Od ponad miesiąca próbuję wyselekcjonować jakiś sensowny materiał z tego roku. Nowa strona w przygotowaniu. Ciągły brak czas i trudności w spotkaniu się z ludźmi którzy mogą pomóc spowalnia czas pracy. Przeglądałem dzisiaj archiwa indyjskie, znalazło się tam kilka, na które wcześniej nie zwróciłem uwagi. Jedno z nich naprawdę mi się podoba..

Varanasi 2003

Mayapur jest to mała wioska położona 100 km na północ od Kalkuty, w której znajduje się światowe centrum ISCON (International Society For Krishna Consciousness) inaczej mówiąc Hari Krisznowców. W Europie można ich spotkać na ulicach mantrujących Hari Krishna w dziwnych jak na europejskie warunki hinduskich ciuchach. Muszę się przyznać, że mnie zaskoczyli. W Mayapur znajduje się największa świątynia i najbardziej liczna komuna na świecie. Stałych rezydentów jest około 1000 w tym kilkaset z zachodu. Słudzy Krishny noszą w zależności jeśli zdecydowali się na celibat pomarańczowe doti (spodnie wiązane w specjalny sposób) oraz chustę przepasaną wokół ciała, jeśli na życie rodzinne białe. Znakiem rozpoznawczym jest także pozostawiony kosmyk włosów na czubku ogolonej głowy. Krisznowcy noszą paciorki z drzewa Tulsi, które jest manifestacja przyjaciólki Krishny właśnie o tym imieniu. Sobie też kupiłem dla protekcji i sentymentu.

Czasem wydaje mi się, że ktoś lub coś nade mną czuwa w tej podróży. Kiedy siedziałem podczas porannej ceremonii obserwując arti, puja (poranna ceremonia poświęcona chwale Krishny) podszedł do mnie młody chłopak, kiedy się spytałem czy są tu jacyś Polacy po chwili znalazłem tego, którego szukałem. Mahashringa (imię dawane podczas inicjacji) Marek Marczuk i lepiej trafić nie mogłem. Mahashringa mieszka w Mayapur od 10 lat, jest wyznawcą od ponad 20. Mieszka z żoną w pięknym domu z ogrodem położonym na terenie świątyni. Życie bez odpowiedzialności, (jak powiedziała kiedyś z wyrazem krytyki jedna z osób w Polskiej Ambasadzie) życie skoncentrowane na mantrze, na uwielbieniu Krishny, na wewnętrznym rozwoju. Nie pracują, ciężko mi powiedzieć skąd mają pieniądze jak sami mówią Krishna zawsze coś zorganizuje. Dużą część dnia poświęcają na gotowanie (doskonałe posiłki wegetariańskie), na dbałość o czystość ciała. Córka Mahashringi urodziła się w Hare Krishna, od urodzenia wegetarianka, nigdy nie chodziła do szkoły, wychowywana w pełnej wolności komuny. Radha, tak ma na imię, zna kilka języków, medycynę naturalną, kuchnie i rzeczy o których zachodnia edukacja nie ma zielonego pojęcia. Jak tam byłem to wciąż chodził po mnie komunistyczny kawałek Lennona „Imagine”.

Teraz za to chodzi mantra Hare Krishna w stylu blues. Największym darem jaki otrzymałem podczas mojego krótkiego pobytu w Mayapur był Bhajan czyli koncercik Hare Blues zorganizowany w domu Mahashringi. Takiego czadu dali, że aż mi uszac piszczało. Sześciu muzyków intonujących swoją nieśmiertelna mantrę przy udziale saksofonu, gitary, bębnów, dzwoneczków (na których sam próbowałem grać). Zrobiłem nagranie może kiedyś będzie okazja, aby razem posłuchać.

