Do Perito Moreno przyjechaliśmy zobaczyć starożytne malowidła w Cueva de las Manos (Jaskinia Rąk). Zobaczyliśmy je. Poza tym wędrowaliśmy przepięknym kanionem, zabłądziliśmy na pustyni ponad nim, odnaleźliśmy drogę, ale jakimś cudem ponad siedemdziesiąt kilometrów od miejsca w którym chcieliśmy się znaleźć, w końcu jednak szczęśliwie wróciliśmy na nasz camping u lekko zwariowanego Raula. Na Camping Raula trafilibyśmy przypadkiem. Wskazały nam to miejsce zapytane o drogę dziewczyny, które, jak się okazało tego dnia stamtąd wyjeżdżały. Bramkę otworzyliśmy koło po południa, poza nami w tym czasie nie było tam nikogo. Raul mógł się więc zająć nami i tylko nami, co oznacza, że zasypał nas gradem mało zrozumiałych dla nas słów w trybie ciągłym i nieustającym, pokazał całe obejście, wychwalił swój ogródek, swoją sałatę, szczypiorek i kolendrę, a następnie zaprosił na mate, na miętę, na herbatę albo kawę Początkowo nie mogłam znieść jego stałej obecności – fakt, bardzo sympatycznej, powiedziałabym, że nieco opiekuńczej, ale z lekka osaczającej.

Niezaprzeczalnym faktem jest jednak to, że dzięki temu, nieco zdziwaczałemu, nieco szalonemu, ale przede wszystkim przesympatycznemu człowiekowi następnego dnia rano (to już był czwartek) siedząc w ciężarówce zmaltretowanego dzień wcześniej przez naszego gospodarza sąsiada mknęliśmy w stronę Cueva de los Manos. Nasz kierowca miał nieco czasu do rozpoczęcia pracy, troszkę pomylił trasę, ale przede wszystkim miał dużą chęć nam pomóc. Dzięki temu jeszcze w porannym słońcu jedliśmy śniadanie na dnie wyschłego jeziora około trzy kilometry od naszego celu (z Perito Moreno po tej trasie mieliśmy do przebycia około 80 km), a grubo przed południem zaczęliśmy schodzić ze zbocza kanionu widząc po przeciwległej stronie tarasy widokowe wzdłuż kamiennych ścian.

W południe z naszym osobistym przewodnikiem odziani w kaski poszliśmy oglądać „łapki“ (nazwę tą wyczytaliśmy w jednym z zeszytów pamiątkowych Raula, gdzie każdy gość zostawia swój wpis – ten należał do pewnego Polaka, który bodajże w 2001 r. odwiedził to miejsce przed nami). Po przejściu kilkudziesięciu metrów zobaczyliśmy pierwszych kilka, a dalej dziesiątki odbitych na skalnych ścianach kolorowych, często niekształtnych dłoni. Wyglądały trochę jak efekt dziecięcej zabawy sprayem. Czerwone, czarne, żółte, pomarańczowe, a nawet kilka turkusowych – cienie dłoni maleńkich, wielkich, smukłych i grubych kładły się na skałach przed nami. Oprócz nich czarne i czerwone guanako (lamy) raz stojące raz biegnące, a obok nich myśliwi ze swoją bronią. Można by powiedzieć – nic spektakularnego, ale świadomość tego, że malowidła te tworzyli ludzie w czasie 3000 – 9000 lat przed nami budzi respekt. Taki też czuliśmy.

