Z pewnym opóźnieniem wydostaliśmy się z Puerto Natales i Chile. Dziś znów bawimy na terytorium Argentyny. Pozostawiliśmy za sobą Torres Del Paine, ale nie Andy. Ostatnie dni mijają nam pod znakiem Parku Narodowego Los Glaciares, największego parku narodowego Argentyny, kolejnego na naszej drodze rezerwatu biosfery UNESCO.Jest poniedzialek. Dziś jesteśmy w El Chalten przeszło 250 km od Puerto Natales, które opuściliśmy ostatecznie dopiero we środę minionego tygodnia. Mamy za sobą kilka godzin podróży, lodowiec Perito Moreno i trzydniowy spokojny trek u podnóży Cerro Torre, Cerro Fitz Roy i wielu innych pomniejszych szczytów. Zacznę jednak od początku.

Rio Turbio
Już we wtorek podjęliśmy pierwszą, jak się później okazało – bezskuteczną, próbę opuszczenia Puerto Natales. Postanowiliśmy zwiedzić małe górnicze miasteczko Rio Turbio. Spakowaliśmy więc nasze plecaki, czyli cały dobytek, w posiadaniu jakiego jesteśmy i zasiedliśmy w malutkich fotelikach sprowadzonego z Chin busika miejscowej firmy komunikacyjnej, który powiózł nas w świat. Z pewnych źródeł wiedzieliśmy, że to mało turystyczne miasto może okazać się bardzo ciekawym miejscem, szczególnie jako temat do działań fotograficznych Wojtka. Chyba jednak nieco się przeliczyliśmy, szczególnie finansowo. Miejsce w najtańszym w mieście hostelu kosztowało trzy razy więcej niż Puerto Natales. Najtańszy nocleg, bagatela 4 km od miasta (wierzcie mi z plecakiem na plecach w upale argentyńskiego słońca to nie jest niedzielny spacerek), kosztował zaledwie dwa razy więcej. Jako, że planowaliśmy do Calafate i do Lodowca Perito Moreno jechać ze zorganizowaną wycieczką, szybko zapadła decyzja o powrocie do Puerto Natales. Samo Rio Turbio przedstawiało się owszem całkiem ciekawie. Widzieliśmy zaledwie kilka osób, które wydawały się być turystami, a poza nimi, normalne życie górniczego miasta: sjesta, leniwe gorący dzień i popołudniowe powroty z pracy. Wielu górników w charakterystycznych czarnych beretach. Do wieczora poznawaliśmy ten świat, oglądaliśmy uliczki zabudowane małymi domkami, często z płyty pilśniowej, choć tu dużo się budowało i zwyczajnie murowało, chwilami mieliśmy wrażenie, że za każdym rogiem powstawał jakiś nowy dom (w Puerto Natales chyba 80% domów jest z płyty pilśniowej i blachy ocynkowanej, czasem miałam wrażenie, że przy silniejszym wietrze, mógłby odfrunąć ten mały świat z tektury, ale wiatry nadchodziły i odchodziły, a on był, jest i pewnie długo jeszcze będzie). Co ciekawe – niemal wszędzie przy tych domkach, które niekiedy wyglądały jakby stały na granicy totalnej ruiny co raz było widać nowe, drogie auta najlepszych marek – nie mogłam się temu nadziwić.
Po zwiedzeniu Rio Turbio wieczorem wśród okrzyków radości powitaliśmy Teresę w jej Hostelu Patagonia w Puerto Natales. Podsumowując: przejechaliśmy ze 30 km, a nasze paszporty wzbogaciły się o cztery nowe pieczątki – wyjazd z Chile – wjazd do Argentyny – wyjazd z Argentyny – wjazd do Chile. Do tego przy wjeździe do Chile , jeszcze nie zjedzonego banana ze śniadania u Teresy, bo do Chile wwozić owoców nie wolno. Cóż, że Chilijski. Rano ruszyliśmy dalej.

Park Narodowy Los Glaciares, Lodowiec Perito Moreno, El Calafate
Zdecydowaliśmy się na wycieczkę. El Calafate samo w sobie nie było naszym celem. Mieliśmy tam dotrzeć wieczorem i po jednonocnym campingu, następnego dnia ruszyć w stronę El Chalten oraz północnej części Parku Los Glaciares. Tymczasem autokar zawiózł nas na punkt widokowy Lodowca Perito Moreno. Mimo sporego tłoku turystów na bardzo profesjonalnie przygotowanych tarasach widokowych ta ogromna masa zlodowaciałego śniegu zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Pierwsze co mogę powiedzieć i chyba najbardziej obrazowe – ogromny, wspaniały i niesamowicie lodowaty. Poszarpane topnieniem czoło lodowca stało kilkadziesiąt metrów przed nami, błękit i biel raziły oczy.
Mięliśmy zaledwie pół godzinki na szybki spacer w tym miejscu (jak to na zorganizowanych wycieczkach – „(…) a teraz wysiadamy z autokaru i mamy 10 min. na fotografie przy tym wspaniałym pomniku (…)”), ale nie ubolewaliśmy. Kilkanaście minut później weszliśmy na pokład wielkiego turystycznego katamaranu i w bardzo kameralnym składzie około dwudziestu osób popłynęliśmy pod czoło lodowca. Dopiero wtedy poczułam to, o czym już napisałam – że jest ogromny. Sześćdziesięciometrowa lodowa ściana przed nami. Wciąż błękit i biel, nieregularne rozdarcia, szczeliny, prześwity i głęboki błękit widocznego gdzieniegdzie wnętrza. Cudowny. Kiedy patrzy się na coś takiego słowa nie chcą płynąć. Oddychałam tym miejscem, zimnym powietrzem bijącym od prastarych cząstek wody z Pacyfiku – jedna obok drugiej zbitych z pyłem zdartym ze skał w ogromną masę Lodowca Perito Moreno. Wspaniały.