W końcu się przełamałem i dałem nura do Gangesu. Zdaje się, że usłyszałem wołanie delfinów(słodkowodny rzadki gatunek), których grzbiety pojawiały się na powierzchni. Woda była cudowna w swoim cieple i konsystencji. Jak juz pisałem nieraz ta rzeka nosi w sobie coś specjalnego…

Hare Krishna


Krishna rozszarpujący demona


Bahjan, Koncert Hare Krisnha Blues

Ulice Kalkuty

28 stycznia 1947 Indie odzyskały niepodległość. Po 200 letniej obecności brytyjczyków w Indiach, ruch niepodległościowy Mahatmy Gandhi zw. Satyagraha (insistent on true, polityka biernego oporu) odniosł sukces. Tego dnia ojciec narodu jak hindusi nazywają Gandiego, został w swoim Asramie medytując w smutku nad przyszłością Indii. Gandhi określił ten dzień; dniem swojej największej porażki, jego wymarzona idea „Swaraju” kraju wolnego, niepodległego, gdzie muzułmanie i hindusi żyją pod jednym dachem przestała istnieć . Polityka prowadzona przez przywódcę Ligi Muzułmańskiej Ali Jihnna doprowadziła do podziału Indii i do odłączenia się stanów o większości muzułmańskiej (czego Gandhi chciał za wszelką cenę uniknąć) i proklamowanie Republiki Islamskiej Pakistanu. Pakistan został podzielony na dwie części: część zachodnią i wschodnią oddaloną od pierwszej o prawie 2000 kilometrów. Od samego początku istnienia Pakistanu Wshodniego utworzył się silny ruch niepodlogłościowy, który doprowadził do utworzenia w 1971 roku niezależnego państwa: Bangladesz.

Obecnie Bangladesz należy do jednych z najbiedniejszych krajów świata. Największym problemem jest mała powierzchnia, przeludnienie i co za tym idzie brak pracy.W ciągu ostatnich 30 lat miliony ludzi nielegalnie przekroczyło granicę szukając pracy w Indiach, szczególnie w stanie Bengal

Bakhali to jedna z typowych wiosek w Bengalu Zachodnim, do której przybywa tysiące nielegalnych emigrantów szukających szansy na lepsze życie.

Co mnie najbardziej poruszyło w tym miejscu to piękne czyste oczy, obrazy cięzkiej pracy i spokój wiejskiego życia.

Miejscem, które wywarło na mnie największe wrażenie w Kakucie to targ kwiatów znajdujący się w pobliżu Hawrah największego mostu w mieście. Jest to największy targ kwiatów w West Bengal, na który zjeżdża się tysiące sprzedawców z całego stanu. W dzień który je odwiedziłem było ponad 40 stopni; dawno się tak nie spociłem. Miejsce jest przepięknie smutne w swoim charakterze. Targ znajduję się na zamkniętej ulicy ciągnącej się 600 metrów, na której rozstawionych jest setki sprzedawców. Gdyby zobaczyć je z góry, to ulica wypełniona byłaby kolorem szafranu (kolor kwiatów), zieleni (kolor sprzedawanego zielska) i bieli (kolor przenoszonych paczek). Te trzy kolory tworzą flagę Indii i faktycznie w miejscu tym można znaleść jedno z oblicz Indii: niesamowicie ciężko pracujących ludzi, tragarzy, którzy za marne grosze przenoszą setki kilogramów, ludzi sprzedających swoje kwiaty za śmieszne pieniądze. Ludzi biednych, akceptujących swój los, w pewien sposób wolnych w braku perspektyw na inne życie.

Varanasi należy do najbardziej świętych miejsc w Indiach. Każdy hindus marzy, aby umrzeć i zostać spalonym na świętych Ghatach wierząc, że jest to gwarancją wyzwolenia z samsary. Ghaty to schody ciągnące się wzdłuż całego wybrzeża miasta. Varanasi słynie z porannych Ablucji czyli świętych kąpieli. Hindusi wierzą, że kąpiel w Gandze zmywa grzechy, a woda jest swiętym remedium na wszystkie choroby. Lonely Planet podaje wyniki analiz, które wskazują, że zanieczyszczenie Gangesu jest tak duże, że tlen nie utrzymuje się w wodzie. Jednak nikt się tym specjalnie nie przejmuje bo przeciez Ganges to Świeta Matka, która daje i odbiera życie. Każdy pielgrzym, który przybywa do Varanasi wyjeżdza z baniakiem wody. Po przyjeżdzie do rodzinnego miasta woda jest rozdysponowana pomiedzy członków rodziny i wypijana z namaszczeniem. Ganges słynie z wielości życia jakie się w nim znajduje, oprócz miliardów bakterii i potężnego syfu przy odrobinie szczęscia można zobaczyć słodkowodne delfiny! (podczas ostatniego pobytu widziałem ich grzbiety).

