To było jakieś dzikie szaleństwo. To co się działo w busie z Chivay do Cobanaconde. Myślałam, że przeżyłam już wszystkie możliwe rodzaje autobusowych przepychanek dojeżdżając przez cztery lata do liceum podlaskim PKS, że największe wrażenia związane z pakowaniem, dopychaniem, pchaniem ludzi do autobusów, mam za sobą. To co zobaczyłam i przeżyłam tam, przebija wszystko.
Fakt, doświadczenie  się przydało, bardzo pomogła też szybka reakcja Wojtka i choć ludzie stali podwójnym, a nawet potrójnym rzędem w wąskim korytarzu autobusu, zdobyłam miejsce siedzące. Ale to pchanie się, dopychanie i uciskanie to było coś. Najpierw kolejka ustawiała się kilkanaście razy, co kilka lub kilkanaście minut wywołując sztuczny alarm na nadjeżdżający autobus, który nie nadjeżdżał. Miał być o 15, podjechał o 17, cóż spokój i cierpliwość trzeba mieć. Później zaś, gdy przyjechał, wszyscy (my też!!!) rzucili się na drzwi bez najmniejszych zasad kolejki, czyli wszyscy na raz, tabunem, kto pierwszy, tego ci co dalej wcisną do wnętrza najpierw. Jeszcze chwilę stała ta zbita masa ludzka wypuszczając tych, którzy wysiadali. Do ostatniej kobiety, która została przygnieciona tłumem, gdy ten zorientował się, że to koniec wysiadających, że można wsiadać. Widziałam jeszcze jej spadający kapelusz – ciekawa jestem co niego zostało po stratowaniu go mrowiem ludzkich stóp w błocie dworca autobusowego.

Wielkie wsiadanie rozpoczęło się zatrzymaniem. Pewna babcia zaklinowała się na schodach. Tłum nie chciał się cofnąć, ona nie mogła wydobyć swoich wciśniętych pod schody, pokaźnych pakunków. Wszystko cisnęło, nikt nie posuwał się do przodu. Nagle stało się – babcia ruszyła do przodu, wszystko się odblokowało, wszyscy ruszyli za nią. Stękania, krzyki, wyzwiska, żale, śmiechy, płacz dzieci. Oby do przodu, oby do środka.

Pchałam Wojtka plecak, bo też się zaklinował – poszedł, zaraz za nim ja. Po trupach niemal, po głowach, stopach, nogach, ramionach, twarzach, do środka. A tam kolejna walka o zajęte miejsca, ale jeszcze nie zasiedziane, o miejsce na głowę, gdy na nią ktoś stawiał torbę, czy klatkę z kurczakami. Po chwili zaś w drogę, grubo ponad 100 osób. Dwie godziny przez górskie drogi. Trochę pojękiwań, nieco postękiwań i nieco śmiechu.

Dojechaliśmy nocą do pozbawionej światła Cobanaconde. Wtedy na siedzeniach z tyłu autobusu odnalazłam Wojtka – też siedział.

0 thoughts on “Przypadki peruwiańskie nr 1

  1. nooooo, 100 osob w autobusie na TEJ drodze?! Przeciez tam pusty autobus ledwo sie trzyma dziurawej drogi mijajac kolejne coraz bardziej eksponowane przepascie… Masakra.

  2. Chyba wiec dobrze, ze tym razem poprzez zgromadzony tlum, przepasci nie widzialam – to bywa nieco stresujące 😉