• Fotografia ślubna Poznań
    Fotografia ślubna Poznań
  • Zdjęcia i filmy reklamowe Poznań
    Zdjęcia i filmy reklamowe Poznań
  • Fotoreportaże z podroży
    Fotoreportaże z podroży

Obudziłem się dzisiaj na lekkim kacu. Wczoraj miałem kolejną lekcje jogi z moim Guru Gi, tj. Czand Ramem. Na lekcje pojechaliśmy nad Dwarke jedna z dzielnic Delhi gdzie jak się potem okazało mieszka jego przyjaciel. Zaraz po lekcji pojechaliśmy do domu jego przyjaciela i zaczęliśmy czekać. Jak się potem okazało mieliśmy czekać jakieś 4 godziny, ale nic nam to nie robiło bo w miedzy czasie pojechaliśmy do wine&beer shop i kupiliśmy flaszkę indyjskiego rumu. Muszę się przyznać, że głowa mi osłabła. Po dwóch godzinach sączenia w głowie już mi ostro szumiało. Gdzieś padło słowo kolacja i z napięciem czekałem momentu konsumpcji. Moment przyszedł jak przyszedł przyjaciel około 23, przyjaciel przyniósł kurczaka. Była to jedna z lepszych rzeczy jakie ostatnio jadłem. A jakoś się tak ostatnio składa, że wiele rożnych kolacji i mnóstwo uczt kulinarnych mnie spotyka. I tak sącząc rum i obserwując swojego nauczyciela jogi, który pod ‘wpływem’ stawał się wyjątkowo rozmowny dowiedziałem się przeróżnych rzeczy o Indiach. Jedno z ciekawych kulinarnych spostrzeżeń: hindusi w czasie zimy (kiedy na dworze temperatura w ciągu dnia schodzi do 15 st) nie jedzą ryżu. Ryż wychładza organizm. I faktycznie we wszystkich restauracjach w których ostatnio jadam biorę odruchowo ciapati, parathe, roti albo naan. Wszystko to są placki tylko różnie wypiekane i o innym składzie.


Mój Yoga Expert Mr Chand Ram

Oprócz bardzo ciekawych informacji teoretycznych o pochodzeniu, celu i jaki dobroczynny wpływ na zdrowie ma joga, Czand Ram mocno zjechał indyjskie religie. Zastanawiałem się jaki stosunek ma do Puja ( hinduska ceremonia religijna). Oczywiście z wielkim szacunkiem podchodzi do tradycji jednak samemu nie praktykuje. Dowiedziałem się również ze Polki to najpiękniejsze kobiety na świecie, ale do tego przekonywać mnie nie musiał. (był w Polsce prowadzić zajęcia jogi podczas międzynarodowych warsztatów tańca w 2004).

W końcu wziąłem się za siebie, staram się robić joge codziennie rano przed praca. Do tego zazenik i po takiej pigule energetycznej jestem dobrze poustawiany. Za miesiąc, od początku marca planuje jechać do aśramu pod Rishikesz. Miejsce poleciła mi Włoszka , Chand Ram tez wyraził uznanie do tego miejsca. Praktykują tam jogę dynamiczną, podobno całkiem inna od tej, którą teraz robie. Cieszę się bo w końcu wyciągnę z Indii coś bardzo esencjonalnego co bardzo wplata się w tutejszą kulturę i sposób życia. Z nadchodzących wydarzeń za klika godzin mam obiad u państwa Ambasadorów, znowu pewnie jakieś super pyszne jedzenie. Jak się dowiedziałem pracownicy ambasady dezynfekują w specjalnych plynach chemicznych wszystkie warzywa i owoce. Szokiem dla mnie było jak spróbowałem ostatnio banana, lub papaje i poczułem smak jakiejś chemii. Są super sterylni a i tak chorują. Nie pozwalają żołądkowi przywyknąć do tutejszych warunków. Jak na razie miałem jedno dwudniowe zatrucie, ale teraz po okresie klimatyzacji brzuszek chodzi bardzo równo. Ale nie wątpię że to również dobroczynny wpływ jogi. Wieczorem zapowiada się indyjskie disco a jutro prawdziwy hit coś na co czekam z pewną niecierpliwością, wykład Dalajlamy….!

