Ostatni wieczór w Ushuai dobiega końca (wtorek). Zakwasy od pasa w dół mego nieco rozleniwionego ciałka powtarzają mi wciąż, że jesteśmy w górach, choć nie tylko. Ushuaia uważana z najdalej wysunięte na południe miasto świata zamyka się z jednej strony wybrzeżem Kanału Beagle, z drugiej pnie się coraz wyżej ku górom, bokami zaś rozrasta się coraz dalej – jak to miasto.Przyjechaliśmy tu w piątek późnym wieczorem. Właściwie to była noc, dwudziesta trzecia już dawno minęła, zmrok jednak zupełnie jeszcze nie zapadł, więc było prawie jak wieczorem (tak na marginesie: nie odczuwam niemal zmiany czasu, jadam w tutejszych porach – o ile są do tego warunki, nie zasypiam przed północą – choć w Polsce to niemal czwarta, nie sądziłam, że tak łatwo mi to przyjdzie).
Wciąż w pamięci mam czas, gdy tu dojeżdżaliśmy. Wyjazd z Argentyny – stempel w paszporcie, wjazd do Chile – kolejna pieczątka, Wyjazd z Chile – stempel, wjazd do Argentyny – kolejna. Już w trakcie przejazdu przez Chile bezkresne równiny w końcu przeobraziły się w urozmaicony, pagórkowaty teren. Przeprawiliśmy się promem przez Cieśninę Magellana. Jechaliśmy dalej. Mijały kolejne godziny w autobusie (z Rio Gallegos 12 h). Pojawiły się drzewa, najpierw wszystkie wyschnięte, ogołocone z liści, większości gałęzi i kory, stały martwe jedno obok drugiego, całe lasy. Gdzieniegdzie w obniżeniach coraz wyższych pagórków, wśród zielonych wiosenną zielenią, skropionych jaskrawą żółcią kwitnących, tak dobrze nam znanych mleczy (nazwa potoczna mniszka lekarskiego – przypominam), pomiędzy meandrującymi rzeczkami pasły się owce, lamy, a nawet w płytkich rozlewiskach niedaleko drogi, którą przejeżdżaliśmy wypatrzyłam spore grupy różowych flamingów.  Czas mijał, krajobraz za oknami wciąż się zmieniał. Tak! w końcu i nareszcie wciąż się zmieniał, aż wypatrzyliśmy zielone gęste lasy i góry. Wspaniałe ogromne ze szczytami pokrytymi białą warstwą śniegu piętrzyły się przed nami. Niekiedy mogliśmy dostrzec całe, innym razem kryły swe szczyty w powoli zapadającym zmroku, lub sunących nisko chmurach.
Do miasta wjeżdża się dość długo. Parę kilometrów ciągną się place zastawione kontenerami, tereny firm handlowych i przeładunkowych, stojące gdzie niegdzie, raczej skromne domki. Dopiero później wjeżdża się do miasta. Ushuaia, jak chyba wszystkie argentyńskie miasta, miasteczka i wioski, jakich mapy widziałam podzielona jest na bloki. Ulice dzielą skupiska domków w kwadraty, ronda to prawdziwa rzadkość, niekiedy widuje się sygnalizację świetlną, raczej dominuje klakson, odwaga i grzeczność. Miasto do którego trafiliśmy nie odbiegało od reguły, ulice równoległe do wybrzeża kładły się niczym tarasy coraz wyżej ku górom, a przecinające je uliczki poprzeczne niekiedy stwarzały pewną trudność podczas wchodzenia. Domki raczej małe i malutkie, zwykle nie więcej niż dwie kondygnacje, często kolorowe. Jedne bardziej zadbane, inne mniej, ale wszystkie razem stwarzały naprawdę miłe wrażenie.