Park Narodowy Los Glaciares, El Chalten
Do El Calafate autokar odwiózł nas po osiemnastej. Decyzja była szybka, kupiliśmy bilety i nie zważając na wcześniejsze plany ruszyliśmy w stronę El Chalten. Małe miasteczko otoczone pionowymi ścianami skalistych wzgórz przywitało nas promieniami zachodzącego słońca kładącego purpurę na odległy szczyt Fitz Roy. Góry wzywały, rano więc uzupełniliśmy zapasy i znów na trzy dni odcięliśmy się od cywilizacji.

Park Narodowy Los Glaciares, Cerro Torre
Przepakowane plecaki nie ciążyły tak mocno, szlak nie był ani nazbyt trudny, ani nazbyt długi, podbudowana kondycja dawała o sobie znać i w tych sprzyjających warunkach późnym popołudniem zobaczyliśmy przed sobą Cerro Torre (ponad 3100 m n.p.m., okoł 2500 m ponad nami). Jedna z najbardziej niebezpiecznych tras wspinaczkowych. Przez kilkadziesiąt lat zgromadziła na swoim koncie śmierci wielu śmiałków, którzy próbowali zdobyć ten szczyt. My oglądaliśmy go z daleka, z punktu widokowego położonego kilka kilometrów od jego podnóży. Ostry niczym igła piął się do góry wśród innych niższych gór, nad Lodowcem Grande, ponad jeziorem Torre zbierającym szarobłękitne wody lodowca. Widzieliśmy i zachód i wschód słońca ponad szczytem Cerro Torre i jego odwiecznych górskich towarzyszy. Żal było rozstawać się z tymi skałami, zimnymi, odległymi, samotnymi. Rano jednak szlak powiódł nas dalej.

Park Narodowy Los Glaciares, Cerro Fitz Roy
Kolejne popołudnie, kolejny camping, znów makaron z soczewicą i sosem pomidorowym (soczewicy to tu chyba zjem za pół życia), chwila odpoczynku i wspinaczka. Na mapie wygląda to jak żabi skok (zwłaszcza, że ta którą tu dysponujemy nie posiada poziomic),w rzeczywistości to wspinaczka ponad 500 m w górę po kamienistym szlaku, żeby po dojściu na niewielki (w skali porównawczej otoczenia), bo zaledwie siedemsetmetrowy szczyt wzniesienia zobaczyć przed sobą Fitz Roy. Wooooow. To dopiero jest kolos, małe jezioro De Los Tres – wspaniale turkusowe w prześwitach warstwy pokrywającego go lodu, z krystalicznie czystą orzeźwiającą i chyba najlepszą, jaką w życiu piłam wodą (Wojtek wypił chyba ze trzy litry – nie mógł się opić), a za nim, ponad warstwą śniegu, królujący ponad wszystkim – Fitz Roy (ponad 3400 m). Nawet nieopodal piętrzący się monad 3000 m Poincenot zanikał w jego cieniu. Nie mieliśmy szczęścia, cały czas jaki spędziliśmy na punkcie widokowym najwyższe partie góry przykrywały chmury, ale na dobrą sprawę, nie wiele to zmieniało. Znaliśmy jego kształt, widzieliśmy go wiele razy z nieco większych odległości, a otaczające go mleczno szare kłębowisko obłoków często rzedło i pozwalało dojrzeć cień szczytu.
Spędziliśmy nieco czasu u jego stóp. Widzieliśmy szmaragdowe jezioro Sucia, które dziesiątki metrów niżej wydawało się niewielkim zbiornikiem wodnym jaskrawo jarzącym się swoim kolorem, w rzeczywistości kilkakrotnie większym od bliskiego nam jeziora Torre.

To są cuda natury. Ta feeria barw, wschody i zachody słońca, góry lasy doliny. Może wydawać się nudne – w końcu to przyroda, przyroda i wciąż przyroda, jednak dla mnie to niezapomniane, niepowtarzalne widoki, miejsca i doznania, które dokarmiają mnie wciąż ich nienasyconą.

Z małych przygód – w naszym extra namiocie (First Ascent made for Carrefour in Ceilon)ostatniej nocy, którą spędzaliśmy w górach zepsuł się suwak, nie mogliśmy więc bezpiecznie się w nim zamknąć w ochronie przed wszechobecnymi komarami. Uratowała nas folia, którą kupiliśmy wraz z namiotem (tak na wszelki wypadek). Spokojnie jednak – nasze wspólne inżyniersko – abstrakcyjne podejście do pewnych spraw pozwoliło go naprawić i od wczoraj znów nocujemy na campingu.

Ps. Jak znajde gdzies troche mocy do mego komputera sladem Wojtusia wrzuce pare zdjec