Z okazji przedłużonego pobytu w El Chalten zafundowaliśmy sobie dwudniowy trek, który kolorowo wypełnił nam czas oczekiwania na najbliższy autobus do Perito Moreno. Chcieliśmy jeszcze raz zobaczyć szczyty Cerro Torre, Fitz Roy i ich towarzyszy. Tym razem z nieco innej perspektywy, tym razem wszystkie obok siebie.Wyruszyliśmy w poniedziałkowe wczesne popołudnie. Zapas jedzenia zapewniłby nam syte życie przez co najmniej cztery dni, plecaki spakowane na dwa dni były względnie lekkie, przejście piętnastokilometrowego szlaku (w jedną stronę) przewidzianego na 7 godzin to miała  być czysta przyjemność. Znów coś przyjemne być miało, więc zapewne nie było. Fakt, ale  było ciekawie.

Góry to dzika natura i nieprzewidywalna pogoda. Właśnie one  nieco uprzykrzyły nam  życie i wywołały sporo strachu, śmiechu i zwykłego zmęczenia. W połowie bardzo przyjemnej wędrówki przekroczyliśmy granicę lasów, a przed nami roztoczyły się łąki.
Ogromne połacie łagodnych zboczy aż soczystych cudowną wiosenną zielenią. Przyjemnie było popatrzeć, gorzej przez nie przejść. Widoczne na mapach rzeczki, które miały swój początek i koniec w miejscach bliżej nieokreślonych rozlewały się  wśród ogromnych połaci traw. Długo szliśmy poprzez te podmokłe tereny. Nasze buty nie do końca trekingowe, kończące się poniżej kostek, a wodę chętniej wchłaniające do swego wnętrza niż utrzymujące ją poza (czyt.: o wodoodporności nawet nie słyszały) przestały spełniać swoją rolę po pierwszych kilkudziesięciu metrach. Nasze stopy zapadały się w kałuże mokrego szlamu niekiedy głęboko powyżej kostek. Szliśmy jednak. Łąki kończyły się i znów zaczynały. Mimo mojej szczerej chęci powrotu nie wchodził on w rachubę było za późno, za daleko. Wędrowaliśmy dalej. Wiało coraz mocniej, słońce powoli chyliło się ku zachodowi, chwilami znikało za nadciągającymi chmurami. Robiło się

coraz zimniej. 

Camping jak zwykle pojawił się niespodziewanie. Jeszcze w El Chalten ochrona parku ostrzegała nas, aby uważnie wybierać  miejsce, gdzie będziemy rozstawiać namiot. Stary las jest pełen suchych gałęzi i suchych drzew, a silne wiatry nad Laguną Toro kładą na ziemię nawet młode drzewa. Silny wiatr – spodziewałam się mocnych podmuchów, ale nawałnica jaka roztoczyła się nad naszymi głowami, kiedy jeszcze jedliśmy kolację była pierwszym tego rodzaju doświadczeniem w moim życiu. To były grzmoty wiatru, które spadały na korony drzew ponad nami, a dalej, nieco spowolnione pierwszym upadkiem uderzały w nasz namiocik.  Bałam się i suchych konarów  i skalnej ściany tuż obok nas. W końcu jednak przyszedł sen i do rana sztorm szalał daleko poza moją jaźnią

.

Poranek przyniósł deszcz  i osłabienie wiatru. Przed południem krople deszczu wyschły, a my odziani w sandały, kurtki, czapki i rękawiczki w łagodniejszym już wietrze wędrowaliśmy drogą powrotną. Podmokłe łąki nie były nam straszne, bo stopy szybko wysychały w coraz cieplejszym słońcu. Mając nieco czasu w zapasie, zdecydowaliśmy się iść „na skróty” w kierunku oddalonego o dodatkowe kilka kilometrów punktu widokowego. Zdarza nam się ostatnio – zabłądziliśmy. Szlak jednak w końcu odnaleźliśmy, a dzięki chwilowej dezorientacji w terenie nasze oczy nakarmiły się pię

knymi krajobrazami.

Widzieliśmy wszystkie szczyty obok siebie, a choć Cerro Torre mgliście wyłaniał się spoza otaczających go obłoków, widok był spektakularny. Nie żal było ani nadrobionych kilometrów, które wiodły nas ku górze, ani sztywnych z zimna policzków utrudniających mówienie, oraz przewiewającego nas lodowatego powietrza na wzgórzu ponad granicą ś

niegu.

W nagrodę, odnalazłszy spokojniejsze miejsce za kawałkiem skały, która osłoniała nas od najsilniejszych powiewów zjedliśmy ciepły obiad i wypiliśmy cudownie gorącą herbatę. W takich chwilach, w zmęczeniu i satysfakcji osiągniętego celu takie, z pozoru małe rzeczy stanowią niewyobrażalną przyjemność

.