Znów nie wiem od czego zacząć. To chyba przez ten upał. Jest tak gorąco, że przez kilka godzin w ciągu dnia ciężko funkcjonować. Najlepiej zamknąć się w chłodzonym wiatrakiem pokoju i przeczekać do wieczora. Jesteśmy w Iquitos w środku amazońskiej dżungli, w tropiku. Przypłynęliśmy wczoraj i w końcu, po tygodniu w łodziach i łódkach, na dłużej stanęliśmy na lądzie. W międzyczasie, naszą rzeczywistość poukładaliśmy nieco inaczej niż było w planach, ale było warto.


Już w porcie, na kilka godzin przed odpłynięciem podjęliśmy decyzję, że w drodze do Iqiutos robimy sobie przystanek w Lagunas – miasteczku na obrzeżach Rezerwatu Pacaya – Samiria. Przez cały czas naszego pobytu w Yurimaguas, naganiacze biur turystycznych molestowali nas swoimi ofertami wycieczek w głąb dżungli. Czasem pojawiali się niewiadomo skąd, w najdziwniejszych miejscach, przybywali zaraz za nami tam, gdzie akurat próbowaliśmy od nich uciec, po to żeby przypomnieć, wychwalić, przekonać. Osiągnęli tyle, że z kilkoma adresami w kieszeni zrobiliśmy sobie przystanek w Launas – po to żeby temat rozeznać osobiście, na miejscu.

Przypłynęliśmy w nocy. Wielka, trzypokładowa lancia podpłynęła w ciemne miejsce przy brzegu Rio Maranon. Złożyliśmy nasze hamaki i przez zbity tłumek gapiów drugiego pokładu, następnie grupę obładowanych (czasem bardziej niż my) wsiadających, przez biegające tam i z powrotem, przekupki i tragarzy targających na pokład jakieś towary, po wąskiej desce łączącej statek z błotnistym brzegiem zeszliśmy w ciemność portu w Lagunas. Port oświetlały lampy lancii Eduardo – statku, z którego wysiedliśmy oraz światła latarek gorączkowo biegających wkoło ludzi (w Lagunas elektryczność funkcjonuje od 4 do 7 rano oraz od 18 do 24 w nocy, przypłynęliśmy po północy więc otoczyły nas ciemności). Znów ktoś nas przechwycił, nawet nie wiem do końca kto, chyba nasz późniejszy kierowca, który swoim mototaxi, grzęznąc co chwila w błocie zawiózł nas do hostelu. Zanim jednak wsiedliśmy do tego wehikułu, po błocie, śliskich okrągłych balach, po szerszych i węższych deseczkach ułożonych nad powierzchnią wody przewędrowaliśmy kilkaset metrów przez port. Wszystko w świetle latarek.

Rano trafiliśmy do jednej z polecanych agencji i od razu wszystko zaczęło wyglądać inaczej.
– chcemy jechać na dwa – trzy dni …
– aaa… to możecie dotrzeć tu i tu , zobaczyć to i to, jeśli będziecie mieli szczęście zobaczycie to i to, bo teraz jest pora deszczowa i wszystko jest pod wodą;
– a jeśli pojedziemy na cztery dni?
– do dotrzecie tu i tu i możecie zobaczyć to i to;
– a możemy pochodzić po dżungli?
 – nie, w ciągu 4 dni nie, jeśli popłyniecie na pięć dni to tak, bo jest takie miejsce, które się nazywa Tipishca de Huama, gdzie dwie rzeki tworzą o tej porze niedostępną wyspę, na której można spotkać trochę odciętych od świata zwierząt;
– a ile to będzie kosztowało ?
– tyle i tyle;
– co wchodzi w cenę?
– wszystko co jest potrzebne – jedzenie, spanie, przewodnicy, łódź, dojazd nad rzekę i powrót, nie ma w tym wejścia do parku;
– a nie dałoby się za tyle i tyle? ….
Rozmowa jasna i klarowna, jakiej nie spotkałam w żadnym innym miejscu w Peru. Tu zwykle najpierw się obiecuje, zapewnia, dorzuca dodatkowe atrakcje całkowicie ignorując pytania o cenę. Następnie zaś, kiedy już wymusi się cenę, która jest często horrendalna, okazuje się, że za niższą to można, ale bez tego i tamtego, a pokój mniej piękny, a jedzenie to swoje itd. itp. Tu było inaczej i nie zawiedliśmy się do samego końca. Po dogadaniu ceny, która ostatecznie nieomal  nie przekroczyła naszych dziennych kosztów utrzymania w tym kraju, wymieniliśmy trochę dolarów na sole i dobiliśmy targu (w Lagunas nie ma banku, nie ma bankomatu, jeden sklep wymienia dolary po nie najwyższym kursie – to wszystko).

