W naszej podróży, szybciej niż przewidywaliśmy dotarliśmy do Patagonii. W drodze z Buenos Aires do Ushuai zatrzymaliśmy się na kilka dni przy półwyspie Peninsula Valdes – jednej z najwspanialszych ostoi wciąż jeszcze dzikiej przyrody Ameryki Południowej – tak piszą w przewodnikach – i z tym zgadzam się w stu procentach.

Z San Antonio de Areko, z przesiadką w Buenos Aires od razu ruszyliśmy w kierunku Patagonii. Po kilkunastu godzinach w autobusie zatrzymaliśmy się Puerto Madryn, skąd zaraz następnego poranka ruszyliśmy do Puerto Piramides – ostatniego pueblo (wieś) przed Penisula Valdes. Zapłaciliśmy wjazdowe na teren parku i nie powiem, że od razu znaleźliśmy się w innym świecie, bo tak się nie stało, wciąż otaczały nas bezkresne równiny, porośnięte szarozielonymi dzikimi krzakami, pasącymi się tu i ówdzie owcami i piaskiem, piaskiem, i…. piaskiem z pewną ilością kamieni. Ilość tej szarości, słońca i równej linii horyzontu powoli zaczynał działać mi na nerwy, od chwili wyjazdu z Buenos Aires jedynym urozmaiceniem krajobrazu były pory dnia, czyli dzień i noc. W Puerto Piramides mieliśmy zostać dzień, zostaliśmy prawie trzy i z każdą chwilą miejsce, w którym znaleźliśmy się wydawało mi się pię

kniejsze. Autobus wysadził nas u brzegu zatoki w niewielkiej osadzie ciągnącej się wzdłuż jednej drogi. Wokół otaczały nas wzgórza, w prześwitach miedzy niskimi zabudowaniami, majaczył błękit fal, wiatr bił wszechobecnym piaskiem po twarzach, znaleźliśmy swoje miejsce w hostelu i ruszyliśmy zwiedzać te dzikie ziemie.
Półwysep Penisula Valdes umieszczony przez UNESCO na liście World Haritage Site zajmuje teren o powierzchni 3.625 km2. Linia brzegowa to z kolei ok 400 km. Do dyspozycji mieliśmy tylko nogi, więc udało nam się przejść zaledwie kilkanaście, może kilkadziesiąt kilometrów, jednak to co zobaczyliśmy, wystarczyło, by w duszy zamajaczyła chęć powrotu w to miejsce. Co roku trafia tu tysiące turystów, co dzień, przewijają się tu setki. Z pobliskiego Puerto Madryn organizowane są wycieczki o różnym standardzie, różnym zakresie i niekiedy całkiem przystępnych cenach. Organizatorzy tych wypraw proponują trasy poprzez niemal cały teren parku, w tym najważniejsze – udostępnione szerszej publice obszary występowania lwów morskich, fok, pingwinów Magellana, nandu, lisów, lam, pancerników (nam udało się do tego wszystkiego zobaczyć skunksa). Najważniejszym punktem każdej takiej wycieczki jest, bo być musi rejs. Oprócz wszystkich sworzeń żyjących tu na lądzie lub dzielących życie między ląd i wodę, najważniejsze tu są ogromne, jak na dzisiejsze czasy, przebywające tu w określonych porach roku ssaki morskie i ogromne ryby. Wokół Penisula Valdes można spotkać wieloryby – right whales i baleen whales, orki, delfiny, a nawet rekiny (słowo – spotkać – użyłam tu z pewnym niedoszacowaniem – populacja wielorybów w miesiącach szczytu dochodzi tu do 400 sztuk, co przew

yższa populację mieszkających w Puerto Piramides ludzi niemal dwukrotnie)
My również popłynęliśmy zobaczyć wieloryby. Są naprawdę piękne i ogromne. Czułam ogromny respekt, gdy mijała nas matka z dwoma młodymi, a jej ciało było niemal długości naszej łodzi. Powoli sunęły pod wodą, niekiedy pojawiając się ponad – najpierw pysk z krótką fontanną wydmuchiwanego powietrza i rozpryskiwanej wody, później grzbiet, dalej grzbiet i jeszcze troszkę grzbietu, a na koniec płetwa ogonowa. Robiła wrażenie, gdy cała wysuwała się ponad wodę w ślad za chowającym się w głębinach wielorybem. W trakcie naszego krótkiego rejsu widzieliśmy kilka tych największych na świecie ssaków. Trafił nam się do tego kąsek, młody biały wieloryb. Podobno, gdy za rok powróci z Antarktydy, gdzie zje już tony planktonu, będzie czarny, jak jego matka, teraz jeszcze jago „malutkie” kilkumetrowe ciałko było białe, a nam udało się nam je zobaczyć.
Puerto Piramides odurza spokojem, który przychodzi wraz z wieczorem, albo dopada, z dala od Pueblo. Wówczas znikają gdzieś turyści, którzy wpadają tu na chwilę, na rejs, krótki spacer, czasem obiad i jadą dalej. Zostaje grupa miejscowych i tych, którzy zostali tu choć dzień dłużej.
Zachłysnęliśmy się tam spokojem, choć nie bez kilku ukłuć adrenaliny. W pierwszy dzień zafundowaliśmy sobie spacer po klifie. Do dziś, gdy oglądam na z

djęciach ścieżkę, którą szliśmy, a która widziana z plaży jest tylko cieniutką kreską na stromym zboczu, ogarnia mnie rodzaj przerażenia. Chodziliśmy po grotach wyżłobionych falami zatoki, po głazach czarnych od porastających je niewielkich małż, widzieliśmy ciała martwych wielorybów odkrytych przez uciekające wraz z odpływem wody, kraby kotłujące się w malutkich kałużach wśród kamieni i ocean, bezkresny, przyciągający swą magnetyczną siłą.