Mandalay, drugie po Yangonie miasto w Birmie.

Historie birmańskie:

Życie w Birmie nie jest łatwe. Dzisiaj pół dnia spędziłem z Rikszarzem, który szczegółowo nakreślił mi sytuacje polityczną. Birma rządzone jest przez grupę generałów, którzy przy pomocy armii i policji kontrolują większą część terytorium państwa. Birma należy do państw złotego trójkąta, państw produkujących opium. Niektóre części państwa są kontrolowane przez mafijnych bossów, oczywiście te części są kompletnie niedostępne dla turystów. Część dla turystów to Myanmar centralny. Obszary przygraniczny są zamknięte dla ruchu turystycznego. Wybierając autobus jadący w nieodpowiednie miejsce łatwo dostać się do więzienia ciężko z niego wyjść.

Generałowie (jak przystało na klasyczny reżim) prowadzą politykę kija i marchewki. Za rozmowy o polityce, nieprzychylne opinie dla reżimu, za przenocowanie turysty, wymianę waluty bez licencji idzie się prosto do więzienia. Mój dzisiejszy przewodnik pokazywał mi pamiątki na głowie jakie ma po takiej wizycie. Był więżniem politycznym, który trafił do więzienia po manifestacjach w 1989 potym jak mimo wygranych wyborów przez partie demokratyczną władzę przejął reżim wojskowy. Kiedy spytałem się o Suu Kyi, ściszył głos i powiedział, abym nie mówił tego imienia na głos, a lepiej mówił Ona albo Lady. Aung San Suu Kyi jest formalnym liderem opozycji, lauretka pokojowej nagrody Nobla, która od ponad 10 lat przebywa w areszcie domowym. Naród jest w kropce, za najmniejsze wychylenie, próbę protestu idzie się do więzienia. Policja, tajniacy są wszędzie.

Reżim dba o siebie, większa część budżetu idzie na rozwój armii. Ważną aktywnością społeczną jest budowanie nowych pagód, stup i klasztorów. To ta marchewka. Władza jest religijna, reżim w Myanmarze to buddyjski totalitaryzm. Smutno mi jak tego słucham. Ci prości ludzie są tacy dobrzy, mają taki piękny kraj, który nie może zakwitnąć. A prognozy nie zapowiadają się kolorowo. Na arenie międzynarodowej kraj nieistnieje, obłożony jest embargiem i różnorakimi restrykcjami. Wielkie firmy i sweat shopy (sklepy potu-puma, adidas, gap) wybierają Malezje, Wietnam, Tajlandie gdzie sytuacja polityczna jest bardziej stabilna. Brak inwestycji z Zachodu, powoduje jeszcze większe zamknięcie państwa, zacofanie kraju, brak możliwości na nowe miejsca pracy, nikłą wiedzę o tym co naprawdę dzieje się w tym kraju.

Lady Suu Kyi prosiła o bojkotowanie Myanmaru na arenie międzynarodowej na wszelkich płaszczyznach , także turystycznej. Apelowała do światowej opinii publicznej o nieodwiedzanie jej kraju do czasu, kiedy reżim ustąpi. Tony Blaire pozytywnie ustosunkował się do tego apelu i ogłosił oprócz bojkotu dyplomatycznego także turystyczny. Nie ma w Wielkiej Brytanii biura, które by organizowało wyjazdy do Birmy. Zdanie jednak są podzielone.. Osobiście nie popieram ani bojkotu turystycznego ani sankcji gospodarczych. Tzw plecakowcy, mimo że wspierają reżim poprzez kupowanie biletów wejściowych (oczywiśćie w dolarach) do każdej atrakcji turystycznej, to ludzie ulicy cieszą się z przyjazdu tego rodzaju turystów. Zawsze zapłacą trochę więcej za riksze, najczęściej omijają państwowe hotele i środki transportu wybierając sektor prywatny. Faktem jest że najgorsza opcja to wycieczki organizowane organizowane przez biura podróży. Taki wyjazd wygląda tak, że wymiana pieniędzy odbywa w hotelu, hotel oczywiście jest państwowy, autobusy i taksówki również, dla zwykłych ludzi nic, wszystko dla generałów. Podobno każdy z nich oprócz działalności publicznej posiada biuro podróży! Sedona największy i najdroższy hotel oczywiście należy do Armii.

