2006 Indie no . Comments

W ostatnim tygodniu wraz z Kasią i Mariuszem odwiedziliśmy dwa święte miejsca: Amritsar stolica Sikhów i McLeodGanj stolica Tybetańczyków na uchodżctwie. Z tego co udało mi się wcześniej zobaczyć w Indiach a widziałem już całkiem dużo to właśnie te dwa miejsca należą do najprzyjemniejszych dla turysty jeśli chodzi o szczerą otwartość ludzi.

W Amritsarze byłem dwa miesiące temu, więc nie będę się rozpisywał. Opis miasta można znaleść w moim fotoblogu z lutego. Co mnie jednak po raz kolejny zaskoczyło w Amritsarze to wielka otwartość Sikhów i tolerancja dla obcych. Przykładem jest Dom Pielgrzyma znajdujący się tuż przy kompleksie Złotej Świątyni, jako naszą akomodację wybraliśmy własnie tą opcję. Dostaliśmy osobny pokój i wszystko oczywiście za darmo tzn co łaska. Nowością dla mnie były też publiczne jadłodalnie, które otwarte są przez 24 godziny na dobę. Podczas kolacji w jednym czasie obsługiwanych jest więcej niż 500 osób. Potężna masa ludzi obsługiwana przez „kelnerów” serwujących zupe z soczewicy i ryż prosto z wiadra.


młody wojownik

Pamiętając ostatni pobyt i wrażenie jakie na mnie wywarła Ceremonia obmywanie świątyni postanowiłem przeżyć to jeszcze raz. Owa ceremonia odbywa się o 3 w południe i o 3 w nocy w czasie otwarcia świątyni. Wybraliśmy noc. Oczywiście nic dwa razy się nie zdarza i zamiast uczestniczyć w obmywania, stanęliśmy wraz z tłumem przed Złotą Świątynią w oczekiwaniu otwarcia Złotej Bramy. Wszystko wyglądało bardzo tajemniczo i nabożnie. 3 w nocy lub jak Sikhowie wolą 3 nad ranem i tysiące pielgrzymów czekających ze swoją porcją ofiarnej kaszki. Sikowie to bardzo zabawny i poczciwy naród, przy czym z mojego punktu widzenia słowo poczciwy obrazuje ich najlepiej. Podczas kilku spacerów jakie odbyliśmy w okolicach Złotej Swiątyni czasem ciężko było przejść 20 metrów, aby nie zostać zaczepionymi i trochę nie pożartować. Zabawny ludzie, słowo daję. .


-“zrób poważną minę”


-“a teraz śmieszną”


Złota świątynia tuż przez otwarciem; pomost wypełniony ludzmi

McLeodGanj swoim charakterem przypomina Rishikesh. Oba miejsca stanowią cel pielgrzymek tysięcy turystów z zachodu. Rishikesh to centrum yogi, gdzie spragniony wędrowca znajdzie wszelakich komercyjnych Guru i specjalistów Yogi. McLlo to stolica Tybetańczyków na uchodżctwie, miejsce w którym oprócz kilku aśramówi znajdują się świątynie buddyjskie i miejsca gdzie można dowiedzieć się naprawdę dużo o Buddyżmie zarówno ze strony teoretycznej jak i praktycznej. Jjest to miejsce mniej komercyjne i bardziej prawdziwe jeśli chodzi o wymiar duchowy.

Nasz pobyt był bardzo specyficzny. W mieście wylądowaliśmy o 2 w nocy lub jak wolą Sikhowie o 2 nad ranem. Wszystkie hotele były zamknięte lub nie było miejsc. W końcu zaczepił nas jakiś koleś i zabrał nas do wioski położonej w pobliżu McLeod. Piękna chałupa położona na zboczu góry (2000m npm) z pięknym widokiem; nienajgorzej tylko strasznie zimno.


Zimno.

Przez pierwsze godziny pobytu w McLeod w ogóle nie byliśmy zainteresowani sprawami duchowymi, za to rzeczy materialne znajdujące się w sklepach mocno wstrząsnęły naszymi portfelami; bardzo stylish tybetańskie ciuszki. Następny dzień wiele się nie róznił od poprzedniego. Znowu zakupy, napitki w miłych kawiarniach, tybetańska kuchnia i miłe widoki jednak punktem kulminacyjnym dnia była wyklad Dalajlamy. Niestety mówił szybko i w niezrozumiałym języku (bardzo trudne do zrozumienia symultaniczne tłumaczenie nadawane przez radio), ale mimo to dobrze było chociaż przez moment pobyć w obecności Mistrza. Oczywiście robionie zdjęć zakazane, w ogóle coś nie ma weny ostatnio, zamieszczam tylko widok na Lhase (stolica Tybetu).