We wtorek spotkałem na zakupach radcę politycznego pana Ryszarda i jego piękną koleżanka panią Anie. Zaproponowali czy nie chce jechać następnego dnia do stolicy Sikhów Amritsaru. Pomyślałem, że dawno mnie tam nie było i bez wahania się zgodziłem. Z Delhi do Amritsaru jest około 450 km. Wyjechaliśmy o 6 nad ranem, podróż zajęła nam prawie 9 godzin. Na zwiedzanie zostało tylko 4, ale mimo to było warto. Po prostu kocham to miasto, złota świątynia to najbardziej magiczne miejsce na świecie jakie widziałem ( konkuruje może tylko z Varanasi). Pierwsze co przyciągnęło moją uwagę po tym jak weszliśmy na teren Złotej Świątyni były ustawiające się wzdłuż tanku (sztuczny zbiornik wodny okrążający Swiątynie) grupy pielgrzymów. Jak się okazało właśnie trafiliśmy na moment czyszczenia świątyni. Setki ludzi brało wiadra wody podawało tym co stali ustawieni wzdłuż tanku a ci nabierali i oddawali najstarszym Sikhom, którzy wylewali ją na posadzki. Biegając miedzy nimi szukając najlepszego ujęcia kilkakrotnie musiałem się uchylić przed chlustem wody skierowanej w moja stronę przez zabawnych staruszków. Niesamowite było to brodzenie w spływającej wodzie i do tego magia miejsca. Na wspomnienie siły modlitwy w tym miejscu, właśnie przeszedł mnie dreszczyk nie wspomnę o tym co czułem będąc na miejscu. Po tym jak skończyli ceremonie obmywania, skierowaliśmy się we właściwą stronę naszej pielgrzymki czyli do Złotej Świątyni. Kupiliśmy miseczkę z ofiarną kaszką i udaliśmy się do środka. Świątynia nie bez powodu nazywana jest Złotą, na jej zbudowanie przeznaczona 750 kg tego surowca. Wrażenie jest nieziemskie szczególnie w nocy kiedy pięknie oświetlona rzuca refleks na otaczająca ją wodę. Miejsce to powstało w XVI wieku i było fundamentem świeżo założonej religii Sikhow. Jej założycielem był guru Nanak, ostatni z dziesiecią wielkich guru, który niejako zamknął proces powstawania tej religii. Świętą relikwią jest święta ksiega Guru Granth Sahib, która w ciągu dnia recytowana jest przez najważniejszych kapłanów, a po zachodzie słońca przenoszona jest do specjalnego miejsca zwanego Akal Takhat. Religia Sikhów to wyciągniecie w założeniu ich założycieli najlepszych rzeczy z hinduizmu i islamu. Jej powstanie było sprzeciwem na system kastowy, oraz dominacje Bhraminów. Sikhowie wieżą w jednego Boga i odrzucają hinduską wielość jego manifestacji. I można to poczuć obcując z Sikhami, są o wiele bardziej tolerancyjni niż przeciętni hindusi. Osobiście postrzegam ich jako najbardziej przyjaznych mieszkańców Indii. Najłatwiej Sikha poznać po zgrabnie uwiązanym turbanie. Sikh znaczy tyle co Lew. Jest to bardzo waleczny naród. Jedną z pięciu K jest mały mieczyk symbolizujący męstwo. Jest to także naród, który cieszy sie dużą popularnością jeśli chodzi o bycie wyśmiewanym w indyjskich kawałach. Kawały o Sikhach są tak popularne w Indiach jak u nas o blondynkach.

..podczas ceremoni obmywania posadzek wokół Złotej Świątyni..

W towarzystwie przemiłych pań: Ani i Jadzi

Chandigarh – Miasto dziwo!. W latach pięćdziesiątych tuż po odzyskaniu przez Indie niepodległości stan Penjab (stad pochodzą Sikhowie) znalazł się w nietypowej sytuacji. Podział Indii i odłączenie się Pakistanu wraz z stolica Sikhów Lahore spowodował ze Penjab potrzebował nowej stolicy. W latach pięćdziesiątych zbudowano Chandigarh. W zamiarze miasto miało zostać stolicą Penjabu, ale przy podziale Indii w 1946 roku weszło w skład innego stanu Haryana. Istny cyrk nieprawdaż. Ostatecznie Chandigarh mimo, że należy do stanu Haryana jest również stolicą Penjabu. Do zbudowania miasta wynajęto architektów z Europy, wśród najważniejszych był polski inżynier Matthew Nowicki, tutejsze źródła podaja, że wkrótce po przybyciu architekt ów zginął w katastrofie lotniczej. Jego prace kontynuował Szwajcar La Corbusier.

