Falang, Falang, wciąż słyszę wokół siebie, gdziekolwiek się pojawię od razu pojawia się Falang. Falang jest jak cień białego, każdy turysta ma wypisane na czole: Falang .

Falang zn. – „duży nos”

Nazwa funkcjonuje od czasów Francuzów, którzy kolonizowali Laos swoimi wielkimi nosami. Falang jest słowem, które oznacza także guawe, taki zielony owoc wielkości jabłka, który nie ma sobie równych. Francuz- duży nos-guawa=falang. Etymologia oczywista

Zaczynać dzień w Laosie, to wielka przyjemność. Dzisiaj obudziłem się po 8, trochę yogi z Ravi Shankarem, potem czas na Lao coffee z francuskim ciastkiem. Kiedy wyszedłem z hotelu kierując się do swojej ulubionej kawiarni , wciąż słyszałem Sabaidee Falang („dzień dobry wielki nosie”). I jak tu sobie wyobrazić lepszy początek dnia. Lubię tych ludzi, tak łatwo do nich dotrzeć, mają to coś co nazywam wielkim dzieckiem w sobie. Czasem kiedy mam kiepski dzień, uciekam od ich uśmiechów, przechodzę na drugą stronę ulicy, szukam ciemnych zaułków, aby tylko nie słyszeć Sabaidee.

Widok Pana Józefa szczerze mnie wzruszył (tanie telefony do Polski)

Zatęskniłem za Indiami. Często powracam myślami do Indii. Kiedyś myślałem, że to łatwy kraj do podróży, dobry aby rozgrzać się podróżniczo przed hard-corem jaki czeka w np. w Azji południowo-wschodniej. Dzisiaj wiem, że jest to jeden z najtrudniejszych krajów do podróży ( co nie oznacza, że jest trudny), który albo kochasz albo nienawidzisz. Nie da się pozostać obojętnym jak ma się to w przypadku np. Tajlandii. Laos, czy Myanmar, po prostu się uwielbia, proste odczucie, nie ma innego wyjścia (trzeba być bardzo zblazowanym, aby powiedzieć złe słowo o tych krajach). Indie to prawdziwy fenomen na mapie świata. Indie ze swoją szaloną religijnością, zapachami kadzideł, wszechobecną muzyką, hukiem klaksonów, biedą, slumsami, miliardem hindusów. Indie, Indie Indie…

Coś mi się ostatnio stało. Nie trawie ryżu. Z rice-eater-a ( ryżomana) stałem się rice-hater-em. Dzięki bogu znalazłem kilka indyjskich restauracji, niby dal, niby aloo-mutter, niby naan, nazwy te same, ale nie da się tego porównać do najtańszej dhaby w Indiach, ale dobre i to. Muzyka Ravi Shankara, od lat czołowy muzyk, w Indiach, ojciec Norah Jones, fenomenalny.

Kilka dni temu odwiedziłem galerie ze sztuką współczesną Laoitów. Już wiem jaka jest moja ulubiona technika malarska. Akwarele, farbki wodne. W Muang Ngoi , zrobiliśmy warsztaty z akwarelami, potem kiedy zobaczyłem dzieła profesjonalistów, powaliło mnie na kolana. Farby wodne.

Od tygodnia jestem w Vientiane, stolicy Laosu. Od tygodnia, nie potrafię zrobić zdjęcia które by mi się podobała, czasem próbuję ale jakoś nie wychodzi. Są za to inne rzeczy, które się podobają. Wczoraj zrobiłem dzień dla zdrowia. Najpierw basen, potem herbal sauna, lao-masaż. Saunę znalazłem przypadkiem, kiedy oglądałemkolejną świątynie. Buddyjska sauna parowa, otwarta od rana. Leżanki z leniwymi Laoitami. Masaż, robiony przez młodego chłopaczka, tak mocny że nie mogłem się ruszyć. Po popołudniu w końcu znalazłem Laoitów grających w kulki. Po tym jak sromotnie przegrałem dwa mecze, poprosili o 8.000 kipów, 1 dolara, co wcale tutaj nie jest mało. Trochę się oburzyłem, Laoici grają na pieniądze, powinni powiedzieć wcześniej. Kasę przeznacza się na Lao-beer dla wygranego zespołu, więc cel przynajmniej szlachetny. Przeniosłem się do klubu ping-ponga. Tam poniosłem kolejną porażkę, 11:1, 11:3, 11:8. Pocieszam się myślą, że przegrałem z profesjonalnym graczem i tłumaczę swoją niedyspozycję wcześniejszą sauną.

Dwa słowa o Vientiane, stolicy Laosu, Vientiane w bezpośrednim tłumaczeniu znaczy „miasto w lesie”. 160 tyś. mieszkańców. Drogi niby asfaltowe, ale większość podziurawiona, lub szutrowa. Vientiane najbardziej wiejską stolica świata. Lubię to miasto, jest w nim jakiś spokój. Kafejka na kafejce, pizzerie, tani internet, świątynie do których nie mogę się przekonać, uśmiechy Laoitów, fajne Laoitanki (ach co tu pisać). Vientiane nie ma klimatu Luang-Prabang, ma jednak swój czar, bardziej ukryty i trudniejszy do uchwycenia. Jest coś w tym mieście że każdego dnia mówię w recepcji: “może jeszcze jeden dzień”.

Narodowe monumenty Laosu

Po Laosie podróżuje francuzka rodzina z Montpellier. Spotykam ich całkiem przypadkiem prawie codziennie od kilku tygodni. Są w drodze od kilku miesięcy. Mama i tata (ok 35 lat) z trzyletnim chłopcem i czteroletnią dziewczynką. Widok nieprzeciętny, ludzie niezwykli.

Jutro ruszam na południe Laosu. Zapowiadają się niezwykłe dwa tygodnie na wioskach i w dżungli. Potem kraj khmer rouge. Wietnam odpuszczam , nie na moją kieszeń.