Chwilami mam wrażenie, że ludzie tutaj próbują każdą możliwą przestrzeń zamknąć w czterech ścianach i dachu, a czasem tylko ścianach lub tylko w dachu. Jeśli nie jest to ulica, chodnik lub park, zwykle jest to jakaś przestrzeń mieszkalna. Przedmieścia dopiero rosną w górę, gdzieniegdzie grupami wzbijają się tam wysokie punktowce, gdzieniegdzie można odnaleźć osiedla domów i will, ale zwykle to zabudowa niska, nieokiełznana, piętrząca się ku górze nieokreśloną formą zabudowy. Kto ma jak i z czego buduje, dobudowuje i zabudowuje. Obrzeża poszerzają granice miasta,  centrum rośnie w górę, bo nie mieści się w dostępnej przestrzeni. Króluje tu rozmaitość. Przepiękne wille z czasów kolonialnych, stare kamienice i kościółki poprzetykane są ogromnymi punktowcami, wielopiętrowymi molochami ze szkła i metalu, przedziwnymi zabudowaniami w architekturze końca zeszłego wieku i najbardziej współczesnej.
Poza największymi ulicami, przeważają jednokierunkowe uliczki, na którym władzę sprawują autobusy miejskie, poruszające się z chyba największą prędkością spośród wszystkich dostępnych tu środków lokomocji. Poznanie sposobu podróżowania autobusami zajęło nam chwilę. Przede wszystkim potrzebne są monety. Tak, jest to pewien problem w tym mieście. Monet jest mało i w żadnym sklepie nie udało się nam rozmienić banknotów na bilon, a autobusem można jeździć tylko jeśli ma się monety. O tym co i jak w tym temacie napisał dziś Wojtek.
Wielkość miasta jest imponująca Wszędzie domy, mieszkania, kawiarnie, sklepy, ludzie, setki, tysiące, miliony ludzi. W końcu żyje ich tu, w Buenos Aires prawie 12 milionów, z różnych krajów i kontynentów. Przez chwilę jesteśmy wśród nich. Kiedy się nie odzywamy, nawet mocno nie odbiegamy wyglądem od większości mieszkańców poruszających się po bardziej uczęszczanych miejscach, jednak w dzielnicach bardziej oddalonych, nieco bardziej ukrytych jesteśmy obcy i czujemy się obcy.

Jest gorąco, już popaliliśmy sobie nosy, szyje i ramiona. W nocy non stop działa wiatrak, dni są upalne, choć to podobno dopiero wiosna. Wiosna, która przypomina nasze najgorętsze dni lata. Może to dlatego, że to miasto. Beton otacza nas zewsząd, asfalt rozmięka i paruje. Samochody jeżdżą, ludzie chodzą, siadają w kawiarenkach, rozmawiają, jedzą piją. Życie trwa i toczy się, bo jest środek tygodnia, w weekend, kiedy tu trafiliśmy, na ulicach było pusto do wieczora. Wieczór wyciągnął wszystkich na ulicę i tam ich pozostawił do rana. Zabawa toczy się tutaj też na ulicach. Nikt się temu nie dziwi, ludzie przyłączają się do fiesty, korowód żywej pulsującej muzyki i tańczących w jej rytm ludzi podąża powolutku przed siebie, samochody suną za nimi, wśród nich cierpliwie metr za metrem radiowóz, po jakimś czasie przejeżdża obok, a policjanci w nim pewnie tylko zazdroszczą, że też nie może tam być.
Zadziwiające miasto.

A teraz dwie moje fotografie. Jedną mego autorstwa można było zobaczyć wśród wcześniej publikowanych zdjęć. Pierwsza osoba, która zgadnie dostanie od nas kartkę z miejsca w którym akurat będziemy.


0 thoughts on “O tym jak zobaczyłam Buenos

  1. Bardzo fajny opis miasta, razem ze zdjęciami Wojtka mam wrażenie, jakbym tam był z Wami! 🙂

    Jakbyście byli zainteresowani gazetą o Buenos, to http://www.buenosairesherald.com/ Kiedyś pod wpływem fascynacji Cortazarem trochę sobie czytałem, co tam słychać w Buenos.

    Serdecznie pozdrawiamy z Poznania, szczególnie Tymek! 🙂 Paula i Maciej