Odwiedzenie miasta zaproponował mi mój Yoga Teacher Mr Czand Ram. Na pytanie gdzie mógłbym pojechać na weekend odwiedzić ciekawe i miłe miejsce bez wahania zaproponował to dziwo gdzie teraz jestem. Wrażenia z dnia raczej ubogie bo miasto nieszczególnie ciekawe. Mój przewodnik podaje trzy warte zobaczenia miejsca, dwa już odwiedziłem. Pierwsze to potężna konstrukcja rozciągająca się na przestrzeni co najmniej kilometra , labirynt zbudowany z byle czego, ciekawe indyjski performance modern art.

Indyjski Modern Art: Rock Park, Chandigarh

Fantazja, pozwolenie władz na realizowanie różnych europejskich fantasmagorii, jak na hinduskie warunki, jest najciekawsze w tym mieście. Główny architekt Szwajcar La Corbusier wymyślił, że zbuduje to miasto bardzo symetryczne. A więc miasto składa się z równych prostokątnych sektorów. Sektorów jest około 60, mój hotel jest w 22b, co prawda w mieście są nazwy ulic, ale tylko wielkie arterie komunikacyjne mają swoje nazwy reszta, to jeden wielki katalog liczb. Nawet miejscowi rikszarze nie do końca się w tym łapią. Dzisiaj dwa razy miałem nieprzyjemna sytuacje, właśnie w związku z tym. Umówiłem się z rikszarzem, że zawiezie mnie do hotelu w sektorze 22 b, rikszarz po angielsku tyci tyci, no i wiózł mnie może 20 minut i nagle okazało się, że on tak naprawdę nie wie gdzie jedzie. I po tym jak pytał się i błądził i znowu pytał i błądził i pytał i błądził, straciłem cierpliwości uciekłem bez zapłaty w środku jakiegoś ekskluzywnego osiedla. I nagle pojawiło się dwóch młodych sikhów wybawców na royal enfild-dzie. Zapakowali mnie na trzeciego na ten masywny motocykl i po dwóch minutach byłem w hotelu, który okazał się kilka ulic dalej. No właśnie to traktowanie ludzi, z jednej strony chce się rozwijać duchowo być szczodry i dobroduszny dla wszystkich istot a z drugiej te sytuacje, gdzie macham ręką i mowie hinduskie czalo czalo >co można przetłumaczyc jako „spadaj’ albo „ruszaj się” <

Karuzela napędzana siła ludzkich nóg

Niesamowite są momenty kiedy dostrzegam piękno świata i odwzorowuje je na mój własny sposób. Ma to w sobie coś z wewnętrznej medytacji, skupienie połączone z wrażliwością na otaczający świat. Moje zdjęcia pokazują jak postrzegam świat, co w danym momencie do mnie flirtuje. Robiąc zdjęcia czasami czuje, że coś tracę. Na przykład byłem kilka dni temu w Złotej Świątyni i przyglądałem się ceremonii obmywania posadzek przez tłumy sikhów i miałem do wyboru: przyłączyć się albo łapać kadry tych wyjątkowych chwil. Wybrałem drugie- fotografie, tj. bycie outsiderem, na zewnątrz biegu wydarzeń. Pewnie trochę przeszkadzałem tym ludziom, wchodziłem im pod nogi szukając dobrego ujęcia. Czasem pojawia się dysonans, co wybrać. Mocno flirtowała do mnie druga opcja, aby wejść w tłum i stać się na moment jednym z nich. Stanąć w wodzie podawać wiadra, a to się nazywa byciem w środku, byciem w duchu miejsca. Mam świadomość, że aparat kradnie chwile które nie są możliwe w jego obecności, ale daję inna przestrzeń często przyciąga ludzi, pozwala złapać inną perspektywę, zobaczyć więcej.

Sprzedawca gazet ( New Delhi)

