tryptyk komunikacyjny dla zochy

Ziemia w Bukittingi trzęsie się wyjątkowo często

Lubung Jambi

Z radością informuję, że byłem pierwszym turystą, który odwiedził Lubung Jambi w prowincji Riau na Sumatrze. W Bukittinggi, miejscowości, która bywa celem nielicznych turystów, spotkałem dwóch nauczycieli angielskiego, którzy zaprosili mnie do swojej wioski. Mister John and Mister Hindra mają marzenie, że któregoś dnia Lubung Jambi stanie się miejscem, które będzie odwiedzane przez turystów. Na wyjazd zdecydowałem się bo chciałem zjechać z trasy turystycznej i zobaczyć dziką Sumatrę. Nie oczekiwałem wiele od tego wyjazdu i szczerze pisząc miło mnie zaskoczyły nadchodzące dni. Zdaje się nigdy nie cieszyłem się tak wielka adoracją, na dwa dni stałem się gwiazdą Lubung Jambi. Byłem ekspertem oceniającym atrakcje regionu i opiniodawcą co do przyszłego rozwoju turystyki. Nigdy nie byłem też tak fotografowany i nigdy nie rozdałem tyle autografów. Ponad to każdego wieczoru dawałem wywiad w lokalnym radiu, zdając relację z dnia, chwaląc okolicę i przedstawiając propozycje potencjalnego rozwoju turystyki w regionie. Co mnie jednak najbardziej zaskoczyło to krokodyle i wielkie jaszczury komodo, które widzieliśmy podczas wyprawy na rzece. Wodospad który był celem tej przeprawy, a do którego wcale nie chciałem jechać (bo następny wodospad..) okazał się ponad 20 metrową kaskadą wody i całkiem przyjemnym miejscem, aby odpocząć po kilku godzinnym treku po jungli. Ponad to pierwszego wieczoru zorganizowano specjalnie z okazji mojego przyjazdu pokaz tańca, który był żywiołowym wiejskim widowiskiem, który chwycił me serce. Następnego dnia o 7 rano zostałem zaciągnięty do lokalnej szkoły islamskiej na poniedziałkową ceremonie szkolną po naszemu apel. Po wspomnianym apelu zostałem zaproszony przez lokalnych nauczycieli, aby dać speech motywujący do nauki angielskiego. Zdaje się że mało kto co rozumiał, a jedynym zadanym pytaniem było czy może mister mówić wolniej. Podczas tych kilku dni dałem w sumie ponad trzy godziny różnych wystąpień publicznych. Nie jestem wielkim mówcą, ale szczególnie wystąpienia w radiu sprawiły mi wielką przyjemność i ubaw po pachy, może dlatego że mało kto tam rozumiał po angielsku, ale wszyscy mieli poczucie ważności chwili, kiedy ich wioskę po raz pierwszy odwiedza obcy.

