Nowy Rok już postawił ostatnie kroki, już żyją w nas nowe, żywe wspomnienia sylwestrowej fiesty, lecz zanim zbiorę sie w sobie i napiszę słów kilka na ten temat, dziś jeszcze na chwilę wrócę do Świąt Bożego Narodzenia, naszego pobytu w Perito Moreno, do Raúla, Sergia, Estubana, Glena, do pierożków i do baraniny.Święta, święta i po świętach jak to się zwykło mawiać. Na półkach sklepowych przekwitają niskimi cenami produkty z mikołajkiem na okładkach, z drzwi znikają ozdoby w zielono czerwonych barwach Gwiazdkowych, coraz mniej lampek tlących się wśród zieleni sztucznych świerków spotykamy na ulicach.

Czas Bożego Narodzenia nadszedł bez wielkich przygotowań i przemknął szybko pozostawiając miłe wspomnienia. Wśród długich słonecznych dni, krótkich zimnych nocy, we wszechobecnym silnym wietrze, z soczystymi świeżutkimi czereśniami w ustach, wciąż na nowo trzeba było budzić w sobie nastrój nadchodzących i trwających świąt. Bez drzewka, bez karpika, ale z barszczem, pierożkami, baraniną i co najważniejsze w gronie przyjaznych sobie ludzi wśród śmiechu i rozmów spędziliśmy ten wyjątkowy czas.

Przedstawię uczestników zdarzenia było ich kilku.

Perito Moreno – miasteczko, w którym zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby zobaczyć pobliskie malowidła w Jaskini Rąk (Cueva De Los Manos), a które stało się najdłuższym przystankiem w całej naszej dotychczasowej podróży. Miejsce, które przestaje być ciekawe po przejściu jedynej głównej ulicy, wzdłuż której się rozciąga, całkowicie opustoszałe w czasie sjesty, tlące się życiem przed i po niej, miasteczko, do którego wróciliśmy żeby spędzić tam Boże Narodzenie 2008.

Mini Camping Raúl – miejsce , w którym nasz namiocik stał ponad tydzień, gdzie zapłaciliśmy za jedną noc, bo jako Amigos gospodarza po pierwszej nocy mogliśmy już być tylko jego gośćmi, gdzie żywiliśmy się do syta na koszt gospodarza i któremu w zamian staraliśmy się zafundować choć kilka typowo polskich potraw (cenił je sobie bardziej nić kuchnię francuską).

Raúl – nasz Amigo i nasz gospodarz. Człowiek jedyny w swoim rodzaju, który przez te kilka dni zasłużył na osobny wpis pod tytułem „Raúl”

Sergio – przyjaciel Raula. Poznali się nie dalej niż miesiąc temu, kiedy Raul poprosił Sergia o pomoc w sprzedaży cennej książki „Martin Fierro”, którą odziedziczył po matce. Sergio jest z pochodzenia Argentyńczykiem i rozumie mowę Raula!!!! Podróżował sporo po kraju i po świecie. Od dwóch miesięcy mieszka w Perito Moreno i chyba na razie tam zostanie. Człowiek inteligentny i posiadający poczucie humoru. Służył nam cenną pomocą jako tłumacz.

Estuban – belgijski rowerzysta, sobowtór Brada Pitta. Dołączył do naszego towarzystwa przypadkiem, akurat wpadł do kuchni, gdy jedliśmy pieczeń baranią dzieła naszego gospodarza i przysiadł się. Rano miał wyjeżdżać, został trzy dni. Wegetarianin jedzący mięso, pacyfista nie znoszący sztucznych ogni, wielbiciel dzieci, podróżnik od sześciu lat zwiedzający świat zwykle bez mapy i z dala od głównych szlaków.

Glen – towarzysz podróży Estubana. Cichy Francuz, nie zwykły wiele się odzywać, jednak z bardzo przyjemnym poczuciem humoru, jak już zdarzyło mu się odezwać. Nie od razu zapałaliśmy do niego sympatią, nic nie mówił, twarz z reguły miał zaciętą, milczącą, wyglądał bardziej na oficera ss niż francuskiego informatyka. Minął dzień i wszystko się zmieniło na plus. Planuje objechać świat na rowerze, ma na to ok. 4-5 lat.

Cordero – baranina, którą Raul przyniósł do kuchni w postaci całej, wypatroszonej i obdartej ze skóry owcy (razem z Wojtkiem załatwiali ten zakup co widać na jego zdjęciach), a następnie poporcjował i przyrządzał nam całe święta, wciąż, z nieustającym zapałem częstował: „quieres cordero? … meeeeeee…” (tłum. wł. „chcesz baraniny? ….. meeeeeee…..”). W trakcie tych świąt zjedliśmy ich całe kilogramy.

