Dziś jesteśmy pierwszy dzień w Peru. Przyjechaliśmy wczoraj w nocy, a tu znów ta piana, chyba mają karnawał. Grają orkiestry, chodzą parady i wszelka gawiedź ze śmiechem ostrzeliwuje wszystko co się rusza w koło pianką. Jesteśmy w Puno.Zatrzymaliśmy się tu na jeden dzień w drodze do Cusco. Wczoraj sporo czasu zeszło nam w drodze, więc stwierdziliśmy, ze nasz pierwszy kontakt z Peru możemy nawiązać w takim mieście jak to. Zdobyliśmy miejscowe pieniądze i już rano zafundowaliśmy sobie rejs po peruwiańskiej części jeziora Titicaca na pływające wyspy – wioski.

Znów stateczek (w nieco lepszym stanie i nawet z wc!!!) i bujanie na łagodnych falach w strugach deszczu. Po 15-20 min. wpłynęliśmy w rodzaj zatoki, której brzegi tworzyły grube materace tutejszych trzcin. Na tych materacach- tratwach  zaś stały domki, wieże obserwacyjne, paleniska, ogródki z uprawami ziemniaków, czy czasem kwiatów, a do tego stragany i straganiki. Przy matach zaś katamarany i łodzie.  Wszystko z trzcin wiązanych i plecionych, w przedziwne czasem kształty.

Nasz stateczek zawiózł nas do jednej z takich wiosek. Przewodnik opowiedział kilka historii i podał nieco faktów, z miejscowymi zbudowali miniaturkę takiej wioseczki umieszczając nawet lale w obejściach, wszyscy spróbowaliśmy takich trzcin, bo fragmenty są jadalne, a później część z naszej wycieczki popłynęła tradycyjnym katamaranem napędzanym żeńską energią. Znaczyło to ni mniej ni więcej, co po odśpiewaniu pieśni na dobrą drogę, dwie kolorowo ubrane miejscowe kobiety chwyciły za wiosła i usiadłszy w przedniej części łodzi powiosłowały przed siebie na przekór łagodnym, ale przeciwnym falom.

Co tu dodać – wycieczka, wielkim fanem nie jestem. Ludzie jednak przemili. Biednie wyglądający, ale bardzo pozytywnie nastawieni do turystów, którzy dają im sporą część „chleba” który spożywają. Co ciekawe, Ci ludzie tam żyją. W domkach z trzciny, na łóżkach z trzciny, na tratwach z trzciny.