Planowaliśmy nawet tu nie nocować, ale te łodzie…Utknęliśmy w Yurimiguas na dwa dni. Jest upalnie. Gorące i wilgotne powietrze otacza nas, a właściwie oblepia nas w dzień i w nocy. Może dziś na dobry sen zaaplikuję sobie dawkę alkoholowych procentów. Może to pozwoli przespać całą noc.
Wczoraj wyjechaliśmy z Moyobamby. Z przesiadką w Tarapoto mieliśmy być wczesnym popołudniem w Yurimiguas, skąd jeszcze tego samego dnia planowaliśmy wsiąść w łódź do Iquitos. Nie wyszło. W Tarapoto okazało się, że najbliższy bus (do jakiego udało nam się trafić – podobno jedyny w mieście) odjeżdża za sześć godzin. Po niewielkich, ale skutecznych targach kupiliśmy więc miejsca w aucie firmy sąsiedniej i po pewnym bliżej nie określonym czasie, gdy kierowca uzbierał komplet pasażerów, pojechaliśmy do Yurimaguas.

Widoki mieliśmy wspaniałe. Droga prowadziła poprzez porośnięte dziką zielenią lasów tropikalnych wzgórza, wśród kwitnącej roślinności, wodospadów i wciąż napotykanych rażąco pomarańczowych mundurków brygad do robót drogowych. Bo co i rusz ślady świeżo uprzątniętej lawiny, lub zupełnie nie ruszone jeszcze usypiska. Czasem z piachu i małych kamieni, czasem z ogromnych głązów. Zakręt za zakrętem nowe widowisko – krajobraz, wodospad, lawina, góra, a zakrętów było sporo – na nieco ponad 100 km jest grubo ponad sto zakrętów. Jazda jak w wesołym miasteczku.
Po drodze mieliśmy przestój, bo na pewnym moście położyli asfalt i czekaliśmy blisko godzinę aż podeschnie i lżejsze pojazdy będą mogły przejechać. Cóż, spokój trzeba mieć.

W Yurimaguas, znów okrążyli nas naganiacze – mototaksówkarze: „taxi taxi“, „lancja lanchia“, „barco barko“. „iquitos iquitos“ …. komendy i zapytania wypowiadane i wykrzykiwane prosto  w twarz. Czasem nie mam siły się bronić, zabierają plecaki, taszczą je do swoich mototaksi, żeby iść z nimi, bo właśnie ten, a nie inny zna najlepszą łodź, najlepszy hostel, najlepszą restaurację. Podobnie ja w Tarapoto wytworzyło się wokół nas nienaturalne zamieszanie, denerwujące ciśnienie, męczące oczekiwanie na szybką decyzję, na wybranie tego, a nie innego.

Wybraliśmy jednego i pędem do portu, ale hamak kupić trzeba, więc nasz przewodnik – mototaksówkarz zawiózł nas na rynek, a tam hamaków zatrzęsienie. I znów to ciśnienie, że już kupić trzeba, że już jechać trzeba, bo lanchia (łódź) odpływa. Zdecydowaliśmy się najpierw kupić bilet, a później wrócić po hamak. W porcie zaś łodzi już nie było. Odpłynęła kilka godzin wcześniej, jak zwykle, jak od dawna, jak co dzień , czy dwa dni.

Znaleźliśmy więc hostelik, nieco daleko od centrum (choć co, tak naprawdę, w Yurimaguas jest daleko) i trudno trafić (śmiesznie było, jak już po zmroku zgubiliśmy drogę, domyślny jednak mototaksówkarz rozpoznał miejsce po kilku podanych mu znakach), ale lepszy od kilku cel więziennych o nazwie pokoi hostelowych, jakie widzielimy wcześniej.

Spokojnie więc kupiliśmy hamaki z zamiarem wykorzystania ich dziś, w końcu łódź, na którą się zdecydowaliśmy wypływa codziennie.

Rano wszystko wyglądało pięknie. Obejrzeliśmy pokład, prawie zdecydowaliśmy się na miejsca, ale, że pojawiła się myśl zmiany portu docelowego biletów nie kupilimy. Załatwiliśmy kilka spraw, wrzuciliśmy na plecy nasze coraz cięższe plecaki i do portu. W porcie zać mała korekta. Nie uzbierał się komplet pasażerów więc łódź zmieniła termin wypłynięcia z południa dziś na południe jutro. Cóż spokój trzeba mieć.

Teraz mamy inny hostelik nad samym brzegiem rzeki. Z okien widać tylko jej brązwy nurt i drugi brzeg za ogromną wodą. Jest upalnie więc najgorętrzą część dnia spędzamy w chłodnym powietrzu wiatraka. Jutro rano znów spróbujemy wypłynąć  – prawdopodobnie do Lagunas.

0 thoughts on “W bramie selwy (amazonskiej dzungli)

  1. Edytko, poprawiłaś mi bardzo humor tym opowiadaniem 🙂 Już czuję to gorące, wilgotne powietrze, natrętnych przewoźników…i ten luz czysto wakacyjny…nie dziś to jutro odpłyniemy… rewelacja 🙂

  2. A czytam i nie wierzę… Tak nierealne i odległe się wydaje życie, które opisujecie. Że gdzieś jest upał i walki kogutów, a tu każdy z utęsknieniem czeka czy temperatura przekroczy 10 stopni…

    Ps. Brawa dla fotografa:)

  3. Sie jedzie, nie?
    Poczytałem trochę, na całość zostawiam sobie pare dni, ale wygląda z tego co piszecie, że minęliśmy się o włos w Santiago de Chile.
    Cóż, gdybym pamiętał adres email…

    Buen viaje y nos vemos,
    Paweł.