Wróciliśmy!!!
Siedzę w wygodnym fotelu, z głośniczków sączy się przyjemna nocna muzyka, przede mną wielki monitor, a na klawiaturze polskie znaki. Wystukuję z nich ostatnie opowieści z tamtego kontynentu. Zaniedbałam to nieco. Tysiące kilometrów przepłynęliśmy, przejechaliśmy i przelecieliśmy w tym czasie. Postaram się za szeroko nie rozpisać …PUCALPA
Od kiedy wsiedliśmy na lancię z Iquitos do Pucalpy rzeczywiście zaczęła się nasza droga powrotna, która z niewielkimi przystankami zajęła nam cztery tygodnie.
W Pucalpie zatrzymaliśmy się na jeden niezwykle kolorowy dzień. Dzień, w którym odwiedziliśmy wioseczkę rdzennych mieszkańców, zobaczyliśmy domową wytwórnię ayahuaska, poznaliśmy trzech szamanów – jednego złego i dwóch dobrych, oraz przedziwną postać Jerrego, który wierzył, że uratował mnie od największego błędu w życiu oraz w moje zdolności ponadnaturalne. Wizyta w wioseczce była przyjemna, dzieci odtańczyły dla nas tańce plemienne, zaopatrzyliśmy się w nieco pamiątek i częściowo nagimi stopami poprzez czerwone, błotniste dróżki, częściowo łódką poprzez jezioro wróciliśmy do miasta. Reszta to historia na opowieści i tematy do przemyśleń.

AUTOBUSY
W ciągu tygodnia spędziliśmy pięć nocy w autobusach (w tym trzy jedna za drugą). W ciągu dwóch tygodni przesiedzieliśmy łącznie ponad 120 godzin w autobusach peruwiańskich, chilijskich i argentyńskich. Mnie męczyła choroba lokomocyjna, zwłaszcza na serpentynach andyjskich dróg, szczęściem więc nazwać mogę obecność łazienek w busach, nawet jeśli czasem ich użycie wiązało się z niemal kaskaderskimi popisami utrzymania równowagi.
Z Pucalpy przejechaliśmy do Limy mając trzy kontrole bagażu podczas jednej nocnej jazdy, oraz dwie zbiórki datków prowadzonych przez uzbrojonych w strzelby strażników tej, wcześniej bardzo niebezpiecznej trasy. Z Limy z przesiadkami i przeprawą graniczną przejechaliśmy do Arici. Z Arici nieoczekiwanie dla nas ponownie odwiedziliśmy suche jak pieprz San Pedro de Atakama, gdzie ostatni raz rozbiliśmy nasz przyciasny domek, czyli mały niebieski namiot (który zresztą woziliśmy ze sobą od Ushuai i w którym wcześniej przespaliśmy wiele nocy). Stamtąd zaś, po kontroli narkotykowej przy użyciu pięknego złotego retrievera, drogami zupełnie już „zachodnioeuropejskiej” Argentyny przejechaliśmy do Iguazu.

IGUAZU
Tam zatrzymaliśmy się aż na dwa dni. Zwiedziliśmy obie „strony” tego przecudnego miejsca brazylijską i argentyńską. Różne od siebie te tak zwane strony, pozwalają obejrzeć to prawdziwe cudo natury z różnych perspektyw.
Brazylijska bardziej panoramiczna, nieco bardziej odległa nie podchodzi nazbyt blisko gardzieli głównego wodospadu, ale doskonale pokazuje jego panoramę, pozwala dojrzeć ściany przeciwległego brzegu porysowane długimi strumieniami pomniejszych wodospadów, znaczone plamami zieleni bujnej roślinności, przedziwnymi kształtami zastygłej magmy przez wieki rzeźbionej cierpliwymi kroplami wody. Część argentyńska to spacery po długich ścieżkach wśród tropikalnej dżungli. Każda ścieżka zaś prowadzi do jakiegoś wodospadu, jakiegoś ciekawego miejsca, platformy kilkadziesiąt metrów ponad taflą wody poniżej, tuż obok załamanego koryta i początku wodnej kaskady. To również dwukilometrowy most do gardzieli wodospadu i krople wody wybite tak daleko, że dosięgają twarzy zachwyconych gapiów. Iguazu, to przepiękne miejsce, miejsce czarowne, pełne tęcz, mgieł, wodospadów i strumyków, barwne kolorami ziemi, skał, roślin, wody i gry świateł. Byliśmy tam tylko dwa dni.