Godzinę później, dwie obładowane mototaxi pędziły przez miasteczko i dalej  przez błotnistą drogę ku Rio Samiria. To byliśmy my, nasi przewodnicy i to co było nam potrzebne – jedzenie, materace, moskitiery, prześcieradła, garnki, naczynia, plecionka z bambusa na dno canoe (rodzaj drewnianego kajaka), wiosła, sieci, gumiaki dla wszystkich, maczety, trochę ubrań – czyli całe mnóstwo wszystkiego, a wszystko potrzebne, nic zbędnego. Przejażdżka pełna wrażeń, bo błota i wody dużo – w końcu to pora deszczowa. Motorki grzęzły, niebezpiecznie przechylały się na boki, koła toczyły bój ze śliskim podłożem, kierowcy również. My zaś to z odrobiną przerażenia to z podziwem oglądaliśmy od środka tę walkę, która była przecież zaledwie dojazdem do miejsca skąd przygoda miała się zacząć. Nasi kierowcy to byli jednak specjaliści, choć nasz miał zaledwie 16 lat – dojechaliśmy cali, bułeczki się nie pogniotły za mocno, jajka się nie potłukły, nic nie zgubiliśmy, nikt się nie przewrócił.

Nasi przewodnicy przepakowali bagaże do canoe, zapakowali do łódeczki swoich dwóch turystów, czyli nas i popłynęliśmy. Przez Rio Samiria w porze deszczowej, przez rezerwat Pacaya – Samiria, przez amazońską dżunglę. Początkowo żadnych zwierząt. Wąska rzeka i gęsty, piękny, bujny, ale noszący na sobie ślady niszczącej działalności człowieka, las tropikalny. Drzewa, palmy, liany, krzewy i mnóstwo wszelkiego roślinnego dobra. Nasi przewodnicy Sarela i Aquiles wiosłując na przedzie i końcu łodzi, wskazywali nam szczególnie ciekawe drzewa, po jakimś czasie ptaki, aż w końcu mapy. Im dalej płynęliśmy, tym przyroda stawała się bardziej dzika. Nocowaliśmy w domach na wodzie, lub po prostu w miejscu które miało dach i podłogę nad wodą. Chronieni moskitierami nawet szczególnie nie dawaliśmy się pogryźć moskitom i wszelkiemu innemu spragnionemu naszej krwi dobrodziejstwu natury (właściwie wieczorami już tyle się mnie najadły, że i tak swędzące kostki i ręce nie dawały mi spać, ale to tylko mała nieprzyjemność w tym wszystkim).

Cała wyprawa od początku do końca była udana.

Najpierw pogoda – mimo pory deszczowej pierwsze trzy dni mieliśmy piękne słońce i ani śladu deszczu, który zastałby nas w łodzi. Czwartego zaś dnia po południu spotkała nas burza i deszcz, a właściwie ulewa. Ależ lało! Trzeba było po drodze wodę z canoe wybierać, bo nam pupy podtapiało, ale pięknie było z grzmotami i strugami wody z nieba. Padało może ostatnią godzinę naszej drogi dnia czwartego , mogliśmy się tylko nacieszyć tym widokiem, tą zielonością, głębokimi barwami i pierwszą tropikalną ulewą pod gołym niebem. Ostatniego dnia jeszcze kropiło, ale ledwie coś mokrego spadało z nieba, tak, że naszą wyprawę kończyliśmy znów w przyjemnym podeszczowym cieple dnia.

