Tak sobie siedzę w naszym hotelowym pokoju w Arequipa, który przypomina raczej fragment nawy kościelnej o sklepieniu kolebkowym, w którą ktoś omyłkowo wstawił kilka łóżek niż pomieszczenie mieszkalne. Z pewnym rozrzewnieniem wspominam wczorajszy przytulny pokoik na piętrze z pięknym widokiem na pobliskie szczyty gór i wulkanów i tak myślę sobie, że wypadałoby coś napisać, kleję wiec kilka (no może kilkaset) słów o ostatnich dniach.
Minęły szybko to trzeba im przyznać. Sporo czasu przesiedzieliśmy w autobusach, przemierzyliśmy sporo kilometrów w górę, w dół i w wielokierunkowym przed siebie, dużo widzieliśmy. Dziś już wspomnieniem rysują się w naszej pamięci jedne z najbardziej spektakularnych (dotąd odkrytych) ruin inkaskiej cywilizacji – Machu Picchu.

Punkt najważniejszy ogromnej większości turystów odwiedzających Peru stał się też naszym celem. Szczerze przyznam, że nie wyobrażam sobie jak to wzgórze wygląda w sezonie (kwiecień – lipiec), kiedy podobno turystów jest wiele więcej, skoro teraz chwilami ciężko było się przedrzeć wąskimi uliczkami tego martwego miasta. Fakt, że pogoda w kratkę (nam dopisała, jak niemal zawsze) czasem leje, czasem parzy, ale pewna swoboda poruszania się jest warta moim zdaniem małej pogodowej niepewności.

Centrum wypadów na Machu Picchu jest Cuzco. Bardzo tam turystycznie, ale też pięknie (oczywiście są miejsca ładniejsze i nieco mniej przytulne – jak to w miastach), zabytek przesłania zabytek, piękne stare kamienice z misternie wykonanymi ażurowymi dziełami sztuki snycerskiej – balkonami i bramami, wspaniałe kościoły, muzea, wąskie brukowane uliczki wijące się w trudny do zapamiętania sposób oraz schody, mniejsze i większe – niedostępne dla aut szlaki pieszych wędrówek przez miasto. Do tego wszystkiego na każdym kroku sklepy, sklepiki, galerie, restauracje, kawiarnie i agencje turystyczne. Co krok turystów kuszą inne cuda i cudeńka, prawdziwe dzieła sztuki, wyroby rzemieślnicze i  zwykłe masy niewiadomo czego, co po powrocie z wycieczki darowuje się ciociom, wujkom, kuzynom i znajomym. Miasto turystyczne, ceny turystyczne i z tym się trzeba liczyć.

W akapicie poniżej będzie troszkę o pieniądzach.

Wybraliśmy wersję ekonomiczną. Po odwiedzeniu kilku agencji turystycznych, w których ceny za wycieczkę do ruin zależnie od formy i standardu wahały się od 130 do 450 dolarów, postanowiliśmy zorganizować się sami. Dzięki radom znajomej z Polski, której Peru i Cusco są dużo bliższe niż nam, wiedzieliśmy, z której strony zacząć i gdzie szukać (Emi wielkie dzięki  !!!). Tak więc nie wkupiliśmy kosztującej 60 dolarów czterogodzinnej przejażdżki pociągiem do Aguas Calientes (widoki podobno wspaniałe, choć myślę, że też nie możemy narzekać), zainwestowaliśmy zaś w busy. Z hostelu wyszliśmy o siódmej rano we wtorek. Na miejscu w Aguas Calientes byliśmy już po zmroku około siódmej wieczorem. Cały dzień zaś:
– najpierw sześciogodzinna jazda do Santa Maria serpentynami tamtejszych gór, z przepaściami pod nami, szczytami ponad nami, a chwilami chmurami wokół nas, przez dobre asfaltowe jezdnie i ubite lecz mokre, miejscami zaś wymyte drogi wśród gęstych lasów deszczowych,
– później przesiadka i kolejne godziny w busiku jeszcze bardziej krętymi i jeszcze bardziej pozrywanymi oraz powymywanymi drogami, czasami o centymetry mijając potężne zwalone ze zboczy głazy, czy świeżą, jeszcze nie uprzątniętą lawinę – do Santa Teresa i dalej aż do hydroelektrowni, gdzie  drogi się kończą,
– jeszcze później i już na koniec ponad dwie godziny nierównego marszu wzdłuż torów kolejki, wzdłuż doliny Urubamy, poprzez mokre, dziko zielone, szalenie urozmaicone lasy deszczowe, wokół Machu Picchu, u jego podnuża do Aguas Calientes.

