Jeszcze nie wiem jak wygląda najbardziej niebezpieczna droga świata, która łączy La Paz z Coroico, ale tę, którą jechaliśmy wczorajszego popołudnia polecam wszystkim spragnionym mocnych wrażeń. Nasza droga łączyła miejscowość Potolo z Sucre.
Środek transportu – wystarczy autobus, ale równie popularna – zwłaszcza wśród miejscowych jest ciężarówka (tego też spróbowaliśmy, ale po kolei). Miejsce – polecam przy oknie od strony przepaści lub na boku naczepy ciężarówki również od strony przepaści. Pora roku – nie znam innych, ale ten czas teraźniejszy myślę, że jest odpowiedni – lejąca się ze zboczy woda malowniczo podmywa i wymywa fragmenty drogi urozmaicając podróż.

Dwa dni wcześniej wyjechaliśmy w końcu z miasta, opuściliśmy Sucre w taksówce wytatuowanego taksówkarza, lekko nie pewni swego losu, zwłaszcza, że to taksówkarz, że wytatuowany, że dzwonił gdzieś zaraz po przyjęciu naszego kursu i że po prostu jesteśmy do taksówek uprzedzeni (czytaliśmy jeszcze przed wyjazdem relację dwójki Polaków, których taka przejażdżka drogo kosztowała). Sam kierowca okazał się ostatecznie nie tyle groźny, co z lekko przekręconym licznikiem przez co nieco przepłaciliśmy oraz zafundowaliśmy sobie wielokilometrowy spacerek pod górę. Bo, gdy tak zjechaliśmy z głównej drogi, która zgodnie z naszą mapą główną być powinna, gdy już wiedzieliśmy ze jesteśmy na trasie, gdy nasz kierowca zabrał dwóch autostopowiczów – chyba, żeby nas nastraszyć, zaczął się odcinek robót drogowych i samochód zaczął grzęznąć. Przejazd nie możliwy, ale przecież do Chataquila, dokąd miał nas dowieźć jest blisko, bliziutko wprost i prawie nie pod górę. Przytaknęli też obaj autostopowicze, zmieniając nieco swoje pierwsze zdanie które brzmiało daleeeeko i pod górę – przypomnieliśmy je sobie jednak dopiero pakując w policzek kolejną porcję liści koki, bo z bliziutko zrobiło się 5-6 km wciąż pod górę, co na wysokości prawie 3500 m npm było bolesnym przeżyciem. Po raczej dłuższym, niż krótszym czasie wśród wspaniałych krajobrazów, które z uwagi na okoliczności mijaliśmy bez większej ekscytacji, z niepewnym entuzjazmem powitaliśmy znak na starożytna drogę Inków.

Prawdą jest co piszą przewodniki – najlepiej wziąć przewodnika, trzeba mu oczywiście zapłacić, ale przez to można uniknąć wysadzenia w środku drogi dojazdowej, znaleźć trzygodzinną przystępną trasę do miejsca przeznaczenia, uniknąć odkrycia siebie w miejscu nie istniejącym na mapie, gdy miejscowy wskaże położenie: „ooo… gdzieś tu” i w końcu przykrego zawracania z drogi strasznie wpływającego na stan zdrowia ambicji.

Drogę Inków przebyliśmy jednak bez problemów. Cały czas w dół i w dół aż nogi milkły, ale piękna to ścieżka, raz szersza raz węższa ułożona z bloków skalnych lub kamieni, czasem prowadząca schodkami w dół lub w górę. Kilometry malowniczej dróżki, którą wybudowano, aby połączyć Chataquila z Chaunaka. Wkoło zaś niesamowite krajobrazy. Tuż obok czerwone strome zbocza wąwozu porośnięte soczyście zieloną roślinnością, w dali wielokolorowe niczym pomalowane w pasy zbocza Cordillera de los Frailes i innych wzniesień bliższych i dalszych. Obrazy wprost bajkowe, które trzeba zobaczyć, bo opowiedzieć się nie da.

Chaunaka powitało nas ciszą i niemal całkowitym wyludnieniem. Drogę do „biura turystycznego” wskazała nam stara Boliwijka, mówiąca w Quechua, na szczęście używająca też gestykulacji. „Biuro turystyczne” również świeciło pustkami, jakaś kobieta z balkonu obok powiedział żebyśmy weszli. Weszliśmy więc i czekaliśmy, nikogo i niczego się jednak nie doczekaliśmy. Znów więc na balkonie obok wychwyciliśmy kobietę i okazało się, że ona się tym opiekuje i że tam się śpi i że za 8 bolivianów ugotuje nam kolację. Z uwagi na brak materaca w biurze donieśliśmy je z położonego obok szpitala, kolacja była pyszna, zwłaszcza, że ryz z jajkiem, ziemniakami i pomidorkiem powstawał ponad trzy godziny, a spaliśmy jak niemowlaki, bo w tej ciszy i tym powietrzu to chyba nic dziwnego. Samo biuro zaś, tu myślę watro wspomnieć, to było chyba jedno z najciekawszych miejsc w jakich nocowaliśmy. Mieliśmy do własnej dyspozycji cały domek, bo „biuro turystyczne” było w rzeczywistości domkiem w tradycyjnej tutejszej zabudowie (glina, kamienie i czasem jakieś trawy) o grubych murach, bielonych ścianach i dachu krytym bambusem, część kuchenna, zaś cała murowana z glinianym paleniskiem zamykała się nad naszymi głowami w kształt igloo. Do tego była tam lodówka, czajnik elektryczny i łazienka z prysznicem – dla mnie pełen wypas.

