Stoję na pasach, jestem trochę zmulony, jest około 4pm, ruch komunikacyjny osiągnął swoje apogeum. Patrzę w prawo 10 tysięcy motocykli, w lewo to samo. Zebra niczego nie zmienia, nikt się nie zatrzyma, aby przepuścić falanga. Podchodzi babcia około 80, ledwo widząca, bierze mnie za przegub, idzie przed siebie wolnym krokiem, nie zwracając na piekło wokół nas. Ja się chowam za babcią otoczony setką nadjeżdżających z każdej strony motocykli. Babcia, prowadzi mnie niczym nie wzruszonym krokiem. Po 30 sekundach jesteśmy po drugiej stronie jednej z największych arterii komunikacyjnych Sajgonu, uśmiecham się, dziękuję, babcia odchodzi w swoją stronę.

Ho Chi Minh City, taka jest od 30 lat oficjalna nazwa Sajgonu, byłej stolicy południowej części Wietnamu, części w której przez 5 lat stacjonowali amerykanie prowadząc swoją barbarzyńską wojnę. O Sajgonie nie mówi się jako o mieście, ale jako o prowincji rozciągającej wokół rzeki o tej nazwie na odległość dziesiątek kilometrów. HCMC nie ma spektakularnych zabytków ani miejsc widokowych, ma 6mln mieszkańców, miliony skuterów na ulicach ( może płytko widzę Sajgon, ale to jest to co mnie najbardziej uderza w tym mieście). Oprócz taksówek w Sajgonie nie ma samochodów, każdy pędzi na swoim małym motorku Honda lub Yamaha. Do Sajgonu przyjechałem z delty Mekong, późnym wieczorem, oczywiście wziąłem moto (skuter z kierowcą), aby dojechać do dzielnicy hoteli dla plecakowców. I pierwsze co uderza w Sajgonie to właśnie stężenie motocykli, ruch który nigdy się nie zatrzymuje. Jazda po Phnom Pehn jest jak niedzielna przejażdżka, tutaj to prawdziwa dżungla w której jednak obwiązują niepisane zasady, które chcąc przeżyć trzeba respektować. Trzy dni które spędziłem w Sajgonie, spędziłem na rowerze, podsumowauje staropolskim powiedzeniem : ale Sajgon!!!.

Ziewających wietnamczyków, jadący w peletonie setek pojazdów, każdy na odległość zaledwie kilku centymetrów od siebie, ja skupiony, aby nie złamać najważniejszej zasady czyli nie manewrować na prawo i lewo przy mijaniu tych co ślimaczą albo jadą pod prąd ( łatwo można sobie zrobić z d. garaż), Wietnamczycy wydają się znudzeni całym tym zamieszaniem. Tak się zastanawiam jak sposób i okoliczności w jakich prowadzi się pojazd kształtują psychikę, jest to oczywiście daleko posunięte przypuszczenie, ale być może jedną z przyczyn dlaczego amerykanie nie mogli się uporać z Viet Kongiem była hardość, zawziętość, solidarność którą do dzisiaj można widzieć w ruchu komunikacyjnym.

Poza tym w Sajgonie zainwestowałem w światło; nazywa się speedlite 430ex, lampa błyskowa, nowość wydana przez Canona. W końcu wyglądam prawie profesjonalnie, brakuje jeszcze tylko obiektywu z czerwoną obramówką i jakieś małej Laiki np. m6 do fotografii czarno-białej.

Pokaz zdjęć zaczynam od wujka Ho, grzechem by było zacząć czymś lub kimś innym. Uncle Ho, jak go nazywają Wietnamczycy to wielki rewolucjonista, który stworzył podwaliny pod najbardziej kapitalistyczne wśród komunistycznych państw Azji (może za wyjątkiem kraju jakich Mao).

Wietnam do dziś nie lubi Ameryki, wszelka obecność dzikiego kapitalizmu jest natychmiast likwidowana.

Sajgon nocą (eksperymenty z nową lampą błyskową)

Cao Cap Wietnam zwariował na punkcie lotki

Malarstwo nitkowe (jako medium używa się jedwabnych nici, fascynujące.., cena powyżej 1500$ za obraz )

szwędy po sajgońsku

efekt użycia przez amerykanów broni chemicznej (agent orange)

pagody i świątynie