Rano zaś znów busik  (opcja na piechotę – są piękne schody pod górkę- jakoś tym razem nas odstraszyła) i jazda w górę, wielkim zygzakiem w prawo i w lewo, w prawo i w lewo – w górę. Około szóstej rano stanęliśmy wśród ruin Machu Picchu. Zachwyt oczywiście był, ale na większy przyszedł czas później. Najpierw w pieszej kolejce nam podobnych pomaszerowaliśmy krokiem spiesznym, nie wyprzedzającym, ale też nie przepuszczającym do bramki na wzgórze Wayna Picchu (znany z większości fotografii szczyt zaraz za ruinami, co dzień wpuszczają na niego 400 osób, chętnych zaś sporo więcej). Odstawszy swoje  dostaliśmy bileciki na wejście ok. 10, chcieliśmy pozwiedzać Machu Picchu, zanim poranne dostawy kolejowe zasilą szczyt kolejnymi setkami nam podobnych.

I cóż. Pięknie tam. Nie chodzi o same ruiny, które są imponujące, ale też o wszystko co dookoła. O soczyście zielone zbocza gór dookoła, o pełną wody, burzliwą rzekę w dole, o wschód słońca nad wzgórzami dookoła, o białe wysokie andyjskie szczyty w dali, o śpiew ptaków w porannym słońcu i głośne granie owadów. Do tego ruiny.  Uprzątnięte, wciąż dopracowywane przez archeologów pozostałości wielkiego miasta. Zieleń traw i szarość skał wszystko w nadanym mu wiele lat temu przez człowieka porządku. Równe strome tarasy pól uprawnych, a wewnątrz miasto z zabudowaniami mieszkalnymi, świątyniami, źródełkami, schodami i uliczkami.

Niesamowite, wprost niepojęte co ci budowniczy sprzed wieków potrafili zrobić z kamieniem. Pierwotne mury, które nie uległy zniszczeniu mogłyby służyć dziś za przykład. Kamień do kamienia docinano z taką precyzją, że nie sposób włożyć między dwa bloki żyletki. Nie używając żadnego spoiwa stawiano mury wysokości kilku metrów, kamień na kamieniu. Ogromne bloki skalne dostosowywano, tworzono w nich schodki, czy półki. Szczerze podziwiam, szczerze chciałabym wiedzieć jaką stosowali technikę, jakie narzędzia, żeby tak podporządkować sobie skałę, żeby przystosować dla swoich potrzeb trudne środowisko wysokich gór. Nie tylko na Machu Picchu, Wayna Picchu, ale w samym Cuzco, w ruinach Saqsaywaman, czy wielu innych miejscach, których niestrudzeni archeolodzy odkrywają coraz więcej.

Około dziesiątej zaczęliśmy naszą wspinaczkę na Wayna Picchu. Ufff… cały czas pod górę, stromo, ślisko, mokro, skaliście, zielono i cudnie. Warto było się przebiec raniutko i odczekać swoje. Wspaniały i zupełnie inny widok Machu Picchu odkrył ten szczyt przed nami, a do tego wspaniały krajobraz dookoła z jeszcze wyższego punktu, z jeszcze bardziej niedostępnych ruin domów i pól uprawnych, przejść i schodków na wielkość  stopy dziecka. Jak oni to zrobili??!! Jak oni tam żyli?! Samo wejście zejście pozostało w mojej pamięci na jakiś czas sporymi zakwasami w nogach, a poruszanie się po tym miasteczku na szczycie góry czasem przyprawiało mnie o mały zawrót głowy.

Podsumowując – reszta na zdjęciach – miejsce piękne, sztuka budowy z kamieniu – mistrzostwo świata, wrażenia – niezapomniane.

Co z powrotem? Tą samą drogą, choć marszu było więcej bo około 5 godzin aż do Santa Teresa, skąd złapaliśmy wielogodzinny kurs do Cusco. Całą wycieczkę zaś zamknęliśmy w około 80 dolarach – może nie tak komfortowo było jak być mogło, ale ciekawie, chwilami emocjonująco (zwłaszcza w busikach podczas mijania innych aut adrenalina czasem skakała), pięnie, bo tam chyba wszędzie jest pięknie niezależnie czy z okien pociągu, autobusu, czy bezpośredniej spokojnej obserwacji podczas marszu.

Po powrocie do Cuzco, chwila odpoczynku, chwila zwiedzania okolic, kolejna noc w autobusie i dziś piszę z Arequipa.

0 thoughts on “My i Machu Picchu

  1. Pomimo,że pisze rzadko- czytam regularnie i mocno kibicuję.:)

    Nie będę sie powtarzać, ale zdjecia bardzo, bardzo….piekne!Nie wiem jak to własciwie wyrazić,ale dodajecie kolorytu szarym dniom polskiego przedwiośnia.
    dziekuję !

    jagoda

  2. Hola Edyta y Wojtek.

    Como siempre pasando por aquí y tratando de traducir lo que escriben.

    Estar en Machu Pichu, y no conmoverse es imposible, subir a una montaña y encontrar una ciudad sobre esta, construida a mano, es impactante.

    Queridos amigos, que su viaje siga siendo tan bueno como a sido hasta ahora, Arequipa es una hermosa ciudad, traten de ir al convento de Santa Catalina, nosotros no pudimos ir.

    Suerte y buen viaje.

    Carlos Borlone Leuquén.