2006 Indie no . Komentarzy

Wczoraj delikatnie spóźniony do pracy, (około dwóch godzin) wróciłem do Delhi. Piękny długi weekend miałem. Jak już pisałem w swoich planach miałem Jaipur, Bhaktapur i Agre.
Troszkę się rozruszałem, złapałem dużo słońca, poznałem nowych ludzi i zrobiłem kilka dobrych zdjęć. Ale może od początku. Mój mini wyjazd zacząłem w piątek, około 11 wieczorem miałem pociąg do Jaipuru. W Jaipurze byłem nad ranem i mimo że byłem tutaj trzy lata temu , spotkało mnie wiele miłych niespodzianek. Po rozlokowaniu bagażu ruszyłem na miasto i po kilku zaledwie chwilach szwendania się po wąskich zaułkach starego miasta, spojrzałem w górę i co się okazało właśnie trafiłem na kite festival, czyli festiwal latawców. Całe niebo zasypane było latawcami, młodzi, starzy wszyscy sterczeli na dachach swoich domów i prześcigali się kto wyśle wyżej swój latawiec. Tysiące małych papierowych latawców, niesamowite są te różne świeta hindusów, zawsze z takim zaangażowaniem do tego podchodzą, z taką radością. Ta ich wrodzona solidarność, hindusi kochają być razem w wielkim tłumie, robić wspólnie rzeczy w dużym grupach. I tak sobie chodziłem po mieście rozanielony tym widokiem kiedy nagle zatrzymało się dwóch hindusów na motorze i spytało czy mnie gdzieś podwieźć – no oczywiście, of course – odpowiedziałem i po momencie sunąłem na trzeciego na ich hero 125. Sytuacja w ciągu dnia powtórzyła się jeszcze dwa razy. Dużo w tym mieście dobrych bezinteresownych ludzi, aż można się zarazić. Przyjeżdżając do Jaipuru chciałem wrócić szczególnie do Krishna Temple i to było tez pierwsze miejsce jakie odwiedziłem. I po raz kolejny trafiłem na ten sam moment co trzy lata temu akurat kończyła się Puja, czyli nabożeństwo hindusów. Świątynia była cała wypełniona ludźmi. Na środku zebrało się kilka kobiet intonujących pieśń na cześć krishny, ale co to była za melodia!!!! Kompletnie rozanielony już drugi raz podczas tego dnia przysiadłem sobie wśród pielgrzymów chłonąc atmosferę. Jest taki zwyczaj w hinduskich świątyniach, że podczas pujy kapłan błogosławi jedzenie, które potem jest rozdawane biednym. No i mnie przypadł kawałek słodkiej kaszki, pan z wielkim, ale łagodnym uśmiechem wręczył mi kupkę poczym resztę rozdał biednym. Z lepszych wydarzeń tego dnia to w końcu moje otwarcie fotograficzne na ludzi. Zdaje się, że latawce mnie otworzyły i popłynąłem, kilka przyjemnych rzeczy z tego wyszło. Z materialnych przedmiotów jest pewna rzecz z Radzastanu, którą bardzo chciałbym mieć. To kolczyki tak zwane kurki, wygląd mają mniej więcej jak małe kwiatki z sześcioma płatkami, w każdym mały czarny kamyczek, powierzchnia zeszlifowana. Widziałem je na kilku uszach radzastanskich mężczyzn jednak w sklepach z biżuterią nic podobnego nie mieli. Z tego chodzenia i szukania za kurkami znalazłem inną rzecz, bransoletę węża, po długich negocjacjach dopiąłem targu.

Jaipur, kite festival


“Takie sobie dziecko” a jednak uwielbiam to zdjęcie… Zrobiłem, w zasadzie to nie ja je zrobiłem tylko koleś którego poprosiłem, aby zrobił mi zdjęcie jak pije mleko. Facet chciał koniecznie uwiecznić swojego dziecko a dziecko niekoniecznie miało na to ochotę. I to z tego wyszło. Miał koleś oko.

Następnego dnia wcześnie rano tuż po zachodzie słońca spakowałem bagaż i ruszyłem do Bhaktapur gdzie podobno znajduje się największy rezerwat ptaków wędrownych w Indiach. Na miejscu pożyczyłem rower i ruszyłem drogą asfaltowa nad wielkie jeziora polując aparatem na różne żurawie i ptaki których nazw kompletnie nie znam. Miły mało angażujący dzień.

