Pojechaliśmy tam na dzień, zostaliśmy trzy. To miasteczko żyje własnym życiem.
Do San Antonio dotarliśmy wczesnym popołudniem. Wysiedliśmy z autobusu na maleńkiej stacji, wiatr zawiewał wszechobecny piasek, słońce paliło, kobieta z dzieckiem siedziała na pobliskiej ławeczce, mężczyzna ze stacji głośno zachęcał do kupna lodów i zimnych napoi, poza tym cisza. Z tym pierwszym, nie koniecznie zachęcającym widokiem w pamięci, ruszyliśmy w głąb miasteczka, a tam dalej cisza i ani  duszy. Szukając hostelu minęliśmy zaledwie kilka osób.
Do późnego popołudnia w San Areko panuje bezruch – to czas sjesty – sklepy pozamykane, restauracyjki nieczynne, ludzie wypoczywają w chłodnych wnętrzach swoich domów. O tym dowiedzieliśmy się dopiero, gdy na ulicach się zagęściło, a miasteczko choć małe udało mi się dostrzec jako niezwykle urokliwe choć spokojne.
Wszędzie niskie domki, zwykle sięgające nie wyżej niż ponad parter. Z zewnątrz niewielkie powierzchnie elewacji, często niepozornych, ale wewnątrz…. prawdziwe cuda, piękne ogródki i patia, życie toczące się tak samo pod dachem jak i poza nim. Można się zakochać, ale trzeba do tego dojrzeć, to miejsce idealne dla pisarzy i myślicieli.
Zadziwiło mnie kilka rzeczy, które udało mi się tam zaobserwować:
–    psy – mnóstwo tam swobodnie biegających psów, różnej maści i wielkości. Widząc człowieka podbiegają, witają się z nim jak z najbliższym, wieloletnim towarzyszem, bawią się lub próbują się bawić, a później po prostu odchodzą, czasem przyłączają się do kogoś innego, a czasem po prostu idą zająć się sobą. Nie oczekują przy tym nic w zamian. Wglądają na dożywione, zadowolone z życia i…. bezpańskie. Nie zauważyłam żeby, któryś z mieszkańców San Areco dziwił się temu.
–    drzewa pomarańczowe – rosną wzdłuż dróg jak u nas topole, czy akacje, a na nich piękne dojrzałe ogromne pomarańcze, wygląda to wspaniale (nie radzę jednak próbować – w środku suche i kwaśne jak cytryna – to chyba jakaś odmiana pastewna).
–    sklepy, sklepiki i galerie – czasem o tym że są informuje tylko mała tabliczka przy drzwiach domu. Trzeba zapukać, lub zadzwonić, a wtedy właściciel zaprasza do wnętrza, wychwala swoje dzieła, pokazuje warsztat. Oczywiście nie wszystkie sklepy tak wyglądają, ale wiele jest takich, zwłaszcza ciut dalej od ścisłego centrum.
–    miasteczko liczy około 20 000 mieszkańców, a posiada około dziesięciu muzeów (w tym kilka prywatnych), tu ludzie lubią chwalić się tym co mają, a mają wiele: najlepsze konie, najpiękniejsze wyroby ze srebra no i gauczo.

0 thoughts on “Słów kilka o San Antonio

  1. Czołem załoga!
    O fotografiach może nie będę “tautologizował”:).
    Niezły dokument z tego wychodzi,a toż to dopiero początek:)!
    A jak idzie przełamywanie bariery językowej?
    czuj duch!

  2. Na dzisiejsza noc zapowiadają mrozy, a od środy śnieg…w Warszawie… a Wasze zdjęcia i wspomnienia ciepłe i miłe…
    Czekamy na ciąg dalszy. Jestesmy z Wami.
    Tonya i jej rodzice:)