Autobus na trasie Iquique (Chile) – Oruro (Boliwia). Z do dziś niezrozumiałych da mnie przyczyn, autobus wyjeżdża z Iquique już o 21.00. Dojeżdża do granicy w połowie nocy i czeka.

Przejścia graniczne są czynne w godzinach 8-22. Autobus jest całkowicie pozbawiony łazienki. W autobusie jest komplet,  w tym kobieta w ciąży i kilkoro dzieci. Kierowcy zamykają podróżnych w autobusie i idą spać do pobliskich zabudowań. Próbuję spać wśród głośnych, powtarzanych w kółko identycznych pytań jednego z dzieci. Próbuję spać choć robi się coraz zimniej. Próbuję spać choć ktoś wali w okno. I jeszcze chwilę łudzę się, że zasnę choć w okna autobusu walą pięści więcej niż jednej osoby, choć w coraz zimniejszym, a mimo to dusznym powietrzu unoszą się krzyki ludzi. Rezygnuję w końcu ze snu, patrzę, słucham, czekam na rozwój wypadków, a na pęcherzu czuję coraz silniejsze ciśnienie. W końcu nie śpi nikt. Połowa autobusu krzyczy i dobija się do okien – kobieta w ciąży, inne kobiety i inni mężczyźni. Jesteśmy jak w klatce. Ktoś zamknął nas niczym bydło w transporcie na trasie Chile – Boliwia. Świta, czas mija i w końcu… pojawia się ktoś, jakiś człowiek. Krzyki i uderzenia w okna nasilają się. On zaś nie może nas wypuścić – bo to granica, nie ma na to pozwolenia, ale nas wypuszcza. Tłumkiem kobiet szybko dosięgamy łazienek nie obchodząc się bez tak charakterystycznych w damskich toaletach kolejek. Mężczyźni w większości radzą sobie bez użycia pomieszczeń zamkniętych. Nadchodzi ranek, pojawiają się kierowcy i niczemu się nie dziwią, nikt nie mówi im złego słowa, oni się niczym nie przejmują. Jedziemy dalej.