Susza. Słońce wysusza tu wszystko. Spala skały, glebę, rośliny i skórę rdzennych mieszkańców tej ziemi. Choć właściwie wszystko to już strawiło, przekształciło, dostosowało poprzez wieki. Teraz spala nas – turystów -niewinnych przejadaczy uciułanego grosza. Nasze nosy, twarze, ramiona żarzą się z daleka czerwienią poparzonej skóry, nasze usta pękają, włosy jaśnieją. Słońce nas przystosowuje. Tu w San Pedro de Atakama po raz pierwszy w Ameryce Południowej doświadczamy pustyni, jej blasku i jej cienia, ale właściwie to o ten blask chodzi.San Pedro zobaczyliśmy nocą. Autobus zgasił silnik w jakimś niewielkim piaszczystym podwórzu. To był cel naszej podróży. Szczęściem, jeden z właścicieli campingów i hosteli wiecznie polujących na świeżo przybyłych, przechwycił nas, gdy nie mieliśmy zielonego pojęcia dokąd pójść (to bardzo popularne w Chile, że przedstawiciele miejsc noclegowych polują na turystów na dworcach, co często ratuje nas nocami, a pomaga w dzień). Wywiózł nas do swego campingu, gdzie przez dwa pierwsze dni nie mogliśmy trafić bez wielkiego problemu. Dziś jednak w czwarty dzień radzimy sobie jako tako i nawet „kikając” , „kłikając” i używając szeroko pojętej gestykulacji jesteśmy w stanie wymówić jego nazwę „quilarcay”.

W końcu jesteśmy w miejscu, które nie przypomina nic co poznałam wcześniej. Tu nie ma wielkiego budownictwa, nie ma betonu i prosto z tartaku wyjętych równiutkich deseczek i bali. Ciosane deski, bale, korzenie, gałęzie, bambus i inne trawy, a do tego glina – oto recepta na dom, mur i całe obejście. Poza starym bielejącym w centrum kościołem nic nie wznosi tu się wyżej nad kilka metrów, ponad jedną konsygnację. Wszędzie szary brąz, szara biel i szara zieleń. Wszystko pokrywa kurz. Drobny pył spalonej ziemi zalega wszędzie. Wzbijany ku górze każdą oponą samochodu, roweru, każdą podeszwą sandała jest wszędzie. Czyszczony i zmywany jednego poranka niezmiennie następnego dnia jest w tym samym miejscu. Tyko sklepy są kolorowe, zachęcają swoimi wielobarwnymi towarami. Ludzie je kupują i też suną barwnie uliczkami tam i z powrotem. Urokliwe to miasteczko – niby malutkie, a rozległe, niby bardzo naturalne, orientalne, nienaruszone cywilizacją, ale bardzo turystyczne drogie i zapewniające dostęp do wszystkiego, czego wielonarodowa masa turystyczna potrzebować może.

Czas spędzamy tu bardzo aktywnie. Tyle wokół jest to zobaczenia i doświadczenia. Pierwsze dwa dni na rowerach objechaliśmy najbliższe okolice. Byliśmy w dolinie księżycowej pełnej niesamowitych formacji skalnych. W palącym słońcu dnia znajdowaliśmy odrobinę ulgi w cieniu krętych jaskiń kształtowanych działaniem wody i krystalizujących soli, gdzie równe bloki układały na zboczach szachownice, albo rysowały niesamowite kształty. Jechaliśmy poprzez równiny pokryte cienką skorupką białej soli, wśród czerwonych, białych i szarych skał pod bezchmurnym niebem w krajobrazie iście księżycowym. Później wspięliśmy się z mrowiem innych turystów na ogromną rozgrzaną wydmę i wzgórze za nią, by podziwiać zachód słońca nad całą tą niesamowitą krainą i nad miejscami, do których pewnie nigdy nie dotrzemy. Powrót tego dnia był ucieczką przed nocą, która dopędziła nas kilka kilometrów przed miastem na nieoświetlonej szosie, gdzie ostatnie kilometry widząc tylko światła coraz bliższego miasta na pół szliśmy na pół jechaliśmy (bo wypożyczone rowery świateł nie miały).

