Płyniemy i płyniemy i płyniemy … Cztery noce za nami, końca dobiega czwarty dzień. Jeszcze jedna noc i przy sprzyjających wiatrach jutro o świcie powinniśmy stanąć na lądzie. Mieliśmy dopłynąć dzisiaj rano, ale nie wyszło. Doba w tę doba we w tę to normalne i nikt nie robi z tego powodu wielkiego halo. Trzeba to przeczekać, przespać …. Jemy, śpimy, piszemy, gramy w karty, bo książki, które mieliśmy już dawno przeczytaliśmy, płyniemy po Rzece Ucayali z Iquitos do Pucalpy.
Mamy kajutę, więc jesteśmy wolni od szczególnego doglądania bagażu, jaki jest konieczny przy hamakowaniu. Do tego jest całkiem szeroka dwupoziomowa koja, prywatne wc i vipowski serwis kulinarny, czyli mamy danie obiadowe na śniadanie, obiad i kolację (gdyby to wszystko jeść, można by całkiem przyzwoicie spuchnąć). Upalnie nie jest tylko wtedy, kiedy pada deszcz i czasem rankami, wtedy nasz metalowy pokoik stygnie. W ciągu dnia zaś rozgrzewa się do niewyobrażalnych temperatur, więc siedzimy na zewnątrz, gramy w karty lub bujamy się w hamaku. To jest wielkie “nic nie robienie” i tak dzień za dniem już w drodze powrotnej do domu.

Ps. Dopłyneliśmy