Cytat z przewodnika Lonely Planet o Ilo :”IlO is the ugly departmental port”  dalsze info jest o tym,  że nic tam nie ma, ale mimo to Ilo należy do jednych z ulubionych miejsc plażowych Peruwiańczyków. Skutek zamieszczenia takiej informacji przez najbardziej wpływowy przewodnik na świecie jest prosty. Jeśli odwiedzisz Ilo możesz być pewien, że będziesz tam jedynym turystą z zachodu. W Ilo spędziliśmy prawie 3 dni. Oprócz szwendania się po niezbyt ciekawym mieście (to fakt) nasz czas i uwage zajęła konsumpcja lokalnych potraw Peru. Dzień zaczynaliśmy od tuny po naszemu opuncja figowa, panie sprzedają je wożąc w taczkach, zabawny widok. Drugie śniadanie to  ceviche (narodowe danie Peru, surowa ryba marynowana w soku z limonek, chili i jeszcze coś, podawana ze słodkim ziemniakiem, prażoną kukurydzą i zupą rybną). W okolicach obiadu ruszaliśmy na targ rybny, mieszczący się tuż obok portu, tam kupowaliśmy śmiesznie tanią rybę i szliśmy to knajpki, aby kolejna pani przygotowała nam kolejne boskie danie. Wieczorem na kolacje oczywiście rybka bis..

Pelikany w porcie w Ilo, widok po który warto tu przyjechać

Czytaj dalej

Wyprawa na Salar de Uyuni to jedna z najpiękniejszych wypraw off-roadowych na świecie. Aby zobaczyć ogromną pustynie soli i jej okolice najlepiej pojechać tam autem 4×4. Najpopularniejszą wycieczką z Uyuni jest wynajęcia jeepa w tym przypadku Toyoty Landcruisera na 6 osób. W zależności od opadów i tego ile chce się zobaczyć wyprawa trwa od 1 do 4 dni, my pojechaliśmy na wycieczkę 3 dniową. Niestety salar był tak zalany, że kursy na Isla de Pescado i wulkan Tunupa zostały zawieszone.  Na powierzchni pustyni utrzymywała się 15 centymetrowa warstwa wody, w której jechały auta. Zawsze miałem szacunek do Toyoty, po tej wyprawie uwierzyłem w hasło reklamowe koncernu “Moja Toyota jest fantastyczna”.

4 lata temu byłem w tym miejscu w porze suchej, dla porównania zdjęcia do obejrzenia tutaj

Kiedyś to miejsce służyło jako punkt transportowy do przerzutu pociągami w głąb kraju soli oraz innych minerałów, dzisiaj to cmentarzysko pociągów

Czytaj dalej

Droga z La Paz do Uyuni normalnie trwa ok 10h, my jechaliśmy 20h. Autobusy, które jeżdżą tą trasą to autobusy terenowe, wielkie koła, podwyższone zawieszenie. W skład teamu kierowców wchodzi 5 osób, łącznie z dwoma mechanikami. W porze suchej autobus jedzie po szutrowej drodze, w porze deszczowej droga wciąż prowadzi przez szutry, które zamieniają się w błoto, ale dodatkowo co kilka kilometrów przecina sezonowe rzeczki. Tuż nad ranem ok 5, nasz autobus stanął przed jedną z nich. Jeden z kierowców założył kalosze wszedł do wody i okazało się, że jest głęboko a nurt jest rwący, decyzja czekamy. Po kilku godzinach utworzyła się kolejka kilka autobusów i ciężarówek. Ok 11 woda trochę opadła, autobusy przejechały a my przeszliśmy przez rzeczkę w podwiniętymi nogawkami, było zabawnie..

Czytaj dalej

Boliwia wyróżnia się na tle krajów Ameryki Południowej obecnością Cholit. Cholity to bardzo ogólnie pisząc panie, które noszą tradycyjne hiszpańskie stroje, które zostały zaadoptowane do tutejszych warunków. Wyróżnikiem i najbardziej elegancką częścią ubioru są meloniki. Cholity są uczulone na zdjęcia, więc zdjęć nie wiele.

Czytaj dalej

Od kilku dni jesteśmy już w Polsce. Opalenizna blednie, dieta węglowa już nie potrzebna, w głowie wciąż obrazy drogi i wspomnienia kulinarnych uczt z ostatnich dni w Peru. Od dzisiaj przez najbliższe dni będę odświeżał stronę i wrzucał zdjęcia z Boliwii oraz Peru, a potem również zdjęcia uczestników naszego wyjazdu tj. Krzysztofa i Jarka. Z przyczyn technicznych strona nie pojawiała się przez kilka dni, osoby zawiedzione przepraszam za nieobecność.. obiecuję poprawę.