MATE
Spakowaliśmy się jak zawsze szybko, co znaczy, że Wojtek zrobił to dwa razy szybciej niż ja i pojechaliśmy do miejsca, które nazywają stolicą mate. I to był miło spędzony czas. Pozwiedzaliśmy, poznaliśmy trochę historii, trochę technologii i kilkoro przemiłych ludzi. Nie będę się tu jednak rozpisywać na ten temat, bo poświęcę, bądź Wojtek poświęci mu jeszcze jeden wpis – to jednak myślę za kilka dni, po weekendowych spotkaniach rodzinnych

BUENOS AIRES
Trzy dni przed odlotem wylądowaliśmy w tym wielkim mieście. Zanim zatargaliśmy siebie z naszymi wielkimi plecakami do mieszkania znajomych, którzy gościli nas ten czas, odwiedziliśmy jeszcze raz starą dzielnicę San Telmo, zjedliśmy pyszną Mozarellę de piedra, o której śniliśmy od momentu wyjazdu z Buenos przed pół roku, odwiedziliśmy niezwykle kolorowy i przebogaty rynek staroci, widzieliśmy tango i nawet wybraliśmy się na lekcję, bardziej chyba jednak, żeby popatrzeć. Dojazd do domu znajomych zabrał nam ponad dwie godziny, zwykłym mikro przez zapchane ulice to normalne podobno. Na miejscu zaś wielkie leniuchowanie, niemal nic nie robienie, bo właściwie czekanie na odlot.

DROGA DO DOMU
Trzy i pół godziny metrem i autobusem miejskim przez samo Buenos na lotnisko. Dwie godziny lotu do Sao Paulo. Dwanaście godzin do Frankfurtu nad Menem. Godzinka do Berlina i jeszcze trzy godziny busem do Koszalina. Zostawiłam tam Wojtka i po ponad dwunastu godzinach najpierw pociągiem, później autobusem dotarłam na rodzinne Podlasie. Teraz każde z nas wita dom, rodzinę, przyjaciół i nowe – stare polskie życie.

Języka nie zapomniałam ani odrobiny – jak niektórzy się śmieją, że prawie, ale wciąż dziwnie słyszeć mi wokół siebie polskie głosy, wciąż dziwnie brzmi „dzień dobry”, które tak szybko zastąpiło „hola” i „buenos dias”, wciąż nie mogę przywyknąć, że papier toaletowy wrzuca się do sedesu, a nie do kosza, wciąż nie piję kawy i nie chcę sobie kupić startera do komórki. Wróciłam jednak i „wciąż” pewnie jest coraz bliższe swego końca.

5 thoughts on “Długa droga do domu

  1. oj, nie ukrywam, że tak jak Wam podróży, mi bedzie brakowało zaglądania tutaj z poranna kawą po kolejna dawkę nowości 🙂
    do zobaczenia w Poznaniu

  2. witajcie w domu mili podróżnicy, choć pewnie teraz pół świata jest Waszym domem 🙂

    mam nadzieję, że ta stronka jeszcze długo żyć będzie własnym życiem

  3. Witajcie! To już pół roku minęło!? Niesamowite! Coś czuję, że po takiej przygodzie już długo miejsca nie zagrzejecie i lada moment zaczniecie planowac nową… Ale póki co wpadajcie do Poznania na powitania! Czekamy! 🙂

  4. Po kryjomu od pieciu miesiecy sledzilam Wasze ekscytujace podroznicze przypadki i pewnie jak wszyscy, ktorzy tu zagladaja, tesknic bede za egzotycznymi opowiesciami. Pozostaje nam nadzieja, ze Ali sie nie myli i juz wkrotce nastapi ciag dalszy historii z wojarzy nastepcow Tonego Halika i Elzbiety Dzikowskiej. Mam nadzieje do zobaczenia na slubie wyzej wspomnianej.