Trzy dni minęły, mój pass stracił ważność. Czuję niedosyt. Od czterech dni budzę się godzinę przed świtem. Robię kawę, zamykam termoso-kubek, wsiadam na rower i pędzę ile sił w nogach byle tylko zdążyć.. Widzę budzące się miasto, ludzi otwierających budki z nudelsami, uliczny chaos w całkowitym porządku. Do przejechania od 10 – 15 kilometrów, wiem że Lao coffee na mnie czeka w torbie, myśl dodaje mi sił. Jadę, dryndam, wyprzedzam obciążone leniwymi turystami riksze, one wyprzedzają mnie. Na trasie widzę tablicę „Welcome to Angkor”, dreszcz przechodzi po plecach, w nogach nowe siły, znowu ja wyprzedzam riksze. Wokół fosy okrążającej Angkor utworzył się korek komunikacyjny, autobusy, samochody, motory, riksze, setki pojazdów. Jest sobota, 6 rano stoję przed bramą Angkor Wat.

Wchodzę na pomost przecinający fosę idę pewnym krokiem, po plecach znowu dreszcze, zaczyna świtać. Wokół mnie tysiące turystów, kontroluję swój umysł aby zmienił tory myślenia, wśród grona ignorantów, widzę zaciskającą podniesioną pięść, uśmiech spełnionego marzenia. Angkor Wat jeden z siedmiu cudów świata, jedna z najpotężniejszych budowli religijnych wzniesiona w dziejach cywilizacji, miejsce o którym marzyłem od lat. Dzień wcześniej śniłem o wieżach Angkoru, z perpektywy ptaka, przelatywałem pomiędzy jedną a drugą, więcej nie pamiętam. Rzeczywistość mnie rozczarowuje, myślałem że jest większy, Taj Mahal wydaje się bardziej masywny. Szukam ujęcia, wszędzie turyści, niebo zachmurzone więc nie będzie klasycznego wschodu słońca. Naręcza zostawiam za sobą wspinam się po ultra stromych schodach. Jestem w sanktuarium, w sercu Angkor, znajduję kaplicę, posąg Wishnu dawno zamieniono na Buddę, nie szkodzi, zapalam kadzidło. Wschodzące słońce wpada do świątyni oświetlając pomarańczową chustę Buddy, posąg pozostaje w cieniu.

Najwyższa z wież Angkor Wat wznosi się na wysokość 55 metrów. Kompleks otoczony jest murem o długości 1000 i 800 metrów, fosą szerokości 200 metrów, długości 1,5 na 1,3 km. Angkor Wat został zbudowany został w XII wieku jako świątynia Wisznu oraz mauzoleum jednego z najpotężniejszych królów Khmerów Suryavaramana II. Szwędam się po świątyni myślę o Różokrzyżowcach, jedną z nauk które odebrałem w ich szkole, jest przekonanie, że są słowa, które są święte, modlitwy który noszą w sobie magię, słowa wypowiadane od setek lat które mają w przestrzeni swoja siłę, moją moc. Angkor Wat, Angkor Wat, Angkor Wat. Chodzę po świątyni powtarzam te słowa niczym mantrę, chcąc znaleźć co się za nimi znajduję, co oznaczają, kim byli ludzie którzy zbudowali to miejsce. Angkor, Angkor, Angkor. Zaglądam do biblii (lonely planet). Biblia odpowiada: Angkor Wat: „Wat” : światynia, „Angkor” : centralna. Odpowiedź banalna, przyjmuję z pokorą, wciąż chodzę i powtarzam: Angkor Wat Angkor Wat, Angkor Wat.

Z Angkor Wat droga prowadzi do Angkor Thom jednego z najpotężniejszych miast świata w ówczesnym czasie. Miasto zostało otoczone murem na planie kwadrata, każda ze ścian ciągnie się na długość 12 kilometrów, wysokość murów 8 metrów, wszystko oczywiście otoczone fosą szerokości 100 metrów. (przytaczam liczby dla podkreślenia ogromu tego miejsca i geniuszu architektów). W XII wieku miasto zamieszkiwało milion osób ( w ówczesnym czasie Londyn: 50.000; tak mówi „biblia”). Do miasta prowadzą cztery bramy. Każda 20 metrów wysokości, każda zwieńczona wielkim uśmiechem Bodisattvy Avolikiteshevara. Przed każdą bramą znajduje się rząd po prawej 54 demonów, po lewej 54 bogów. Zanim przekroczysz mury miasta musisz przejść przez niebo i piekło. Nadziei dodaje wielki uśmiech Bodisathwy, bo pod jego osłoną powinno być dobrze. Przechodzę przez mury z hordami turystów, brama ma wąskie przejście, samochody trąbią, w korku stoją tym razem słonie. Sól tej ziemi, Khmerzy, pozostają za linią wyznaczoną przez policję, której nie mogą przekroczyć. Jednak ich krzyk potrafi dotrzeć wszędzie: sir, cold drink!, mister postcard!, mister handsome buy book guide!, sir buy something!, etc. Bez tych ludzi cały kompleks Angkor byłby kupą kamieni, dzisiejszy Khmerzy ze swoją radością tchną ducha w to miejsce. Nie wiem jak to możliwe, że w państwie zamieszkanym przez ludzi z takim poczuciem humoru doszło to takiej rzezi. Najczęściej sprzedawcy to dzieci handlujące pocztówkami, wodą, itp. Dziwną energię we mnie wzbudzali ci ludzie, na pewno było wesoło..

