Nasze drogi ostatnio często wiodą w stronę kopalni. Kontynent Ameryki Południowej pomimo wielosetletniej, bardzo intensywnej eksploatacji wciąż karmi nienasyconą populację ludzką bogactwem minerałów. Daje złoto, srebro, miedź, cynk i wiele innych cennych pierwiastków. Po spektakularnym obrazie największej na świecie kopalni odkrywkowej w Chuquicamata jaki oglądaliśmy w pobliżu miasta Calama (Chile) zmieniliśmy klimat zagłębiając się w mroczne, wilgotne pełne kurzu i wilgoci korytarze kopalni San Jose w Oruro (Boliwia).Informacja turystyczna w Oruro twierdziła, że czynnej kopalni zwiedzać nie można. Warto było jednak skorzystać z komunikacji miejskiej, przejechać miasto i zapytać osobiście w kopalni. Okazało się bowiem, że kopalnię zwiedzać można, a wycieczka z osobistym przewodnikiem okazała się niesamowita. Dostaliśmy kaski, lampki, gumofilce, rękawice i po zaopatrzeniu się w liście koki oraz alkohol i papierosy zagłębiliśmy się w czerń korytarzy drążących wzgórza wokół Oruro. To niesamowite jak daleko od współczesnej technologii i od cywilizacji pozostało to miejsce. Można by odnieść wrażenie, ze wraz z targającymi na swoich plecach worki o  masie ok. 50 kg górnikami (o masie podejrzewam niewiele większej) cofnęliśmy się o jakieś sto lat. Na 200 m już nie było konstrukcji wzmacniających korytarze. Przypominały one raczej niekształtne nory raz większe raz mniejsze wijące się bez widocznego sensu w prawo i w lewo, w górę i w dół ku kolejnym już wyeksploatowanym, czy nowo odkrytym złożom minerałów. Doznanie niesamowite. Wycieczka godna polecenia dla pozbawionych klaustrofobicznego lęku  przed niewielkimi, ciemnymi i dusznymi miejscami głęboko pod ziemią.

Opowiem o kopalni opisując jego wiecznego mieszkańca o ciepłym imieniu El Tio (wujek).
El Tio duch kopalni, psotny przyjaciel, obrońca, ale i kat, przez wielu zwanych diabłem, przez górników otoczony legendami, czczony i wielbiony. Wyglądem często przypomina diabła, ale diabłem nie jest. Ma oczy uszy, rogi, często ciało człowieka, ma usta, w które co chwilę ktoś wkłada świeże liście koki, wlewa alkohol, czy mocuje podpalone papierosy, które tlą się do postaci niedopałka unosząc wokół Tio zapach tytoniowego kadzidła. Wszystko to w towarzystwie, ten kto częstuje rozmawia z Tio – przyjacielem, żali się mu i z nim się cieszy. Żuje z nim liście koki, pije zdrowie, pali papierosy. Dla Tio trzeba mieć czas, Tio nie da się oszukać, pośpiech w kontakcie z Tio, nawet, gdy gna górnika do pracy może się dla niego źle skończyć. Tio może pomóc odkryć nową żyłę minerału, ale może też napsocić – zrzucić skałę na głowę, zgasić lampkę na kasku, porwać plecak, może też ukarać.

Pomoc Tio jest potrzebna. Godziny pracy pod ziemią na 200, 340, 400 i 500 m wymagają wiele siły, zaparcia, ale i szczęścia. Nowe korytarze niczym nora podziemnego stworzenia wrzynają się w coraz to nowe obszary góry Cerro….. łączą się ze starymi pną się w górę lub schodzą w dół, okrążają stare zawalone lub po prostu idą przed siebie. Wszystko to w dźwiękach młotów pneumatycznych, wybuchów dynamitu i pracy pomp napowietrzających i odprowadzających wodą z dolnych partii kopalni. Ich Awaria mogłaby zalać wszystko poniżej 100m od poziomu 0 kopalni.

Tak wiec Tio siedzi to tu to tam. Przy pompie głównej jest Tio, który chroni cały system rurociągów i pomp. Jest szary i nijaki, wycięty z kawałka drewna z dziurą zamiast ust, z otworami zamiast oczu i nosa, z rogopodobnymi pozostałościami deski. Ale jest, a jego usta pełne są liści koki i niedopałków, a przed nim ołtarzyk z darami i składane jedna na drugiej msze ze słodkimi tabliczkami, na których prośby i żale, wszystko zasypane liśćmi koki. Dużo niżej na dwusetnym metrze Tio ze szklanymi, patrzącymi na nas oczyma, cały krwisto czerwony pod masą kurzu, która tylko świadczy o jego wieku. Siedzi naprzeciwko zawalonego szybu starej windy, w której zginęło wiele istnień ludzkich, stąd jego kolor, stąd jego miejsce. Siedzi tak sobie i chroni windy, bo windy stare, a każdego dnia wiozą w górę i w dół setki tysiące kilogramów ludzi i kruszcu. Siedzi i zbiera dary, pije zdrowie, pali papierosy i żuje liście koki, słucha i pomaga, albo nie pomaga.

Tio nie jest sam. Oprócz niego istnieje Tia (czyli ciocia) – zwykle malutka postać, której czasem też coś skapnie i są dzieci Tio, bo on nie lubi być samotny. Żyje bowiem od prawieków pod ziemią i tam chroni górników. Jednak raz do roku na trzy dni opuszcza on podziemia i wychodzi na powierzchnię. Jest to czas karnawału. W piątkowy wieczór zaczyna się radosnym wyjściem Tio na powierzchnię, a dalej to już tylko zabawa i taniec przez trzy następne noce i dwa dni. Kolorowe, bajecznie błyszczące korowody przebierańców utożsamiające legendarne postacie suną tańcząc poprzez ulice i place miasta. To czas  wielkiej fiesty, to czas, dla przyjaciela, dla Tio. To czas kiedy górnicy nie pracują, bo przecież kto by ich chronił.

Jeśli czas nam pozwoli i przychylne drogi nas zawiodą w tym roku może będziemy z innymi dzielić czas tej zabawy. Do tego czasu jeszcze prawie 2 tygodnie.

One thought on “El Tio i Kopalnia San Jose (Oruro)