Zdaje się ze myślami już jestem w Agrze i skończę opis rezerwatu na tej krótkiej notce. Agra to miejsce które też już widziałem wcześniej, ale coś mnie ciągnęło żeby jeszcze raz zobaczyć słynny Taj Mahal. Ledwo co się rozlokowałem w hotelu i zamknąłem pokój, aby wyjść na miasto coś zjeść w tym samym momencie zrobiła to również pewna Włoszka, dodam piękna Włoszka. Przywitałem się tylko i poszedłem na dół zarejestrować się. Podczas rejestracji skrupulatnie sprawdziłem stan mojej przyszłej przyjaciółki. Była sama: tak stało w księdze gości, cały proces rejestracji przeciągnął się do 10 minut a ona przecież już dawno wyszła z hotelu. Już myślałem, że się spóźniłem w przełamywaniu pierwszych lodów, ale miałem szczęście i po chwili spotkałem ją ponownie całkiem przypadkiem na mieście. Poszliśmy na śniadanie gdzie jak się okazało była już umówiona z dwoma Angolami. Virginia, Creg i Jackie. Świetny dzień razem spędziliśmy, Najpierw odwiedzając czerwony fort, potem szukając łodzi która mogłaby nas przewieść po jamunie, jeżdżąc towarową rikszą po ulicach Agry rozmawiając, flirtując. To był porządny zastrzyk energetyczny. Przyjąłem rolę przewodnika i protektora. Znowu w moim życiu czas na flirt. Piękna włoska joginka. Niestety to były tylko dwa dni ona pojechała w swoją a ja w swoją drogę, ale może jeśli okoliczności pozwolą spotkamy się w marcu w Myanmarze, bo plan drogi mamy mniej więcej podobny ale dość rozbieżny jeśli chodzi o daty. Dużo zbiegów jest potrzebnych, ale może, dlaczego nie. No ale były dwie pyszne kolacje z widokiem na Taj, nocne spacery po zaułkach Agry, wspólna sesja zdjęciowa, dużo śmiechu, nocne rozmowy, patrzenie w gwiazdy i trochę niespełnienia…

I jeszcze raz Virginia

Bhramin stojacy tuz za murem Taj Mahal

Impresje Agra Fort

Wschód słonca w okolicy Taj Mahal

2006 Indie no . Komentarzy


Delegacja miasta Łódź

Oficjalne złożenie kwiatów w miejscu kremacji Mahatmy Gandhiego ( Samadhi Mahatmy Gandhi, Raj Ghat)

Seven Social Sins

Pewnego wieczoru, kilka dni temu, próbowałem znaleźć jedno miejsce w New Delhi i spytałem się o drogę i jak się okazało akurat facet szedł w moją stronę. Po chwili rozmowy o niczym zostałem zapytany czy jestem bi-, hm nie skumałem na początku bo o jaką pszczołę może mu chodzić (ang.bee ta sama wymowa), więc mi wyjaśnił, że jeśli lubię chłopców to on chętnie „suck my dick”. A tutaj ciemna ulica, trochę samochodów, ludzi nie wielu do dokoła. (Jak się okazuję w Indiach co szósta osoba deklaruje biseksualizm)

Zdjęcia robione podczas objazdu rikszą Chandni Chowk, Old Delhi

2006 Indie no . Komentarzy

Jak pisałem wiele się zmienia, wiele rzeczy odchodzi, np. mój bagaż, który do dzisiaj nie dojechał i prawdopodobne już nie dojedzie. Turkish Airlines gorąco odradzam!. Wiele rzeczy cennych dla mnie odeszło. Nawet mój ambitny plan bycia super eleganckim i dobrze ubranym młodym człowiekiem diabli wzięli. Pozostają mi teraz indyskie targowisko i czujne oko konsumenta. Na targowiskach nie jest tak źle, ale już wiem ze pewnych rzeczy na pewno nie dostane. Mój piękny Budda wraz medytacjami Dalajlamy poszedł sobie swoja drogą.

2006 Indie no . Komentarzy

Jest 2 styczeń. Siedzę na lotnisku w Istambule, czekam na lot do Delhi. Przyszedł Nowy Rok, kilka nowych postanowień, nowych planów a może ich brak. Wielka niewiadoma, pewne oczekiwania, ale mimo wszystko chęć sprawdzenia siebie w kompletnie innej roli. Pierwszy bodaj raz wyjeżdżam na tak długo samemu. (Jest tu taka specyficzna grupa ludzi na lotnisku pewnie jacyś religijni wybierający na pielgrzymkę. Ubrani tylko w białe płótna jak rzymianie a może grecy, z odsłoniętym torsem. Bardzo higienicznie i czysto). Jak powtarzam znajomym nie robię planów, są rzeczy, które chciałbym zrobić, na pewno jest to dojść z samym sobą do porządku, wypić piwo, które sam sobie nawarzyłem. Wciąż to wewnętrzne pragnienie uwolnienia się , oczyszczenia się z obsesji i powrót do siebie, spokojnego w swojej jaskini. Zdaje się, że ten wyjazd będzie doskonałą lekcja dojrzewania, a może okaże się ze nie chodzi o niewiadomo jaki rozwój a po prostu o bycie właściwym i akceptującym siebie jakim się jest. Wciąż chodzi za mną etiuda Ewy Rufo, którą miałem okazje zobaczyć dwa lata temu. Ewa chodzi bardzo pewnym krokiem i wykrzykuje „jestem jaka jestem”.