Później przewodnicy – Sarela i Aquiles (szkoda, że nie mogłam poznać ich lepiej, bo mój hiszpański wciąż kuleje).
Sarela pracuje jako przewodnik po Pacaya – Samiria od ośmiu lat, ma dwójkę dzieci (jej syn wiózł nas na mototaxi) i mieszka razem z Manuelem – szefem agencji, do której trafiliśmy – jej bratem, oraz dziesięciorgiem innych osób (dorosłych i dzieci) w pewnym przyjaznym domu w Lagunas. Zna się na medycynie naturalnej tego regionu, która podobno jest dużo bardziej skuteczna niż wiele znanych nam leków. Do tego wspaniale gotuje, czego doświadczaliśmy przez cały czas naszego wypadu.
Aquiles, niby niepozornego wzrostu ma siłę chyba dwóch chłopa. Jest sąsiadem Sareli i Manuela – mieszka  zupełnie naprzeciwko. Pracuje jako przewodnik od pięciu lat, a kiedy nie jest przewodnikiem pracuje na plantacji. Sieci rozstawia i zbiera swój plon kiedy tylko może – chyba to trochę lubi.
Oboje traktowali nas od początku jak rasowych turystów na wakacjach. Nie musieliśmy robić nic, wszystko podane, przygotowane, sprzątnięte, spakowane – już pierwszego dnia mieliśmy dość, więc troszkę pomagaliśmy, gdzie się dało (choć nie dało się wiele). Wojtek zaś wiosłował dzielnie przez trzy dni – chyba bardziej dla siebie i swojej nieco uśpionej muskulatury niż dla pomocy. Fakt jednak, że Sarela miała spokojną przejażdżkę z przodu łódki, Aquiles nieco więcej pracy, bo drugi wioślarz (przynajmniej na początku) był nieco nie wprawny, a Wojtek frajdę z wiosłowania. Trochę czasu przegadaliśmy, trochę pośmialiśmy się. Miło było.

Jeszcze później – jedzenie. Pycha. Typowe amazońskie przygotowane przez Sarelę, złowione głównie przez Aquilesa. Dominowały ryby i banany. Rybki były na śniadanie, obiad i kolację, smażone, wędzone, pieczone, parzone w liściach palmowych, gotowane, niemal świeże (cebicze pyszne cebicze! – jedno z najbardziej typowych peruwiańskich dań), za każdym razem inne (w tym piranie – jakoś nie przypadły mi szalenie do gustu). Banany gotowane, smażone, pieczone na ogniu, słodkie i zupełnie przypominające ziemniaki. Wszystko urozmaicane ryżem, składką, pikantnym dodatkiem z cebuli, pikantnych papryczek (ahi) i cytryny (sami ją zbieraliśmy). Było pycha.

I w końcu, a może przede wszystkim – rezerwat – dżungla wokół Rio Samiria. Przyroda tam wydawała się być jedną wielką eksplozją natury. Zieleń biła w oczy, świeża, czysta, głęboka, zamknięta w różnych kształtach liści i gałęzi, w różnych odcieniach zależnie od pory dnia i pogody. Czysta jak kryształ woda odbijała niczym lustro wszystko co nad nią, kryła w sobie całe mnóstwo roślin, ryb i zwierząt. Udało nam się nawet kilka razy oglądać delfiny, robiły dużo hałasu, prychały co pewien czas śledząc nasze canoe. Widzieliśmy kilka gatunków małp jak pędziły z drzewa na drzewo, przeskakiwały z gałęzi na gałąź, krzycząc jak to małpy chyba potrafią, widzieliśmy piękne kolorowe papugi, wielkie ary, koliberki, dzięcioły i inne nie znane mi odmiany ptactwa, jedne stały niczym niemal nie różniąc się od gałęzi drzewa, inne biegały po lekkiej roślinności wodnej, suszyły skrzydła na szczytach drzew lub po prostu były – przelatywały, siedziały na gałęziach, śpiewały, krzyczały. Całe mnóstwo. Widzieliśmy pająki małe i duże, o włos mijaliśmy wielką jak pół mojej dłoni tarantulę, żółwie (choć zaledwie dwa z nich udało nam się dostrzec), kameleony, trochę ogromnych barwnych motyli, wiele gatunków ryb i to chyba mniej więcej tyle. Pora deszczowa nieco utrudnia oglądanie zwierząt, bo wszystko jest pod wodą, poza tym może trzeba więcej szczęścia i wzrok bardziej bystry.