Bayon

W centrum Angkor Thom,( tego potężnego miasta ) znajduje się najsłynniejsza ze świątyń Angkoru, Bayon. (Czuję jak przechodzą po mnie dreszcze na samo wspomnienie). Bayon było miejscem które odwiedzałem, każdego dnia. W sumie spędziłem tam ponad 6 godzin. W swoim życiu widziałem kilka cudów natury i kultury jednak to miejsca powaliło mnie na kolana, pierwszego dnia niemalże uroniłem łzy nad cudem jaki przyszło mi oglądać. Śmiało mogę powiedzieć: nie widziałem w swoim życiu niczego dorównującego pięknie i sile tego miejsca.

Nazwa nie robi wrażenia, nie powtarzam jej jak mantry Angkor Wat, kojarzy mi się raczej z polskim piosenkarzem. Bayon świątynia składająca się z trzech poziomów. Pierwszy to sceny bitw z tematyką z Mahabraty, ówczesnych wojen oraz codziennego życia. Drugi poziom to kolejne sceny rodzajowe. Na trzecim znajduję się najwyższy duch tego miejsca. 54 wieże, na każdej 4 twarze ponad metr wysokości , patrzące w cztery strony świata, niby takie same jednak każda inna (same same but different). W sumie 216 twarzy, 216 uśmiechów Bodisattvy Avolikiteshvary (czyt. Bodisatwa Awalokiteśwara). „Biblia” tłumaczy że w tamtym czasie Kampucha (czyt. Kampucza, żadna kapucha), królestwo Khmerów podzielone było na 54 stany, każda z wież symbolizowała jedną z części, każda z twarzy obserwowała co się w częściach królestwa. Dla mnie symbolika tego miejsca jest całkiem inna. W mitologii buddyjskiej Bodisattva Avolikiteshevara przedstawiany jest w postaci bóstwa o wielu głowach i wielu rękach. Głowy mają oczy, aby nikt kto cierpi nie uszedł uwadze, ręce maja dłonie, aby każdy cierpiący otrzymał pomoc. Bodisattva Avolikiteshevara -Bodisattva współczucia. Będąc w Bayon nie sposób się schować, gdziekolwiek spojrzysz znajdziesz wielki uśmiech, dający nadzieję i siłę Bodisattvy. Nawet jeśli odwracasz wzrok on Ciebie znajdzie. Pierwszy raz w życiu miałem mistyczne przeżycia w zatknięciu z kupą kamieni. To miejsce, te twarze…

Drugiego dnia wstałem wcześniej około 4 nad ranem, chciałem zobaczyć Bayon w świetle księżyca, spóźniłem się (ta świątynia znajduje się o wiele dalej niż Angkor Wat), słońce wschodziło kiedy dotarłem, było jednak pusto, może 5 turystów, każdy znalazł swoje miejsce i przez ponad godzinę nie widziałem nikogo, siadłem w moim ulubionym miejscu, patrząc w oczy i uśmiech Avolikiteshevary. Tylko ja i Jego wielki uśmiech.

Dla mojej kosmicznej siostry, Gosi

Apsara na kwiecie lotosu prosto z kosmosu

Gra w szachy, ostateczny cios zdaje się niepewny, ale mimo to pełen finezji i gracji. (płaskorzeźby z XIII w.!)

nature vs culture

Kolejnym miejscem z którego słynie kompleks Angkor jest świątynia Ta Prohm. Miejsce zostawione przez “francuskich odkrywców” w stanie jakim je zastali. Potężne, kilkusetletnie drzewa wbijające się w mury świątyń. Natura w pełnej harmonii z kulturą.

Around Angkor

W Angkor w sumie spędziłem trzy dni. Ceny są zaskakująco wysokie za jeden dzień trzeba zapłacić 20$, za trzy 40$, za tydzień 60$. Jak ktoś lubi cuda cywilizacji, tydzień wystarczy aby zapoznać się z tym ogromnym dziełem. Po trzech dniach wciąż czuję niedosyt , tylu miejsc nie widziałem. Mam już swoje ulubione miejsca w niektórych świątyniach, ulubione restaurację, ulubione dzieci które odwiedzam na kokosa. Monet malował swoją katedrę w różnych porach dnia używając różnego światła, Kantor w różnych porach nastroju. Jak pisałem wcześniej Bayon jest moim ulubionym miejscem, które odwiedziłem kilkukrotnie w różnych porach dnia i nastroju. Największe wrażenie było ranem o wschodzie słońca. Klasycznego wschodu nie było, czekałem na długie cienie, ostre żółte światło, dostałem zachmurzone niebo, miękkie, szare i nieciekawe światło. Było jednak coś innego, mój świeży o poranku umysł skłonny do kontemplacji. Chodziłem, okrążałem świątynie, zaglądając w zakamarki, szukając ciekawych kątów, szukając odpowiedzi na dręczące mnie pytanie (j.p.). Również Angkor Wat odwiedziłem po raz kolejny. Całkiem inaczej spojrzałem na tą świątynie, trzeciego dnia wydała mi się bardziej majestatyczna. Tym razem zostawiłem coś od siebie, moje sandały które dziwnym zbiegiem okoliczności mury Angkoru pochłonęły na wieki. (Chciałem uświetnić wizytę w świątyni ściągając obuwie jak czyni się w każdej świątyni w Azji). Zaraz jednak jak opuściłem kompleks i zacząłem marudzić rikszarzom że ktoś mi buchnął stare sandały (które łatałem w nieskończoność), znalazło się kilku którzy zaoferowali swoje, “one dollar sir”. Kupiłem więc używane japonki handlując się twardo (0,5$), całkiem wygodne lacze.