Hermes Trismegistos w Jakarcie

Indonezja

Znajomy usłyszawszy że jadę do Indonezji chwycił się za głowę i powiedział “stary tylko nie daj się zabić”. Indonezja ma bardzo złą opinię jeśli chodzi o turystykę. Zamachy bombowe na Bali, trzęsienia ziemi, tsunami, katastrofy samolotów, zamieszki na ulicach Dżakarty, takie są najczęściej podawane wiadomości z tego regionu świata. Indonezja jest krajem muzułmańskim w którym wciąż w niektórych częściach obowiązuje surowe prawo islamu szariat co dodatkowo zniechęca turystów przed przyjazdem. W Indonezji spędziłem w sumie miesiąc, wyjeżdżając czułem wielki niedosyt i żal że nie udało mi się pojechać w kilka miejsc, szczególnie na mantawai, wysp gdzie można znaleźć ludzi do dziś żyjących w dżungli w pierwotnym stylu. W ciągu tego miesiąca udało mi się za to zobaczyć niesamowitą naturę (wejść na kilka wulkanów, zobaczyć żyjące na wolności orangutany, krokodyle), obcować z niezwykłą kulturą (świątynia Borobudur, pokazy tańca), poznać niezwykłych ludzi i skosztować regionalnej kuchni. Indonezja jest krajem bardzo tanim i i relatywnie bezpiecznym i łatwym do podróżowania. Jedyną rzeczą, która na prawdę mnie wnerwiała były autobusy. Są one podobne do tych w innych częściach Azji, może jeżdżą wolniej bo drogi są wyjątkowo dziadowskie, ale kulturą albo brakiem kultury jest palenie papierosów. Nie powiem sam palę, szczególnie w Indonezji, gdzie jest to nałóg numer jeden i gdzie mają najsmaczniejsze papierosy na świecie. Kretek się nazywają i są to papierosy do których dodaję się goździków co nadaję im wyjątkowy, słodkawy smak. Jednak palenie w zatłoczonych autobusach, nawet tych z klimatyzacją dla vip-ów, to dla mnie trochę za dużo.

Na mojej drodze odwiedziłem trzy wielkie wyspy Bali, Jawe i Sumatrę. Indonezja ma jeszcze kilka innych Kalimantan, Sulawesi, Papue, Timor, które są bardziej niedostępne i trudniejsze do podróży a które zostawiam na następny raz. Indonezje zamieszkuje około 250 milionów ludzi. Jak wspomniałem Indonezja jest krajem muzułmańskim, za wyjątkiem pewnych regionów gdzie dominują inne religie, np Bali jest w 90% hinduskie, okolice jeziora Toba protestanckie. Pewnego dnia jadąc autobusem na Sumatrze zacząłem rozmawiać z jednym muzułmaninem który przedstawił mnie swojej siostrze z zamiarem swatania. Jak się okazało jego siostra była protestantką, a brat podobno katolikiem i wszyscy żyją ze sobą w pokoju i tolerancji. Jego siostra jednak wysiadła wcześniej a on jechał dalej i wielka szkoda bo zamiast siostry sam chciał się ze mną swatać, co było dość żenującym doświadczeniem. Jednak faktem jest że poza pewnymi grupami ekstremistów Indonezja żyję w pokoju i tolerancji religijnej.

Indonezja jest to kraj pełen atrakcji turystycznych, a ludzie są jednymi z bardziej przyjaznych w Azji południowo-wschodniej. Najbardziej turystyczną i najłatwiejszą do podróży częścią Indonezji jest Bali. Bali słynie z licznych kurortów, plaż, dobrych miejsc do serfingu, czynnych wulkanów oraz miejscowości kulturalnych w których można oglądać pokazy regionalnych tańców i kupić dzieła miejscowych rzemieślników. Przed przyjazdem najbardziej obawiałem się właśnie tej małej wyspy, myślałem że będzie bardzo turystycznie co często psuje atmosferę miejsca. Ku mojemu zaskoczeniu ludzie są wciąż bardzo przyjaźni i otwarci na obcokrajowców. Przemysł turystyczny jest bardzo rozwinięty i zmienił niewątpliwie oblicze wyspy jednak większość mieszkańców wciąż żyję bardzo tradycyjnie.

Moim ulubionym miejscem, jeśli chodzi o kulturę jest niewątpliwie Borobudur na Jawie. Jest to dla mnie jedna z najciekawszych świątyń w Azji, zdaje się że numer 2 zaraz po Bayon w Angor Wat. O tym miejscu czytałem kilka lat temu w Pentagramie , jeszcze będąc Różokrzyżowcem. Jest to miejsce święte dla buddystów skonstruowane na planie wielkiej mandali, gdzie pokazany jest proces rozwoju duchowego. Wchodząc do świątyni zaczyna się od poziomu ukazanego w rzeźbach jako samsarę przechodzi się powoli przez najniższe poziomy życia ludzkiego, pnąc się na wyższe, ostatecznie kończąc na poziomie na którym zasiadają Buddowie.