Było jednak pięknie. Mieliśmy przejażdżkę nocą, kiedy to drugiego dnia wyruszaliśmy o trzeciej nad ranem. Nad nami gwiazdy, wokół ciemność i jeszcze większa ciemność, widać było zaledwie cień korony dżungli, białe punkty gwiazd nad nami, błyski burzy w dali i czasem w świetle latarki, to co mijaliśmy. Nasi przewodnicy zaś w całej tej ciemności płynęli skrótami przez gęste knieje tropikalnej dżungli (to było naprawdę imponujące!). Ranek tego dnia budziły małpy czerwone. Ich krzyk z daleka przypominał szum wiatru w korytarzu starego domu, z bliska wydawał się rykiem ogromnej godzilli, należał jednak do tych nie tak wielkich małp. Niesamowite wrażenie.

Mieliśmy trochę łazikowania po dżungli. Zwierząt nie spotkaliśmy – widzieliśmy ich ślady. Nie mieliśmy szczęścia, tego dnia w lesie byli kłusownicy (spotkaliśmy ich) i wypłoszyli to, co być tam mogło. Obejrzeliśmy jednak ten świat z bliska, przez błota, pod liśćmi palm, wśród lian torując sobie drogę maczetami złaziliśmy trochę tego innego świata. Aquiles pokazał nam kilka roślin leczniczych, trochę ich nazbieraliśmy dla Sareli i znów wsiedliśmy w łódkę.

Mieliśmy słońce i deszcz, ciekawych ludzi obok siebie, wspaniałą przyrodę wokół – nie chciało się wracać. Cóż jednak, czas mija szybko. Nasze canoe przybiło w końcu do brzegu, zapakowaliśmy się do mototaxi i przez błota i kałuże popędziliśmy do Lagunas. My dojechaliśmy cało, choć przechylało nas i grzęźliśmy co chwila. Drugie moto złamało oś i nasi przewodnicy idąc pieszo dotarli do miasta dobrą godzinę po nas.

Do końca wieczoru, czekając na statek do Iquitos, byliśmy gośćmi Sareli. Było wesoło i przyjemnie, bo to gościnny dom i gościnni ludzie. W nocy zaś, jeszcze przed północą (czyli w świetle latarni) po deskach i deseczkach, po belkach i błocie wspięliśmy się na gwarny, tłoczny pokład lancii Eduardo. Przedarliśmy się przez tragarzy, przekupki, wsiadających (niekiedy obładowanych bardziej nią my), gapiów drugiego pokładu i rozwiesiwszy nasze hamaki w dźwięku silników poszliśmy spać.

W dżungli byliśmy zaledwie pięć dni. Wsiadając pierwszy raz do naszego canoe myśleliśmy, że to długo, kiedy zaś wysiadaliśmy z niego po raz ostatni wiedzieliśmy już, że ten czas był o wiele za krótki. Wystarczyło go jedynie na rozsmakowanie się w tym nowym krajobrazie, na rozbudzenie głodu poznania. To jedno z miejsc, do których bardzo chciałabym wrócić. Tym razem w lato, w sierpniu, kiedy wszystko kwitnie, a miliony barwnych motyli wirują w powietrzu.

Ponizej kilka moich fotek (obróbka – Wojtek)

 

One thought on “Kilka dni w tropiku, czyli w canoe przez dżunglę

  1. ok, od tej pory macie nową stałą czytelniczkę 😉 dopiero znalazłam Waszą stronę i dopiero sama wróciłam z długiej podróży (Azja pd-wsch) więc Wasze zdjęcia i opisy działają na mnie orzeźwiająco. pozdrawiam serdecznie!