Jeśli mówi się o Varanasi, najczęściej zaczyna się od zdania, że nie jest to miasto od którego należy zacząć swój pobyt w Indiach. I jest to prawda, bowiem człowiek zachodu przyzwyczajony do niemieckiej sterylności może nabrać złego obrazu Indii. Varanasi wywołuje bardzo skrajne emocje, nie jest możliwe wyjechać z Varanasi i albo marzyć o powrocie albo czuć obrzydzenie do tego miejsca; nikt nie pozostaje obojętny. Wiekszość relacji jakie czytam są negatywne; najczęstsze słowa to: its disgusting: obrzydliwe. Ja odwiedzam to miasto już po raz trzeci, dla mnie ma w sobie niesamowity magnetyzm, magię, która wciąż mnnie przyciąga. Potężna siła modlitwy, szacunek dla Gangi (Gangesu) „rzeki matki”, w której powstaje wszelkie życie . Jeśli chodzi o ten słynny syf to wszystko zależy od wewnętrznej delikatności i tolerancji, jak to mówi Kasia: jeśli nie szczypie w oczy to można przeżyć. Pierwsze co uderza po przyjeżdzie to właśnie smród, krowy na ulicach, śmieci i gówno. Styl życia jest bardzo podobny do stylu w jakim żyją pozostali mieszkańcy Indii, wszystko jest jednak bardziej skondensowane poprzez wąską zabudowę starego miasta. Po jakimś czasie zauważyć można, że cały ten balagan (w hindi balagan zn.bałagan) jest dość relatywnym zjawiskiem, bowiem każdego dnia ulice są sprzątane, śmieci palone, krowy znikają na noc w domach swoich właścicieli, a gówno suszone i wykorzystywane na opał. Podobnie jest z mniemaniem, że ludzie w Indiach są brudni jak ulice na których żyją. Prosta sprzątaczka zawsze jest w czystym sarii i często czystsza niż nie jeden obrzydzony turysta.

Kalkuta była stolica imperium brytyjskiego, obecnie stolica stanu West Bengal jest jednym z najbardziej zaludnionych miast w Indiach; około 15 mln mieszkańców. Miasto odwiedzam po raz drugi jednak tym razem mam całkiem inne odczucia niż trzy lata temu. Mieszkam u Bengalczyków, rozmawiam i przebywam w ich towarzystwie co pozwala poznać bliżej mentalność i ducha miasta. Faktem jest, że jak zwykle trafiam na nieprzeciętnych hindusów, są to poeci rewolucjoniści, yogini z którymi można się napić, ludzie odszczepieni od standardów indyjskich (przez odszczepionych rozumiem niereligijnych bo religijność jest esencją kultury indyjskiej , nie mających swojego „murtu” posążka, nie mających swojego Boga).

Pierwsze co mnie uderzyło w Kalkucie to palmy, morska bryza, tysiące żółtych taksówek. Kalkuta płynie w innym wymiarze czasu, rzeczy spotkania nic nie jest pewne, wszystko jest być może. Na początku mnie to wnerwiało, że nie można nic zaplanować, ale można się przyzwyczaić i robić po prostu swoje nie przejmując się wymiarem czasu bengalczyka ( biznesów to raczej z nimi robić nie będę) Pierwotnie w moim planie w Kalkucie miałem zostać dwa dni a przeciągnęło się do dwóch tygodni. Zostałem ze względu na ślub znajomego z Francji; Dominika, który odbył się wczoraj. Już jutro oczekiwany wylot do Myanmaru (Birma).