Następnego dnia rowerki zawiozły nas na ruiny inkaskiego miasta narysowane skalnymi ścianami na stromym zboczu w pobliżu San Pedro, a dalej do Doliny Śmierci, w której zastaliśmy znów skalne korytarze i przejścia – wypalony słońcem labirynt wśród wysokich wzniesień. Gorącym piaskiem parząc sobie stopy wdrapaliśmy się na jeden ze szczytów i myślę, że zabłądzić w tym miejscu bez wody mogłoby się źle skończyć. Podobne do siebie wzniesienia, niczym ogromne solno – piaskowe fale rozciągały się setki metrów wokół. Wśród nich nawet jednego drzewa, trawy, czy kaktusa. Wszystko spalone w pył.

Nie wszędzie można tu dojechać rowerem. Niekiedy odległości są zbyt duże. Rozwinięta baza turystyczna San Pedro de Atakama radzi temu. Wycieczki bliższe i dalsze można wykupić w wielu biurach turystycznych za całkiem przyzwoite ceny. Skorzystaliśmy z ich usług i my.

O czwartej rano dnia trzeciego busik (na szczęście jeden z najszybszych spośród wielu innych jadących zapewne co dzień w te same miejsca) zabrał nas na wycieczkę. Wschód słońca spędziliśmy na wysokości ponad 4300 m n.p.m. wśród największego w Ameryce Południowej skupiska gejzerów (Gejzery Tatio). Tak jak tam, chyba ostatni raz marźliśmy na Fitz Roy. Wydawałoby się, że rozgrzana do ok. 85 stopni woda powinna ogrzać to miejsce, ale nie ogrzewała. Dygocąc z zimna oglądaliśmy widowiska tryskającej w górę wody . Nie były to widoki bajkowe, gdy gejzery tryskają kilkadziesiąt metrów w górę, woda wzbijała się najwyżej na dwa metry, ale widoki były wspaniałe. Z otworów w ziemi, raz niewielkich, raz dużych o kształcie małych wulkanów, wydobywały się kłęby pary wodnej i gnały ku górze w pierwszych promieniach dnia. My stąpaliśmy po twardej wielobarwnej warstwie minerałów, jakie gorąca woda wyniosła ze sobą z wnętrza ziemi wśród tych słupów mgły i małych strumyczków pozostałej na powierzchni cieczy. Zaraz potem zaś jeszcze w chłodzie nocy zanurzyliśmy się w cudownie gorących termach (gdzie niegroźnie poparzyłam sobie pewną część ciała siadając zbyt blisko ukrytego w dnie małego gejzerka, który co pewien czas podgrzewał temperaturę wody strumieniem wrzątku spod ziemi).

Do tego były pyszne empanady (nie wiem czy pisałam: najpopularniejszy fastfood – rodzaj pieczonego (Argentyna i Chile) lub smażonego (Chile) pieroga z nadzieniem różnym) z serem lamy i szaszłyki z mięsa lamy, oraz spacery w dolinie ogromnych kaktusów wzdłuż i poprzez ciepły górski potok i było pięknie i gorąco, ale nie będę się bawić w prozaika, za dużo tej narracji.

Dziś zaś czekają nas jeszcze słone jeziora i sama Salar de Atakama, o tym jednak może później.

0 thoughts on “San Pedro de Atakama – gorący kontakt z pustynią

  1. Zastanawiając się, co ciagnie człowieka w świat mozna ptrzytoczyć słowa Kapuścinskiego w jedenej ze swoich książek napisał tak : “Podróż jako wysiłek i dociekanie jako próba poznania wszystkiego – życia, świata, siebie”. Kochani, zdjęcie cudne, ciekawe relacje, realizujcie dalej swoje marzenia, wzajemnie sie wspierając, dbajcie o siebie – buziaki