Nie jest łatwo.

Dużą część armii stanowią Cyganie i kryminaliści, którzy zamiast do więzienia wybierają armie. Lepiej nie zadzierać z armią, armia ma długiego kija, ciężką rękę i ludzi z przyszłością. Przeciętne zarobki w armii to 10 tyś kyatów (8 zielonych) co jednak najbardziej irytuję mojego rikszarza, który opowiada mi te historie, to fakt że już niedługo mają podnieść zarobki żołnierzy dziesięciokrotnie do 100 tyś kyatów co kompletnie rozleguluje ceny żywności i usług takich jak przewóz rikszą.

A ludzie ulicy są po prostu dobrzy (brzmi banalnie, ale najlepiej opisuję tę mentalność: dobry człowiek prosto z serca). Moje odczucie co do mentalności jest właśnie takie, że albo są super łagodni i muchy nie skrzywdzą, albo tacy fighterzy, że omijam szerokim łukiem.

Narodowym sportem Myanmaru jest boks, bez rękawic wszystkie ciosy dozwolone. Drugim (mam trochę obolałe kostki ) to Chinlon, coś na podobieństwo naszej siatkówki, z tymże jedyną dozwoloną częścią ciała, którą można odbijać są nogi i głowa. Poniżej zamieszczam zdjecia, tak efektownego sportu dawno nie widziałem. Są szybcy, mocni i wysoko w powietrzu.

Chinlon, narodowa gra Myanmaru


Moje ulubione zdjęcie z Myanmaru

C.d. historii birmańskich

Większość restauracji zatrudnia dzieci jako kelnerów, przeciętny zarobek to 5000 kyatów (4$) za miesiąc pracy, siedem razy w tygodniu od rana do wieczora. Oczywiście na szkołe nie ma miejsca, szkoła nawet podstawowa jest płatna, niewiele osób może sobie pozwolić na edukację dzieci. Jak każdy reżim, armia woli nie mieć za dużo intelektualistów. Bardzo popularne wśród młodzieży jest zatrzymywanie turystów na darmowy kurs angielskiego. Klasycznym miejscem jest wzgórze Mandalay na które każdego wieczoru schodzi się młodzież na “lekcje angielskiego”, obsiadają turystę i ćwiczą swoje “How are you, what is your name”. Trochę męczące ale przy odrobinie szczęścia można znaleść kogoś z dobrym angielskim i posłuchać birmańskich historii.

Przeciętne zarobki to 10$ na miesiąc. Mój rikszarz dostał ode mnie prawie 2. Trzeba mu przyznać że miał sposoby na turystę. Mnie wziął na swoją głodującą rodzinę. Ze smutkiem przyznaje, że wierze w 95% jego historii a szczególnie w to, że podstawę diety jego rodziny stanowi ryż.

Wczoraj odwiedziłem trzy miasta królewskie znajdujące się wokół Mandalay. Wspomną może tylko o dzikiej jeżdzie na dachach autobusów. Niemiec, którego wcześniej spotkałem w Yangonie, powiedział, że jazda jest super, ale lepiej żebym uważał na drzewa. Żyje. Największym hard-corem okazała się jednak jazda po Mandalay pick-upem, wisząc na poręczy stojąc zaledwie na palcach jednej stopy na krawędzi pedzącego samochodu. A obszar wokół Mandalay to kraina setek, setek pagód i stup. Niemalże w każdej dzielnicy znajduję się stupa, jak pisałem powyżej armia na to nie żałuje, w końcu to buddyści. Mój rikszarz trochę podnosi głos, że zamiast inwestować w gospodarkę znowu powstaje stupa kryta setkami kilogramami złota.

Jutro zjeżdzam na prowincję. I dobrze bo w dużych miastach trochę się gubię i tracę mnóstwo czasu. Zapowiada się też wypad w góry…