W ciągu ostatnich dwóch tygodniach zrobiłem dwa krótkie wypady z Kalkuty, pierwszy do małej rybackiej wioski Bakhali położonej w delcie Gangesu, drugi do centrum ruchu Hare Krishna w Mayapur. Oba miejsca nie należą do miejsc odwiedzanych przez turystów z zachodu. Lonely Planet wymienia tylko nazwy tych miejsc nie dając rozległego komentarza i chwała Bogu (Lonely Planet to przewodnik manipulant który kształtuje turystyke na świecie!, wszyscy podróżują z Lonely, wszyscy odwiedzają miejsca rekomendowane przez Lonely, bezwątpienia jest to również najlepszy przewodnik dostępny na rynku). Dzięki temu, że nie ma żadnych obszernych informacji oba miejsca zachowały swój naturalny ambience. Miejsca te należą do najbardziej ciekawych jakie udało mi się odwiedzić w ciągu 8 miesięcy obecności w Indiach. Brak turystów z zachodu (używam tego zachodu bowiem są to miejsca popularne dla turystów indyjskich) sprawia, że tubylcy nie maja zepsutego podejścia są otwarci, przyjaźni i szczerze ciekawi i nie oszukają a nawet jeśli to nie tak bardzo.


Pradeep bengalski poeta, u którego miałem okazje mieszkać przez kilka dni (jego wiersze są licznie publikowane we Francji)

W ostatnim tygodniu wraz z Kasią i Mariuszem odwiedziliśmy dwa święte miejsca: Amritsar stolica Sikhów i McLeodGanj stolica Tybetańczyków na uchodżctwie. Z tego co udało mi się wcześniej zobaczyć w Indiach a widziałem już całkiem dużo to właśnie te dwa miejsca należą do najprzyjemniejszych dla turysty jeśli chodzi o szczerą otwartość ludzi.

W Amritsarze byłem dwa miesiące temu, więc nie będę się rozpisywał. Opis miasta można znaleść w moim fotoblogu z lutego. Co mnie jednak po raz kolejny zaskoczyło w Amritsarze to wielka otwartość Sikhów i tolerancja dla obcych. Przykładem jest Dom Pielgrzyma znajdujący się tuż przy kompleksie Złotej Świątyni, jako naszą akomodację wybraliśmy własnie tą opcję. Dostaliśmy osobny pokój i wszystko oczywiście za darmo tzn co łaska. Nowością dla mnie były też publiczne jadłodalnie, które otwarte są przez 24 godziny na dobę. Podczas kolacji w jednym czasie obsługiwanych jest więcej niż 500 osób. Potężna masa ludzi obsługiwana przez „kelnerów” serwujących zupe z soczewicy i ryż prosto z wiadra.


młody wojownik

Pamiętając ostatni pobyt i wrażenie jakie na mnie wywarła Ceremonia obmywanie świątyni postanowiłem przeżyć to jeszcze raz. Owa ceremonia odbywa się o 3 w południe i o 3 w nocy w czasie otwarcia świątyni. Wybraliśmy noc. Oczywiście nic dwa razy się nie zdarza i zamiast uczestniczyć w obmywania, stanęliśmy wraz z tłumem przed Złotą Świątynią w oczekiwaniu otwarcia Złotej Bramy. Wszystko wyglądało bardzo tajemniczo i nabożnie. 3 w nocy lub jak Sikhowie wolą 3 nad ranem i tysiące pielgrzymów czekających ze swoją porcją ofiarnej kaszki. Sikowie to bardzo zabawny i poczciwy naród, przy czym z mojego punktu widzenia słowo poczciwy obrazuje ich najlepiej. Podczas kilku spacerów jakie odbyliśmy w okolicach Złotej Swiątyni czasem ciężko było przejść 20 metrów, aby nie zostać zaczepionymi i trochę nie pożartować. Zabawny ludzie, słowo daję. .


-“zrób poważną minę”


-“a teraz śmieszną”


Złota świątynia tuż przez otwarciem; pomost wypełniony ludzmi

McLeodGanj swoim charakterem przypomina Rishikesh. Oba miejsca stanowią cel pielgrzymek tysięcy turystów z zachodu. Rishikesh to centrum yogi, gdzie spragniony wędrowca znajdzie wszelakich komercyjnych Guru i specjalistów Yogi. McLlo to stolica Tybetańczyków na uchodżctwie, miejsce w którym oprócz kilku aśramówi znajdują się świątynie buddyjskie i miejsca gdzie można dowiedzieć się naprawdę dużo o Buddyżmie zarówno ze strony teoretycznej jak i praktycznej. Jjest to miejsce mniej komercyjne i bardziej prawdziwe jeśli chodzi o wymiar duchowy.

