Santiago opuściliśmy z pewnym żalem. Spotkaliśmy tam naprawdę ciekawych ludzi, ze wspaniałym pomysłem na życie, aż korciło żeby pomieszkać tam dłużej, pomóc, zostawić po sobie coś więcej niż mgliste wspomnienia. Czas nas jednak goni, a wciąż tak wiele świata niepoznanego.Zatrzymaliśmy w Valparaiso. Urokliwe to miasto rozpościera się na zboczach górzystego wybrzeża Pacyfiku. Spora jego część jest wpisana w rejestry Unesco, bo i powód do tego spory. Wśród ulic i uliczek, przejść i kilometrów schodów łączących tysiące kolorowych domów wciąż działają zabytkowe kolejki. Za obrotowymi żeliwnymi bramkami uruchamianymi naciskiem stopy portiera na wysłużony pedał małe wagoniki wiozą ludzi w dół lub w górę. Kilkadziesiąt i kilkaset metrów, przy nachyleniu 45 i więcej stopni. Jechaliśmy chyba trzema, każdym innym, każdym równie starym, i niezwykle urokliwym. Samo miasto odurza niesamowitą wielobarwnością, w tym też bardzo rozwiniętą sztuką grafitti, która w wielu miejscach wspaniale ozdabiała i urozmaicała elewacje i mury(zamiast szpecić, co znane jest chyba nie tylko mi i czego, w wielu niezaawansowanych przypadkach nie nazwałabym sztuką, lecz rodzajem publicznie podanych wprawek kaligrafii, monotonnych i szpecących).
Poza tym wszystkim jednak zza uliczek i zaułków zionęło smrodem niedomkniętego podwórza starej kamienicy, poza centrum poczucie bycia gringo rosło i przybierało postać równie nieprzyjemnie pachnącej plakietki na środku czoła, a do tego podejrzliwe spojrzenia wypatrujące w nas amerykańskich fortun, nie pozwalały poczuć nam się w tym mieście swojsko. Pozwiedzaliśmy więc, zahaczyliśmy o niesamowicie turystyczną plażę Villa del Mar i ruszyliśmy na północ.

Zanim zatrzymaliśmy się na dłużej w San Pedro de Atakama (po łącznie ponad 24h w autobusie z Santiago) jedno popołudnie spędziliśmy w Antofagascie. W pierwszym planie mieliśmy zostać tam na noc, jednak już po krótkim spacerze zmieniliśmy zdanie. Kupiliśmy bilety na wieczorny autobus do San Pedro, a nasz pobyt skróciliśmy do kilku godzin. Za pomocą komunikacji miejskiej, czyli wciąż zadatkowo poruszających się colectivos dostaliśmy się do największej atrakcji tego miejsca – „portady”, czyli ogromnej formacji skalnej w kształcie bramy. Warto było. Widok wspaniały. I brama i samo wybrzeże – nad wodą piaszczyste plaże obmywane falami Pacyfiku, a dalej niedostępne, pionową skałą wzbijające się kilkadziesiąt merów w górę, pocięte przejściami i jaskiniami. Co dla mnie było niesamowite – te ogromne klify, które wszędzie przed nami, za nami i ponad nami zostały utworzone poprzez warstwy nakładających się na siebie warstw większych i mniejszych muszli, skorupiaków i innych form życia morskiego oraz piachu.

Przemysłowo – handlowe, duże miasto odpychało jednak swoją miejskością, pośpiechem, szarością. Odetchnęłam z ulgą mając pod sobą pędzące koła autobusu. Jechaliśmy dalej.