Rzecz dzieje się w jednym z portów nadamazońskiego Iquitos. My już wygodnie leżakujemy w hamakach lub spacerujemy po pokładzie, a pasażerów przybywa. Każdy z nowo przybyłych zanim wejdzie na pokład doświadcza szczególnego powitania portowej nagonki. Wygląda to mniej więcej tak…(W czasie, gdy rozgrywa się akcja w porcie stoją trzy statki, a każdy płynie w tym samym kierunku, czyli do granicy. Walka o klienta jest ostra
My spokojnie oglądamy zdarzenia z  drugiego poziomu lancii).)

W pewnym bliżej nieokreślonym momencie pojawia się w bramie portu bliżej nieokreślona mototaxi. W następnym bliżej nieokreślonym momencie ktoś rozpoznaje we wnętrzu mototaxi jednego lub dwójkę potencjalnych podróżnych i wtedy się zaczyna.
Najpierw za moto biegnie jedna, czy dwie osoby i nie nazbyt głośno jeszcze wypytują gdzie się jedzie, a może już wtedy wrzeszczą, choć odległość  nie pozwala jeszcze tego usłyszeć. Za chwilę do jednego – dwóch naganiaczy dołącza grupa kolegów oraz konkurencji i nagle za takim małym mototaxi i jednym lub dwojgiem podróżnych z bagażami pędzi gromada dziesięciu – piętnastu chłopa. Wszyscy wykrzykują nazwy swoich łodzi i nazwy miast, do których płyną, a krzyczą jak mogą najgłośniej, jak mogą najbliżej uszu podróżnych, żeby lepiej było ich słychać niż konkurencję. W konsekwencji w tym krzyku nie słychać prawie nic.
Taxi dojeżdża do lancii jednej, drugiej lub kolejnej – do pewnej lancii, przy której karze zatrzymać się podróżny lub, do której dociągną ją naganiacze.
Wtedy to się dzieje – cały wrzask wpada do mikrownętrza mototaxi, razem z nim wpadają twarze i ręce naganiaczy, chwytają torebki, ładują sobie na plecy pakunki i biegną z nimi w stronę swojej łódki. W tym czasie inni ciągną za ręce podróżnego lub podróżnych do swoich łodzi, wciąż chwaląc je i zachwalając – wszystko krzycząc, wrzeszcząc, drąc się. Podróżny zaś próbuje wyrwać swoje ręce, przedrzeć się przez otaczający go tłumek, przechwycić swoje bagaże lub zwyczajnie poddaje się najsilniejszym i zdezorientowany idzie lub biegnie za swymi pakunkami, zachęcany wciąż jeszcze, czasem lekko popychany na odpowiedni pokład. Czasem odnajduje swego towarzysza już zatarganego na inną lancię i to jego koniec – kupuje bilet i już może odpocząć, rozwiesić swój hamak, obkupić się u tłumnie odwiedzających pokłady sprzedawców wszystkiego. Ten zaś, co walczył, wybiera w końcu – ku radości pewnej części naganiaczy i oburzeniu innej. Wchodzi na pokład i już może odpocząć, obkupić się lub nie.

W naszym przypadku, kiedy rano wpadliśmy do portu rozpoznać temat – jeden z naganiaczy dowiedziawszy się, gdzie chcemy płynąć wskoczył do naszej mototaxi i ostatni odcinek wrzeszczał w niebogłosy, w nasze uszy nazwę swojej łodzi. Po południu, kiedy ilość reklamujących lancie była znacznie większa byliśmy w o tyle lepszej sytuacji, że po porannym rozpoznaniu wiedzieliśmy, na którą łódź wsiadamy i choć tragarz konkurencji już ładował sobie plecak Wojtka na plecy, ostry sprzeciw i pomoc, naganiaczy wybranej lancii pomógł nam dojść bez większych problemów tam, gdzie chcieliśmy.

4 thoughts on “Przypadki peruwiańskie nr 2

  1. Toż to prawie jak Zakopane w sezonie na stacji pkp ;)(przynajmniej za moich studenckich czasów)

  2. Rzeczywiście czytając, trudno się nie rozbawić.Edytka bardzo fajnie piszesz – buziaki
    p.s.po zdjeciach widac , że ,,obrastasz” w bizuterię!

  3. 🙂 dziekuje
    rzeczywiscie wesolo bylo na to popatrzec, ale szczerze – wole patrzec niz doswiadczac
    polecam jednak dla chetnych ¨bliskich¨ kontaktow z miejscowymi i odrobiny mocniejszych wrazen
    … a bizuteria – hmm – nie potrafie zaprzeczyc 😉