Droga powrotna miała być prosta acz ciekawa. Wzdłuż rzeki, kanionem – sama przyjemność. Bywa jednak, że kiedy nie do końca rozumie się język obcy, a ktoś próbując za wszelką cenę coś wytłumaczyć mówi zbyt wiele, można pomylić drogi. Nie muszę chyba mówić, że zostaliśmy dotknięci tym przypadkiem. Jak się później dowiedzieliśmy pracownik parku próbował nam powiedzieć – „(…) nie wchodźcie na górę (na szczyt kanionu), bo się zgubicie(…)”, my zrozumieliśmy, że na zbocze kanionu wspiąć się trzeba i tym sposobem zgubiliśmy się. Po godzinie przyjemnego spaceru dnem kanionu, mało czytelne znaki wraz z groźnie szczekającymi w pobliskiej estancji psami wskazały nam drogę ku górze. Stromo było i ślisko, ostre trawy wbijały się w dłonie, kamienie usuwały spod stóp, a my twardo pięliśmy się ku górze. Godzinę, może dwie zajęło nam wdrapanie się na szczyt. Widok – pieeeekny. Bezkresne przestrzenie, traw i piasku, struś nandu z gromadką małych uciekający przed nami, ciekawskie guanako tu i tam (na szczęście ani jednego skorpiona – podobno sporo ich tam) i jakaś odległa droga hen na horyzoncie.

Ruszyliśmy ku niej. Minął dłuższy czas mozolnej, mało urozmaiconej wędrówki, kiedy w końcu stanęliśmy na ubitym żwirze krajowej drogi. Żadne z nas nie mogło uwierzyć, że do miasta oddalonego od Perito Moreno (gdzie zostawiliśmy nasze rzeczy) o blisko 120 km, mamy prawie 40 km. Łudziłam się do następnego zatrzymanego samochodu, że pierwszym zapytanym ludziom coś cię pomyliło. Było już późne popołudnie byliśmy prawie 160 km od naszego celu, a mieliśmy być zaledwie 75 (na drogę powrotną zaplanowaliśmy „stopa”). Nic nie jechało w naszym kierunku, moje morale uległo znacznemu obniżeniu, aż zobaczyliśmy go – pickup zmierzający ku nam – mniej więcej z kierunku, z którego przyszliśmy. Dwóch Szwajcarów zabrało nas ze sobą prosto do Perito Moreno. Od nich dowiedzieliśmy się że w Parku martwią się o dwójkę ludzi, którzy poszli na skróty, a chyba nie do końca zrozumieli jak skrót prowadzi. To byliśmy my.

Wieczorem u Raula zrobiliśmy placki ziemniaczane i wspólnie we trójkę zjedliśmy. Nasz gospodarz nie mógł pojąc po co tarkować surowe ziemniaki i jak to nie gotować ich w wodzie. Koniec końców bardzo mu smakowały, a następnego dnia, może w nagrodę za placuszki dostaliśmy po sowitej porcji grillowanego mięsa (parilla).

Raul zabawiał nas zaś cały dzień nieustającymi próbami rozmowy, recytacją i odczytami swoich poematów (były żołnierz i policjant wydał trzy zbiory poematów i wierszy). Szczerze – w pewnym momencie miałam dość. Choć kto wie, może wrócimy tam na argentyńskie święta Bożego Narodzenia.

3 thoughts on “Łapki

  1. Przynajmniej swieta bedziecie mieli suto zaprawione i z un poco loco amigo, ktopry bedzie sie cieszyl jak dziecko.
    Swoja droga ta parka wyglada jak z kreskowki “sasiadzi”:-)

    Placki ziemniaczane…och jak mi tego brakuje.

    Pozdrowienia

  2. Edyto, Wojtku, w tym szczególnym dniu, który macie (nie)szczęście spędzać z dala od swoich Rodzin, życzę Wam aby nie opuszczała Was pomyślność i ciekawość świata. trzymajcie się ciepło i -kiedy najdzie Was ochota- wracajcie bezpiecznie. muchos buziakos i uściskos!

    Rodzice oczywiście dołączają się do życzeń 🙂

  3. ja tak banalnie dziś, jak banalne spóźnienie moje z życzeniami świątecznymi, które chcę w tym miejscu Wam złożyc kochani. powodzenia zatem w dalszych wojażach i wielu okazji do szczególnych momentów i spotkań życzę abyście mogli się nimi dzielic z nami. tymi, którzy na Was czekają. i kibicują.
    pa
    Adam