Balijczycy zaskakują mnie swoją religijnością. Na Bali dominuję hinduizm w wydaniu regionalnym. Nie widać świątyń z bogami Indii, nigdzie widziałem też murti puja czym w Indiach jest kult posągów- bożków. Tutaj najbardziej powszechnym jest składanie ofiar w postaci koszyczków, wypełnionych kwiatami, kadzidłem, ryżem. Ofiary te składane są na przed domem, sklepem, na ulicach lub na ołtarzach świątyń. Każdego ranka na progu mojego pokoju znajduje jeden z sączącym się zapachem kadzidła. Zabawnie to czasem wygląda jak motocykle mijają wysepki koszyczków ofiarnych rozstawionych na skrzyżowaniu ulic.

Miejsca, które dotychczas odwiedziłem nastawione są wyłącznie na turystę. Gdzie nie pójdę znajduję setki sklepików z pamiątkami, regionalną sztuką. Co kilka metrów, ktoś zaprasza do swojego sklepu, oferuje tani transport lub nawet swój motocykl do wypożyczenia. Kobiety podają rękę i nie chcą puścić w nadziei, że uda się złapać turystę na masaż. Czasem bywa to irytujące, ale taka specyfika miejsca.

W pierwszy dzień, zaraz po przylocie, wypożyczyłem motor i ruszyłem na wioski, aby odświeżyć sobie pamięć jak to jest być w Azji. Przejechałem kilkaset metrów i dojechałem do skrzyżowania ze światłami, zapaliło się czerwone a ja bardzo powoli hamując zatrzymałem się tuż za linią skrzyżowania. Balijczycy trochę mnie zaskoczyli, że tak pokornie przestrzegają reguł (bo na ulicy jeden wielki chaos) po chwili jednak zrozumiałem dlaczego. Tuż za rogiem ustawiona była budka a w niej policja. Ja bez prawa jazdy, bez dowodu rejestracyjnego, przełknąłem tylko ślinę czekając na nadchodzącą rzeż. Policjant na szczęście jedyne co po angielsku, to “justice in Denpaser”, potem skapowałem co miał myśli, chciał mnie do sądu do stolicy Bali zaciągnąć. A co na prawdę miał na myśli to że będzie jakiś prezent, czyli łapówa. No i siedzieliśmy w tej budce, ja mu pokazywałem polskie prawo jazdy (gdzie stoi że motocykl nie), rysowałem mapę że przecież zatrzymałem się prawie na światłach i w końcu się chyba oboje zmęczyliśmy bo puścił mnie wolno.