W Indonezji, jak w innych krajach Azji południowo-wschodniej walki kogutów są popularną formą rozrywki. Walki odbywają się każdego dnia w południe w większości miast Indonezji. Gromadzą setki wielbicieli tej dziwnej formy hazardu. Indonezyjska odmiana walk kogutów jest bardziej brutalna od tej którą miałem okazję oglądać w Kambodży. W Kambodży do łapy koguta przyczepiany był pazur, tutaj mały nożyk ostry jak brzytwa. W Kambodży koguty były trenowane a cena tych najlepszych dochodziła do setek dolarów. Walki kogutów w Indonezji przypominają wyrafinowaną rzeż. Większość kogutów nawet te które wygrały walkę, ale są draśnięte przez ostrze, jest zabijana zaraz po walce. Sama walka trwa niedużej niż minutę, jeśli przez ten czas jest nierozstrzygnięta na oba koguty nakładany jest kosz. Koguty dostają furii, po kilka sekundach na ziemi widać strużkę krwi i wszystko jest już jasne.

Wioska rybacka (Lovina)

Pogrzeb dziewczynek, które zginęły podczas kąpieli w jeziorze (Gunung Batur)

Pewne wiejskie przedstawienie

Portret Dziada

Balijczycy zaskakują mnie swoją religijnością. Na Bali dominuję hinduizm w wydaniu regionalnym. Nie widać świątyń z bogami Indii, nigdzie widziałem też murti puja czym w Indiach jest kult posągów- bożków. Tutaj najbardziej powszechnym jest składanie ofiar w postaci koszyczków, wypełnionych kwiatami, kadzidłem, ryżem. Ofiary te składane są na przed domem, sklepem, na ulicach lub na ołtarzach świątyń. Każdego ranka na progu mojego pokoju znajduje jeden z sączącym się zapachem kadzidła. Zabawnie to czasem wygląda jak motocykle mijają wysepki koszyczków ofiarnych rozstawionych na skrzyżowaniu ulic.

Miejsca, które dotychczas odwiedziłem nastawione są wyłącznie na turystę. Gdzie nie pójdę znajduję setki sklepików z pamiątkami, regionalną sztuką. Co kilka metrów, ktoś zaprasza do swojego sklepu, oferuje tani transport lub nawet swój motocykl do wypożyczenia. Kobiety podają rękę i nie chcą puścić w nadziei, że uda się złapać turystę na masaż. Czasem bywa to irytujące, ale taka specyfika miejsca.

W pierwszy dzień, zaraz po przylocie, wypożyczyłem motor i ruszyłem na wioski, aby odświeżyć sobie pamięć jak to jest być w Azji. Przejechałem kilkaset metrów i dojechałem do skrzyżowania ze światłami, zapaliło się czerwone a ja bardzo powoli hamując zatrzymałem się tuż za linią skrzyżowania. Balijczycy trochę mnie zaskoczyli, że tak pokornie przestrzegają reguł (bo na ulicy jeden wielki chaos) po chwili jednak zrozumiałem dlaczego. Tuż za rogiem ustawiona była budka a w niej policja. Ja bez prawa jazdy, bez dowodu rejestracyjnego, przełknąłem tylko ślinę czekając na nadchodzącą rzeż. Policjant na szczęście jedyne co po angielsku, to “justice in Denpaser”, potem skapowałem co miał myśli, chciał mnie do sądu do stolicy Bali zaciągnąć. A co na prawdę miał na myśli to że będzie jakiś prezent, czyli łapówa. No i siedzieliśmy w tej budce, ja mu pokazywałem polskie prawo jazdy (gdzie stoi że motocykl nie), rysowałem mapę że przecież zatrzymałem się prawie na światłach i w końcu się chyba oboje zmęczyliśmy bo puścił mnie wolno.