Jesteśmy w Copacabanie. Karnawał się kończy, choć dające się słyszeć tu i tam dźwięki orkiestry, serpentyny, baloniki i inne ozdoby, które można znaleźć na każdym kroku  jeszcze tego nie zapowiadają.

Miałam wrażenie, że karnawał nas gonił. Z Oruro wróciliśmy do Cochabamby, gdzie karnawał dopiero w najbliższy weekend, ale ludzie już nie mogąc się go doczekać zalewają wszystkich wodą i  upiększają pianką. Może to i miłe dla miejscowych, ale jakoś do końca nie mogłam czerpać z tej zabawy wielkiej przyjemności. Zwłaszcza, gdy napadała nas kilkunastoosobowa banda wyrostków uzbrojona po uszy, ktoś strzelał prosto z przejeżdżającego obok auta albo autobusu, czy balony z wodą spadały na nasze głowy i plecy z poziomu dachu lub którejś kondygnacji wysokich tu i tam budynków . No może poza strzałami małych dzieci, z kalibru mniejszego niż dwa litry pod ciśnieniem mniejszym niż spryskiwacze do mycia aut.

Z Cochabamby pojechaliśmy do La Paz, w którym sparaliżowana zabawą komunikacja nie pozwoliła nam jeszcze tego samego dnia przejechać do Copacabany. Zostaliśmy więc na popołudnie i noc. Dzięki temu obejrzeliśmy trochę pochodów karnawałowych grup – tutaj jakby bardziej na luzie, z większą swobodą. Woda i pianka znów były wszędzie. Od razu zapobiegawczo sprawiliśmy sobie foliowe płaszcze, ale cóż z tego jak rozbawiona gawiedź celowała w twarze i biedne nieosłonięte stópki (tak, nie ma to jak piana w oczach, uszach i ustach). Tu jednak już zaczęłam się nieco przyzwyczajać, więcej śmiać ze szczęściem unikniętych ciosów, czy nawet niekiedy zadanych.

Wczoraj w końcu wylądowaliśmy w Copacabanie. Jakoś dojechaliśmy, choć wiele tego nie zapowiadało. Standardowo z dworca wyjechaliśmy z ponad półgodzinnym opóźnieniem, dopiero, gdy kierowca zapełnił wszystkie wolne miejsca.  Później, naszym autobusem (który chyba już nie powinien w ogóle jeździć, a co dopiero przewozić pasażerów) z prędkością ursusa na polu ziemniaków w czasie wykopków błąkaliśmy się po La Paz, bo kierowca szukał warsztatu, gdzie naprawiliby mu jakiś problem z autem, chyba z tylnym kołem. Jeszcze później trafiliśmy w nieomal „indyjskie” (jak to określił Wojtek) korki, aby w końcu po przeszło dwóch godzinach wyjechać z La Paz na drogę do Copacabany.

Dojechaliśmy, choć raz byliśmy bliscy wypadku, gdy na pięknej górskiej drodze, gdzie ogromna przepaść dzieliła nas od jeziora Titicaca w dole, nasz kierowca, ścigając się z innym autobusem tej samej kompanii, co raz mijając się na zakręcie, do tego na drodze z górki, przy widoczności na około 100 m do przodu (dla oglądania widoków zajęliśmy z Wojtkiem miejsca na samym przedzie), miał problem z wyhamowaniem, gdy drugiemu autobusowi pękła nagle opona i gwałtownie hamował, a z naprzeciwka akurat jechał terenowy pick-up. Pomimo wszystko, co mi się jednak nasuwało głowy na myśl o naszym kierowcy – miał refleks facet. Po krótkiej wiec przerwie, gdy pomagał koledze zmienić koło, w otoczeniu wspaniałych widoków na jezioro Titicaca i pobliskie wzgórza, pojechaliśmy dalej. Już spokojnie i bezpiecznie.

W Copacabanie zaś – karnawał. Ostatni dzień, ku czci Pachamamy (Inkaska Matka Ziemi). Wszędzie serpentyny, dźwięki gry orkiestry i zapach piwa. Nie wiem bowiem do końca, z czego wynika ta tradycja, ale tak jak górnicy pierwszy łyk piwa wylewają dla niej, tak w ten ostatni dzień karnawału wszystko co ważne oblewa się piwem – sklepy, domy, budki ze słodyczami, ustrojone ślubnie auta, kolegę obok, psa – wszystko. Piwo leje się strumieniami do gardeł i na ziemię dla Pachamamy. Popatrzyliśmy więc, posłuchaliśmy, pojedliśmy (jeszcze raz mogę rzec – uwielbiam boliwijskie jedzenie, dobrze że czasem mnie układ pokarmowy męczy – nie nazwę tego dosadniej, bo wróciłabym do kraju jak po wakacjach w USA).

Zwiedzanie okolic zaś zostawiliśmy sobie na dziś. Może więc przy następnej okazji pomęczę nieco przyrodę i krajobrazy, bo zapowiada się pięknie choć nieco chłodno.

2 thoughts on “Droga do Copacabany

  1. Prawde mowiac, w Copocabanie karnawal sie dopiero zaczal. Dokladnie zaczyna sie w poniedzialek przed sroda popielcowa i trwa az do kolejnej srody. Zatem zaczyna sie wtedy gdy konczy sie karnawal w La Paz.
    Pozdrawiamy

  2. Nie wykluczam. Wiemy ze w Cochabambie tak jest, o Copacabanie szczegolnych info nie zbieralismy, bo i tak nie moglismy juz dluzej zostac. Fjesta jednak byla i piwne swiecenie aut. Jesli jednak jest jak mowicie dzieki za sprostowanie. Pozdrawiamy z Cusco