Ja miałam dość, ale wszyscy w kolo bawili się wyśmienicie. Tysiące widzów na ławeczkach wzdłuż ulic, na krzesełkach wystawionych przed domy, w oknach okolicznych zabudować, w cieniu straganów i straganików, a połowa z nich uzbrojona – w baloniki z wodą, w różnego kalibru pistolety na wodę, w butle z pianką. Woda lała się niemal bez przerwy, strumieniami większymi i mniejszymi, silniejszymi i ledwie tryskającymi, rozpryskiwała się na głowach, plecach, butach pozostawiając po sobie mały kolorowy flak rozerwanego balona, a do tego piana biała – gęsta, czasem nawet pachnąca – na twarzach, głowach, w oczach, na dłoniach, plecach, wszędzie.Wielka bitwa piankowo wodna, przystająca tylko na czas przejścia korowodów kolorowych grup karnawałowych przebierańców, a zaraz, za ich plecami, jeszcze w dźwiękach orkiestry rozpoczynająca się na nowo, rozgrywająca ze zdwojoną siłą. Nie ważne kto w kogo. Ci z prawej na tych z lewej, ci z góry na tych z dołu, ci z dołu na tych co obok, dziewczyny na chłopaków, chłopaki na dziewczyny, dzieci, dorośli, staruszkowie. Jedna wielka zabawa, śmiech i krzyki, a czasem jakaś strapiona mina doszczętnie przemoczonej ofiary wszystkich. W Oruro są tylko dwa dni takie w roku. My spędziliśmy tam jeden, okupiliśmy to przyjętymi na własne ciało salwami wodnych rakiet, z mojej strony płukaniem dna oka strzałem z kilkunastu centymetrów w ten cenny narząd oraz całymi masami wchłoniętej pianki. To jednak był niezapomniany dzień, mój pierwszy taki karnawał w życiu. Coś nowego i niezapomnianego. Oprócz wody, pianki i zabawy karnawał w Oruro to dla mnie przede wszystkim korowody przebierańców. Pokazują się tam grupy z Oruro, Cochabamby, La Paz i innych części kraju. Każdy chce pokazać się jak najlepiej, jest więc co oglądać. Niesamowite maski El Diablo i jego kobiet, aksamitne płaszcze tkane złotą nitką, obszywane świecącymi koralikami, zdobne spodnie i koszule, misterne sukieneczki, barwne botki, brzęczące ozdoby, tradycyjne stroje narodowe, kolorowe, piękne nakrycia głowy i pióropusze. Aż w głowie kręci się od tej mnogości i różnorodności, od wirujących w tańcach kolorów i blasków. Różne kombinacje, różne układy, dziesiątki i setki tancerzy w wielobarwnych, połyskujących złotem i srebrem grupach. Raz idą, za chwilę tańczą wirują wokół siebie, w muzyce towarzyszącej im orkiestry, w dźwiękach ostróg wybijających rytm wraz ze stopami tancerzy oraz dzwoneczków przyczepionych do spodni i sukienek. Wspaniały widok, odurzający hałas. Najbardziej spektakularne widowisko rozgrywało się na najszerszych ulicach miasta, gdzie wstęp na trybuny był biletowany i gdzie było najwięcej turystów. My przedarliśmy się na uliczki mniejsze, gdzie może miejsca mniej, ale jakoś tak bardziej lokalnie, bardziej naturalnie i jakby bliżej prawdziwego oblicza karnawału. Tam tancerze czasem zdejmowali maski, pod którymi spocone twarze pragnęły pić, rozcierały obolałe stopy piękne tancerki, orkiestry nie grały pełną siłą, bo grajkom milkły ręce i posłuszeństwa odmawiały obolałe policzki. Tutaj czasem korowód przystawał, ktoś coś jadł, ktoś coś pił, ktoś przysiadał złapać oddech, dać wytchnienie zmęczonym nogom. Za chwilę zaś ruszał dalej znów z uśmiechem na twarzy i masce, w muzyce i wśród okrzyków widzów. W pewnym momencie Wojtek uciekł mi gdzieś robić zdjęcia, ja zaś znalazłszy sobie miejsce wśród dwóch boliwijskich rodzin w miłej pogawędce, oglądaniu karnawałowej parady i komentowaniu napadanych, zmoczonych przechodniów spędziłam przyjemnie czas. Poinstruowana przez pewnego chłopca strzeliłam sobie nawet kilka razy z balonika z wodą i musze przyznać, że Ci którzy to robią muszą mieć z tego powodu niezłą frajdę. W nocy wróciliśmy do Cochabamby, bo noclegu w Oruro nie znaleźliśmy. Dla mnie wystarczy jak na jeden raz.

0 thoughts on “Karnawał na mokro