Pierożki – oj z nimi było ciężko. W Patagonii, a już na pewno w Perito Moreno nie znają kapusty kiszonej, zaś dobycie suszonych grzybów zakrawa o miano cudu, którego nam doświadczyć się nie udało. Robiłam więc kapustę o smaku kiszonym przy pomocy vinegre, kwasku cytrynowego i przypraw. Wojtuś przyrządził nadzienie ruskie zmodyfikowane przy użyciu mozarelli, bo twaróg jest też pojęciem raczej nie znanym. Ugniotłam ciasto, Wojtek z Estubanem dzielnie pokleili pierożki, które gotowe wszystkim bardzo smakowały.

Do tego wszystkiego był barszcz czerwony, placki ziemniaczane (może nie jest to typowa potrawa świąteczna, ale przypomina znane z domu smaki i co ważne, zdołaliśmy zdobyć do niej wszystkie składniki), była też pieczeń barania i wino. Przyjemna, przyjacielska, bardzo wesoła i obfita wigilia. Po kolacji zaś wszyscy poszliśmy do kościoła, bez względu na wiarę i przekonania, każdy chciał zobaczyć jak to jest po argentyńsku, każdy oprócz Raula, który został w domu.

W kościele były śpiewy i odczyty z Pisma Świętego głosami kobiet, był ksiądz i normalna msza. No może prawie normalna, bardziej na luzie, swobodniej, bliżej. W trakcie mszy wbiegł pewien człowiek i zaczął nam rozdawać ulotki różnej treści, głównie innego spojrzenia na wiarę, zaraz go wyprowadzono – siłą, bo wykrzykiwał swoje prawdy próbując zostać. Msza toczyła się dalej, na koniec, ksiądz wypowiedział kilka słów nad plastikową nagą laleczką mającą symbolizować dzieciątko, bardzo typową dla sklepów z zabawkami i wszyscy podchodzili ją ucałować, przed włożeniem do żłobka. Pozwoliłam sobie pominąć tę część wieczoru i od razu udaliśmy się do drzwi, tam całusem w policzek pożegnaliśmy księdza (tu nie było innego wyjścia – drzwi były jedne). Po tym akcencie wróciliśmy do naszego campingu, a tam…….

Raul czekał na nas przed bramą wystrojony w garnitur, krawat i swoje nieco przyduże buty. Cały rozpromieniony zaprosił nas do kuchni, a tam na stole wśród gałązek porzeczki usianych czerwienią swoich owoców i zielenią liści stały talerze z ciastami, owocami i innymi smakołykami. Wszyscy bez wyjątku byliśmy bardzo przyjemnie zaskoczeni. Raul promieniał ze szczęścia zadowolony ze swojej niespodzianki. Jedliśmy słodkości, piliśmy cydr (musujące wino z jabłek), śmialiśmy się i rozmawialiśmy. O północy niebo nad Perito Moreno rozjaśniło się sztucznymi ogniami. Zdezorientowane, przerażone psy biegały próbując znaleźć sobie schronienie. Esteban odłączył się od nas w akcie protestu przed tym bezsensownym szaleństwem. Cała reszta, w tym my staliśmy i podziwialiśmy. Było pięknie i kolorowo. Feliz Navidad!

To były naprawdę miłe Święta i przyjemnie spędzony czas, choć tęsknota za rodzinami i bliskimi grała w naszych sercach.

3 thoughts on “Święta, święta …..

  1. strasznie ciepła opowieść, udało Wam się zdala od najblizszych zachować to, co w te święta najważniejsze
    ps. a Estubana zazdroszcze ;P

  2. Kochani byliście jak wędrowcy w ten wyjątkowy wieczór. Wspaniali ludzie obok, inne obyczaje a jednak magiczna chwila. Pełna radości i niezwykłej dobroci Raula.

    To coś, czego nie da się zapomnieć i na zawsze będzie w Waszych sercach. 😉

  3. Wojtku,przesyłam Wam gorące i pełne zazdrości pozdrowienia z naszego zimnego Koszalina .Czy ludzie są tam wszyscy tacy otwarci ? Czy trzeba mieć szczęście ? Przepiękne pejzaże i niebo macie w tej Ameryce.Szukaj wytwrwale ziemniaków!!!!