Taquile to mała wyspa leżąca na Jeziorze Titicaca słynąca z mężczyzn robiących na drutach. W naszej podróży miał być to krótki stop na zobaczenie spokojnego wiejskiego życia z dala od cywilizacja. W moich podróżach byłem w wielu miejscach na świecie jednak gościnność i otwartość Taquilijczyków okazała się wyjątkowa. Na wyspę płynie się 3 h promem z Puno, zahaczając o pływające wyspy Uros (odradzam/y). Przewodniki dosyć skąpo opisują tą wyspę. Kiedy dopłynęliśmy okazało się że Taquile to społeczność unikalna. Wszyscy mieszkańcy noszą charakterystyczne tylko dla tej wyspy stroje. Kobiety czarne spódnice, różowe sweterki i czarne duży szal pod zakończony kolorowym pomponem pod którym w każdej chwili mogą się schować. Domeną mężczyzn jest czapka zwana Chullos. W zależności od stanu cywilnego i społecznego są trzy czapki Chullos Blanca dla kawalerów i chullos colorado dla żonatych. Tradycją i dziedzictwem wyspy jest robienie na drutach. W tym fachu rządzą tutaj faceci. Z tego co zrozumiałem naszego 70 letniego gospodarza jest kilka stopni wtajemniczenia. Nauka zaczyna się bardzo wcześnie już kilkulatki robią kolorowe sznurki na nadgarstek, potem przychodzi czas na małe formy maskotki lamy, bardziej skomplikowane tasiemki, wreszcie małe czapeczki. Zwieńczeniem i znakiem mistrzostwa jest kolorowa czapka robiona na 4 szydełkach i na 8 nici wg jednego wzoru. Czas wykonania ok 3 -7 dni. Większość napotkanych mężczyzn robiła na drutach non-stop. Rozmawiali ze sobą szydełkując, szli przez wioskę po kamiennych stopniach nie tracąc koncentracji na czapeczce. Każdy z mistrzów kolorowej czapeczki ma swój numer, nasz gospodarz był 53. Po skończonej robocie czapeczkę zostawia się na rynku i z tego co zrozumiałem dostaje się za nią określoną kwotę. Różnica w cenie po jakiej czapeczka jest sprzedawana idzie do wspólnoty. Rolą kobiet jest przygotowanie włóczki. Kobiety nakręcają ją na bączka przypominającego jojo. Nasz ponad 70 letni gospodarz tryskał zdrowiem i uśmiechem. Na włosach nawet jednego siwego włosa, zdaje się że wiem gdzie leży tajemnica. Panowie do drutów !!

Na przystań łodzi odpływających na Taquile przyjechaliśmy dużo za wcześnie, było zimno i żadna chollita nie chciała nam sprzedać ciepłej herbaty z koki, ale mieliśmy widok na niezwykły wschód słońca..

Czytaj dalej

W końcu spełniło się marzenie jednego z naszych Cavallieros, na stole wylądował Cui, czyli po naszemu świnka morska. Najpierw była prezentacja mrożonej, potem żywej a potem to już na talerzu.. mniam..

dla miłośników przygód kulinarnych, w czytaj dalej kilka zdjęć z obiadu z świnką w roli głównej..

W Pisaq znajduje się godny polecania ogród botaniczny i muzeum ziemniaka. Poniżej główny ogrodnik tego miejsca.. zaprawdę magiczne miejsce szczególnie w połowie stycznia

Czytaj dalej

Do Machu Picchu dojechaliśmy luksusowym pociągiem Vistadome, podróż była przyjemna i mogliśmy podziwiać wspaniałą trasę kolejową pnącą się przez doliny wzdłuż rzeki Urubamba. Podróż trwa ok 3 godzin, jest bardzo luksusowa łącznie z obiadkiem składającym się sałatki z Quinua (rodzaj kaszy, b. polecam- do kupienia w PL) ziemniaczka i nieodłącznej InkaColi.  Podróż powrotna to już wersja ekonomiczna i autobus ze stacji kolejowej hydroelektryka. Czas przejazdu ok 10 godzin, cena 1/4 pociągu.
Machu Picchu przywitało nas deszczem i mgłami. Byliśmy jednymi z pierwszych turystów. Ok 6 30 tuż po wschodzie słońca byliśmy już na górze. Pierwsze co zobaczyliśmy to kilka ruin i góry zasnute mgłą i lekkim deszczem. Jak dla mnie magiczny widok, wśród mgieł i przewalających się chmur od czasu do czasu pojawiała się znana z każdej widokówki Wayna Pichu. Nie tracąc czasu ruszyliśmy na jej szczyt. Po godzinie stromego marszu mogliśmy podziwiać widok na kamienne miasto Inków. Ku radości Krzysztofa na szczycie Wayna Pichu ok 2500m npm rosła jakaś pierwotna forma solanum czyli ziemniaka. Ze skalnego zbocza przebijała się roślina z charakterystycznymi kwiatami ziemniaka. (osobny wpis Krzysztofa o ziemniakach w przygotowaniu – niedługo na blogu).  Po zejściu z góry całe miasto przepełniało słońce i napływający wciąż turyści.  Zrobiliśmy kilka zdjęć pocztówek i na dół w dalszą drogę.

Czytaj dalej