Na początek nieco wymarzliśmy. Pierwszego dnia niskie temperatury zmusiły nas do ubrania na siebie niemal wszystkich ciepłych ubrań w posiadaniu jakich byliśmy. Drugiego dnia, polska krew (u Wojtka nadbałtycka, a u mnie podlaska) dała o sobie znać i wystarczyły ciepłe bluzy. Zaopatrzyliśmy się jednak w rękawiczki i myślę, że to był bardzo udany zakup, mimo, że Ushuaia jest droga. Sama Argentyna jest droższa niż przewidywaliśmy, ale Ushuaia cenowo przerasta Mielno w sezonie wakacyjnym.
Dość jednak o tym, miasto – to miasto. W jego pobliżu zasmakowaliśmy sporej dawki natury i może nieco o tym. Zaprawę trakingową rozpoczęliśmy drugiego dnia (musieliśmy nieco odpocząć, troszkę popracować). Wybraliśmy się na Glaciar Matrial (1000 m npm). Nie doszliśmy na szczyt, utknęliśmy ok. 850 m npm. – wysoko ponad pierwszym śniegiem jaki spotkaliśmy na szlaku. Dalej iść nie pozwolił właśnie on – mokry, topniejący śnieg, w którym nasze nogi obute w raczej nieodpowiednie butki zapadały się zbyt głęboko, skarpetki za szybko nasiąkały. Trochę też wpływ na to miała kondycja, która dała z siebie w tej wycieczce niemal wszystko i więcej nie bardzo mogła. Miejsce, do którego dotarliśmy dawało jednak tak spektakularny widok, że w zupełności zaspokoiło to moje oczekiwania. Ponad nami szczyty i ogromne połacie śniegu zalegającego tam grubymi warstwami. Wokół nas skaliste zbocza i śniegu ciąg dalszy, z niekiedy wydobywającymi się spod niego rwącymi potoczkami krystalicznie czystej wody. Poniżej ostrym spadkiem ku wybrzeżu skały, kamienie, mchy, niżej porosty, a jeszcze niżej drzewa. Wszystko w wiosennym przebudzeniu – pierwsze kwiaty, nabrzmiałe życiem gałęzie usiane pękami przyszłych liści. W dali przebłyski Ushuai i Kanał Beagle, a jeszcze dalej, niemal we mgle znów góry.
W Parku Narodowym Tierra Del Fuego nie byliśmy. Fundusze nie bardzo nam na to pozwalały. Pozwiedzaliśmy za to okolice miasta i myślę że nie wyszliśmy na tym źle. Wzdłuż plaży można znaleźć naprawdę bajeczne miejsca (słowa „bajeczne” używam rozmyślnie, trafiliśmy w miejsce, gdzie czułam się niczym w baśni, brakowało tylko jednorożców, gadających drzew i skrzatów polnych). Lasy, łąki, wzgórza i wybrzeże wszystko takie  jak widać na zdjęciach Wojtka.
Ziemia Ognista – surowa i trudnodostępna, ale wspaniała, zadziwiająca różnorodnością, zachwycająca widokami. Wyznam jednak coś, gdy tak wspinaliśmy się na Glaciar Matrial, dookoła mnie rozpościerały się górskie widoki zatęskniłam za Tatrami. Tak mało je znam. Są tak blisko, z dzieciństwa pamiętam, że są piękne ale od lat tam nie byłam. Chyba jak wrócę przyjdzie na to pora.

4 thoughts on “Ziemia Ognista … parę słów opisu tego co pokazał Wojtek

  1. strasznie miło jest popijajac kawkę z rana czytać i oglądać zdjęcia z tak fantastycznych miejsc…szczególnie gdy za oknem zgniła jesień

  2. Kochani, zdjęcia są doskonałe i super odzwierciedlają to co Was otacza. Nas dopadła zima, brrrrr. Buziaki od Tymka, który tak szybko rośnie, na lotnisku powita Was już pewnie stojąc na własnych nóżkach. trzymajcie się ciepluśko i uważajcie na siebie.

  3. tak, to takie proste…”uczestniczyć” w tym wszystkim co chcecie nam pokazać i opisać….przesiadując w fotelu na łazarzu.

    jednorożec

  4. Wojtku, artykuł w Głosie przeczytany ;-))))

    Czekam na następne.

    Widoki wspaniałe 😉

    Pozdrowienia z Koszalina