Obudziło mnie dzisiaj pianie kogutów. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdybyśmy znów nie płynęli na jednej z amazońskich lancii (jak tu zwą statki). Przed nami ponownie Iquitos. Za nami kilka dni, które przeżyliśmy kolorowo, nieco sielankowo, słowem – przyjemnie. Odwiedziliśmy kilka wiosek rdzennych mieszkańców Amazonki, mieszkaliśmy w „pałacu” peruwiańskiego artysty Francisko Pancho Grippa i poznaliśmy amazońską gościnność.Do Pevas popłynęliśmy, żeby odwiedzić wioski rdzennych mieszkańców. To miał być jednodniowy przystanek w drodze do brazylijskiego Manaus. Stało się inaczej.

Na brzeg wysiedliśmy rano i (o dziwy!!!!!) Nikt, ale to nikt nas nie napastował, nikt nie nagabywał, nie ciągnął do swego taksi, do swego hostelu, swego straganu. Wysiedliśmy i aż poczułam się dziwnie taka nienapastowana. Znaleźliśmy hostel – chyba najbardziej obskurny w całym mieście (naprawdę nie wiem czemu idąc do niego nie widzieliśmy innych po drodze) – dziury w podłodze, folia na materacach, wielkie błoto w środku domu, w miejscu gdzie chyba planowano ogródek, łazienka – to było największe cudo, a przypominało toaletę publiczną na mercado w Iquitos -rozwalające się drzwi, zamknięcie na gwoździk lub bez gwoździka, na wiarę, że nikt nie wejdzie, zbiornik z wodą do mycia pełen mydlin, prysznic w postaci wiaderka, którym czerpać można było tę wodę, pajęczyny i pająki, resztki farby opadające z desek, które kiedyś były pomalowane. Słowem – ciekawie.

Ulotniliśmy się na nasze zwiedzanie jak mogliśmy najszybciej. Małe targowanie się i znów łódeczką poprzez rzeki tam gdzie chcieliśmy dotrzeć – do wiosek rdzennych mieszkańców. Odwiedziliśmy łącznie trzy Santa Lucia (gdzie mieszkał senor Carlos D.B. – człowiek, którego łódkę wynajęliśmy), Pucaurqullo i Esperanca. To nie były miejsca jakich naiwnie się spodziewałam, ludzie nie nosili na codzień stroi tradycyjnych, nie mówili nieznanym swoim dialektem (po to trzeba by wędrować głęboko, głęboko w dżunglę), wiedli swoje naznaczone tradycją życie i byli przemili. Warto było.

Najpierw odwiedziliśmy Santa Lucia, gdzie nasz przewodnik zamienił siebie za sterem na swego dwunastoletniego syna, a do tego dla towarzystwa dokooptował nam dwójkę innych dzieci i młodego malarza z Iquitos (Pablo ma 19 lat, pochodzi z Iquitos, ale od roku mieszka w wioskach rdzennych mieszkańców tam czerpiąc inspirację dla swej twórczości z życia dżungli i jej legend, za rok może dwa zamierza rozpocząć studia na Akademii Sztuk Pięknych). Tą wesołą gromadą popłynęliśmy dalej.

Zwiedzaliśmy wioseczki, w których z rzadka pojawiają się turyści, zwłaszcza o tej porze roku. Witały nas dzieci i dorośli (w tym szef całej grupy tzw. curaca), rozmawialiśmy, piliśmy cziczę i inne napoje tradycyjne, które lepiej smakują po łyku kolejnym, niż po pierwszym, kupowaliśmy artesania. Po powrocie do Santa Lucia dostaliśmy obiad, spędziliśmy kilka chwil w domu Carlosa i zostaliśmy odprowadzeni do maloka (miejsce, w którym odbywają się zebrania i wszelki obrzędy), gdzie chyba pół wioski poprzebierało się w tradycyjne stroje i odtańczyło dla nas kilka rytualnych tańców (cóż nieco nieświadomie się na to zgodziliśmy). Nie żałowaliśmy jednak, przedstawienie warte było i wizyty i ceny. Ci ludzie wciąż bardzo kultywują tradycję i poza chwilami, gdy dla zarobku pokazują ją turystom, żyją w niej, na co dzień. Kto wie, ile czasu jeszcze będziemy mogli oglądać chociażby coś takiego jak tańce ludu Yaguas, czy Bora z okolic Pevas.