Rano, po trudnych negocjacjach związanych z płaceniem i rozmienianiem pieniędzy (we wsi żaden z dwóch sklepów nie miał rozmienić 100 bolivianów – tj. ok. 50 pln) ruszyliśmy we wskazanym kierunku ku wulkanowi Maragua. Po 10 min przyjemnego schodzenia ostro w dół zawróciliśmy i już pod górkę poszliśmy dopytać szczegółów. Droga prowadziła wprost do szerokiej rwącej rzeki i zaczynała się na następnym brzegu. Przejście niemożliwe o tej porze dnia, w ogóle ostatnio sporo padało, niemożliwe dziś iść do Maragua – dlaczego nie powiedziała nam tego wcześniej? Szybka decyzja, dźwięk nadjeżdżającej ciężarówki, pokraczny bieg z plecakami i już byliśmy w drodze do Potolo. Pierwszy kilometr na schodku ciężarówki wypchanej ludzkim mrowiem, a dalej już w środku. Przynajmniej ja w środku, w jakiejś dziwnej pozycji, na górze sprawunków pijanej i mało przychylnej gawiedzi, Wojtek na jednej z drewnianych ścianek.

Dziś, gdy już bezpiecznie siedzę prze komputerkiem i to piszę cieszę się, że widziałam tylko krajobrazy powyżej naczepy ciężarówki. Wracając miałam szerszy obraz sytuacji i przyprawiło mnie to o ból brzucha.
W Potolo obraliśmy kierunek na Nińu Maju i między domkami i poletkami, przez plantacyjki kukurydzy i łączki z byczkami powędrowaliśmy. Godzina, dwie godziny marszu – widoki wspaniałe, zapierające dech w piersiach, godne najszczerszego polecenia – spotkaliśmy człowieka. Zapytaliśmy o drogę. Usłyszeliśmy wówczas, że jesteśmy gdzieś poza mapą, którą mieliśmy. Myśleliśmy jeszcze o tym żeby iść dalej, przespać się gdzieś na dziko, rano poszukać przewodnika i wulkanu. Ostatecznie jednak zawróciliśmy i siebie i nasze ambicje, nieco się usprawiedliwialiśmy przed sobą, niby jeszcze wypatrywaliśmy właściwej drogi, ale po kolejnej godzince czy dwóch znów byliśmy w Potolo.

Złapaliśmy ostatni autobus do Sucre i to dopiero byłą przejażdżka. Zachwyt mieszał się z przerażeniem. To były widoki, jakich nigdy w życiu nie oglądałam. Jechaliśmy czerwono zielonym wąwozem, którego strome ściany tworzyły niesamowite rysunki skalne, gdzie roślinność bujnie chwytała każde miejsce, gdzie można było zapuścić korzenie, w dole, daleko w dole burzyły się wody rwącej rzeki, która zdawała się być strumyczkiem, tu i tam pojawiały się kamienne zabudowania ludzi Jalq’a, a my jechaliśmy wąską drogą na jednej ze ścian wąwozu, czasem wydawało mi się, że za wąską. Niekiedy woda spływająca z góry zrywała powierzchnię trasy i autobus niebezpiecznie przechylało w stronę przepaści, niekiedy, ktoś zatkał taką dziurę, w której widać było tylko przepaść kilkoma pniaczkami drewna, i autobus niebezpiecznie przechylało w stronę przepaści, a niekiedy kierowca rozpędzał nas niesamowicie, gdy z boku była tylko wielka, głęboka przepaść. Do tego daliśmy się w rozmowy z dziećmi, które początkowo odwróciła uwagę od przepaści, dziur w drodze i od wrażenia bliskiego końca, a skończyły się na opowieściach pewnej małej dziewuszki o tym, ileż to aut tu spadło, a ilu ludzi zginęło i jak bardzo jest niebezpiecznie.

Dziś jednak siedzimy i piszemy, ja piszę chyba jeszcze więcej niż zwykle, więc to tekst dla wytrwałych. Coś na podsumowanie: Cordillera De Los Frailes, to jedno z najpiękniejszych miejsc jakie w życiu widziałam. Chciałabym tu jeszcze wrócić.

2 thoughts on “Cordillera De Los Frailes i mała przygoda

  1. Nie wiem o co wam chodzi z tą dróżką, bo ona wygląda na całkiem cywilizowaną i przejezdną…:-)
    A z innej bajki- Wojtku, ostatnio weszłam na twoje foty z Sydney i jest tam taki pan biedny co na piwko zbiera, czy ty wiesz, że on nadal tam jest, w tym samym miejscu i wygląda dokładnie tak samo….Dla niego czas “dosłownie” stanął w miejscu!