Nasz pobyt był bardzo specyficzny. W mieście wylądowaliśmy o 2 w nocy lub jak wolą Sikhowie o 2 nad ranem. Wszystkie hotele były zamknięte lub nie było miejsc. W końcu zaczepił nas jakiś koleś i zabrał nas do wioski położonej w pobliżu McLeod. Piękna chałupa położona na zboczu góry (2000m npm) z pięknym widokiem; nienajgorzej tylko strasznie zimno.


Zimno.

Przez pierwsze godziny pobytu w McLeod w ogóle nie byliśmy zainteresowani sprawami duchowymi, za to rzeczy materialne znajdujące się w sklepach mocno wstrząsnęły naszymi portfelami; bardzo stylish tybetańskie ciuszki. Następny dzień wiele się nie róznił od poprzedniego. Znowu zakupy, napitki w miłych kawiarniach, tybetańska kuchnia i miłe widoki jednak punktem kulminacyjnym dnia była wyklad Dalajlamy. Niestety mówił szybko i w niezrozumiałym języku (bardzo trudne do zrozumienia symultaniczne tłumaczenie nadawane przez radio), ale mimo to dobrze było chociaż przez moment pobyć w obecności Mistrza. Oczywiście robionie zdjęć zakazane, w ogóle coś nie ma weny ostatnio, zamieszczam tylko widok na Lhase (stolica Tybetu).

Od kilku dni wraz ze znajomymi z Polski przebywam w Delhi. Czas mija sielsko i anielsko. W końcu mam czas na zwiedzanie. Od trzech dni objeżdżamy Delhi odwiedzając wszystkie sztandarowe miejsca. Powoli zaczynam się przyzwyczajać do towarzystwa ale zaczynam też rozumieć dlaczego prawdziwi podróżnicy podróżują samemu. W gromadzie jest przyjemnie, ale koncentracja skierowana jest na rozmowę i wzajemne towarzystwo. Inaczej odbiera się świat, zawęrzają się granicę percepcji, ale są inne korzyści.

Dzisiaj wyjeżdzamy z Delhi. Wieczorem jedziemy do Amritsaru potem Dharamsala (stolica Tybetańczyków na uchodżctwie) następnie Radżastan, Agra i Varanasi


Świątynia Lotusu


Kasia

Wczoraj mieliśmy lekcję Yogi. Dla mnie ostatnia lekcja z Chand Ramem przed wyjazdem z Indii. Dużą część swoich rzeczy zostawiłem u niego w domu w nadziei, że kiedyś wrócę. “I love India”, takie napisy można spotkać na indyjskich samochodach i w sercach wielu ludzi. Wczoraj też jedliśmy ostatnią kolację i obaliliśmy ostatnią buteleczkę rumu. Trochę smutno wyjeżdżać, ale wiem, że wrócę może za rok a może wcześniej


Ukochany peacock czyli pozycja pawia

Ostatni dzień mojego pobytu w Bimtal zacząłem od wyrzygania się. Kundzial czyli rzyganie w stylu Yogi. A o to krótki przepis: Zagotuj litr wody następnie ochłodź do temperatury zdatnej do picia, siądź w kucki, wypij jak najszybciej, wstań, włóż dwa palce do buzi i wyrzygaj z siebie wszystko. Kundzial leczy wszelkie zatrucia żołądkowe, problemy z trawieniem oraz oczyszcza umysł z brudnych myśli. Kundzial robi się na czczo, najlepiej o wschodzi słońca. Polecam.

Żal wyjeżdżać. Zadomowiłem się tutaj. W ciągu dwóch tygodni bardzo wiele się wydarzyło. Bardzo mało podróżowałem za wyjątkiem marszów po okolicznych pagórkach a zobaczyłem tak wiele. To jak podróż do wewnątrz siebie. Jest takie buddyjskie przysłowie: „mistrz poznaje świat nie wychodząc z domu”. Wewnątrz nas rozciągają się niezmierzone i niezbadane przestrzenie, abyśmy tylko chcieli je poznać.

Dobry czas, aby ponownie ruszyć w drogę. Kolejna wiosna rodzi nowe owoce. Jedno drzewo a taka różnorodność. Niesamowite jak przełomowym miesiącem są dla mnie marzec i kwiecień. Już od kilku lat z rzędu właśnie w tym czasie ponownie zakochuje się w życiu.