyjątkiem marszów po okolicznych pagórkach a zobaczyłem tak wiele. To jak podróż do wewnątrz siebie. Jest takie buddyjskie przysłowie: „mistrz poznaje świat nie wychodząc z domu”. Wewnątrz nas rozciągają się niezmierzone i niezbadane przestrzenie, abyśmy tylko chcieli je poznać.

Dobry czas, aby ponownie ruszyć w drogę. Kolejna wiosna rodzi nowe owoce. Jedno drzewo a taka różnorodność. Niesamowite jak przełomowym miesiącem są dla mnie marzec i kwiecień. Już od kilku lat z rzędu właśnie w tym czasie ponownie zakochuje się w życiu.

Wszyscy czekaliśmy na 15 marca: dzień Holi. Holi czyli festiwal kolorów jest najbardziej zwariowanym świętem w Indiach. Holi spędziłem w Bhimtal. W ten dzień każdy jest dla siebie przyjacielem. Do wioski zszedłem z Asramu na 2 godzinny na spacer pomiędzy medytacjami i to całkowicie wystarczyło, aby moja twarz, włosy i koszula pokryte zostały kilkoma warstwami kolorów. W ciągu tych dwóch godzin przeszedłem może kilometr bowiem co chwila spotykałem grupkę ludzi, z którymi rytualnie wymieniałem się: “Happy Holi” i smarowaniem farbą. Nie obeszło się też bez kilku wizyt domowych i tańcu na dachu. Istne szaleństwo. Wiekszość mężczyzn od rana na bombce, oczywiście rum lub whisky.

Drugi dzień seshin mija. Zaczyna mi się podobać pracować w trybie medytacji dynamicznej. Dzień rozpoczął się od medytacji na oddechu. Szybki energiczny wdech i wydech. Ta część trwała 30 minut i kończyła się oddechem połączonym wewnętrznym pytaniem siebie : “Kim Jestem, Kim Jestem, Kim Jestem?..” Postaw pytanie i zadawaj je z wewnętrzną determinacją a odpowiedź przyjdzie sama.

Następna medytacja miała na celu przeżycie własnej śmierci. Cały proces zaczał się od tańca jak pisałem wcześniej większa część medytacji zaczyna się od tańca. 7 facetów tańczących w rytm hinduskiego disco w celu pogłębienia świadomości. Znalazłem w ciele to co znajdowałem podczas warsztatów u Liliany czyli: kompletną ekspresję uczuć w postaci ruchu. Swiadome tworzenie form ciała, które bezpośrednio wypływają z tej częsci w nas która jest najpiękniejsza. (Są dwie rzeczy za którymi głęboko tęsknie bedąc w drodze: to kulki petong i warsztaty tańca.) Medytacja w ruchu, pogłębianie siebie wewnątrz poprzez ruch. Po półgodzinnym transie nastąpił czas na relaks i przeżycie własnej śmierci.. Przeżyłem i czuje się świetnie.


Swami Ji i portet Osho


Exstazy

Today our knowlegde has expanded greatly with the help of science and technology. But knowlegde regarding our own mind, our deep nature, is still limited in the Western world. This is because consiousness is formless and cannot be touched and so cannot be measured with instruments. It can only be known through meditation and other methods.

His Holiness The Dalajlama