Sam zaś spektakl, bo chyba tak mogę to nazwać – niesamowity. Spódniczki z barwionych na czerwono włókien palmowych, podobne naszyjniki krótsze i dłuższe, ozdoby tradycyjne na głowach, rękach i nogach, czarne włosy falujące w rytm muzyki fletu i bembenka, w rytm stawianych kroków i unoszonych dłoni. Do tego twarze wymalowane pyłkiem pewnego kwiatu – czerwone, odznaczające się na tle pięknie brązowej skóry.

Po tańcach zaś artesania. Za przedstawienie stargowaliśmy mocno cenę, ale w zamian za to mieliśmy się obkupić. Nas dwoje, a chętnych do sprzedaży mrowie. Nakupiliśmy ile mogliśmy i ile dalej możemy wozić w naszych coraz cięższych plecakach, pożegnaliśmy się wśród zaproszeń pod swój dach i późnym wieczorem wylądowaliśmy znów w Pevas.

Nie mieliśmy już robić nic – zjeść coś, wrócić do hostelu, zasnąć, a z samego rana wsiąść na lancię do Manaus. Trochę się uparłam i odwiedziliśmy jeszcze jedno miejsce – dom malarza Francisco Grippa.
Łatwo go odnaleźć, raczej trudno go nie zauważyć. Góruje ponad całym miasteczkiem swoją wielkością, swoim czerwonym dachem, a właściwie zespołem dachów, na kształt buddyjskiego klasztoru.

Było ciemno, gdy otworzyliśmy bramkę, betonową ścieżką pod daszkiem z palmowych liści, dalej mostkiem i znów ścieżką dotarliśmy pod dom. Wojtek uderzył w dzwonek i ku nam wyszedł Worren (pracownik Francisko). Zaprosił nas do galerii pełnej obrazów artysty, wkrótce zszedł do nas Francisko. Porozmawialiśmy, wypiliśmy piwo i zaprosił nas pod swój dach. Mając w pamięci obraz naszego hosteliku przystaliśmy bardzo chętnie. Zaraz przetargaliśmy nasze tobołki i … Zostaliśmy dzień dłużej, bo choć może w Pevas nie bardzo jest co robić, to jednak pomieszkanie choć dzień w tym ogromnym „pałacu” bardzo przypadło nam do gustu.

Z pokoju do łazienki mieliśmy 100 albo 150 metrów przez schody schodki, galerię, pracownię, tarasy i mostek. Dom był ogromny – to bez najmniejszej przesady setki metrów kwadratowych na trzech i czterech poziomach, z galerią, pracowniami, miejscami noclegowymi dla podróżnych, prywatną przestrzenią artysty, zespołem przejść, korytarzy wewnętrznych i zewnętrznych tarasów, a do tegoż wieżą widokową.

Sam gospodarz nie szczędził nam opowieści zarówno o życiu jak i swojej twórczości. Siedem żon, dziesięcioro dzieci, ledwie 67 lat za sobą, do tego miesiące spędzone z dala od cywilizacji, lata studiów w USA i decyzja powrotu do dżungli na stałe. W środku tropikalnej dżungli żyje więc on Francisko Pancho Grippa, czasem odwiedza świat, czasem świat odwiedza jego na wielkich ekskluzywnych jachtach i kupuje jego twórczość.

Maluje głównie rankami. Zaczyna o drugiej, trzeciej, czwartej w nocy. Warren uruchamia generator (w Pevas światło jest tylko od 18 do 23) i Francisko w zaciszu swej pracowni otwiera farby i pędzlem rzeżbi swoje obrazy ze snów. Jeden taki ranek podzielił z nami i to było wspaniałe.

Miło minął nam czas, wszyscy witali nas z uśmiechem i sympatią, miło się rozmawiało i z Francisko i z miejscowymi, wśród których już następnego dnia mieliśmy wielu amigos, od których dostaliśmy kilka rad na dalszą podróż. Wczoraj zaś wsiedliśmy na lancię i dziś ponownie witamy Iquitos.

One thought on “Kawałeczek cudzego raju – z wizytą w Pevas